Wrześniowy poranek pachniał mokrym asfaltem i dymem z komina sąsiedniej kamienicy na Pradze-Północ. Krzysztof obudził się kwadrans przed budzikiem, chociaż poprzedniego wieczoru nie mógł zasnąć do drugiej. Koszula w kratę wisiała na oparciu krzesła, plecak stał przy drzwiach, a w kieszeni kurtki czekał złożony na pół dokument z napisem „przyjęty”.
Miał dziewiętnaście lat i pierwszy raz w życiu czuł, iż coś zaczyna się naprawdę.
Zamiast od razu iść do łazienki, wszedł do pokoju babci. Pani Halina siedziała już na brzegu łóżka, w kapciach z pomponami, i zwijała wełnę w kłębek.
— Krzysiu, czemu nie śpisz? — zmarszczyła brwi. — Pierwszy dzień, musisz być wyspany.
— Babciu, ubieraj się.
— Gdzie?
— Ze mną.
Odłożyła kłębek na poduszkę.
— Synku, co ja będę robić na twoich zajęciach? Ludzie pomyślą, iż stara babka nie ma co robić w domu.
Krzysztof oparł się o framugę.
— Dwanaście lat temu, pierwszego września, zaprowadziłaś mnie za rękę do szkoły. Pamiętasz?
Pani Halina sięgnęła po okulary, które leżały obok kubka z herbatą. Nie odpowiedziała, bo nie musiała. Pamiętała każdy krok tamtej drogi.
Miał siedem lat, kiedy mama wyjechała do Anglii. Miała zostać pół roku. Została siedem. Ojciec dołączył po dwóch latach. Zanim Krzysztof zdążył zrozumieć, co się adekwatnie stało, to babcia budziła go rano, sprawdzała, czy kanapki nie wypadły z plecaka, i czekała pod szkołą z parasolem, gdy lało.
W pierwszym dniu podstawówki płakał całą drogę. „Nie chcę, babciu”. „To potrzymaj mnie za rękę”. Trzymał. Potem, gdy poszedł do gimnazjum, szedł dwa kroki przed nią, żeby koledzy nie widzieli, iż babcia go odprowadza. A ona i tak szła. Czasem mówiła, iż idzie po bułki. Sklep był w przeciwnym kierunku, ale nikt o tym nie wspominał.
Przez te wszystkie lata wstawała codziennie o szóstej. Najpierw do pracy na poczcie, potem do niego. Gotowała obiady z tego, co było w lodówce, i nigdy nie powiedziała, iż jej nie smakowało. Wieczorem liczyła pieniądze na zeszyty, odkładając dziesięć złotych do puszki po herbacie.
Gdy przyszedł wynik matury i Krzysztof zobaczył na stronie uczelni zielone „zakwalifikowany”, pierwsze, co zrobił, to wykrzyczał:
— Babcia!
Wyszła z kuchni z łyżką w ręku.
— Co się stało? Zdałeś?
— Idę na studia.
Usiadła na krześle. Łyżka została na stole, a ona przez dobrą minutę patrzyła w okno, jakby nie mogła znaleźć słów. Potem powiedziała tylko:
— Twoja mama nie zadzwoniła choćby z gratulacjami.
— Ty jesteś tu — odpowiedział.
Teraz, w ten pierwszy dzień, Krzysztof czekał w przedpokoju. Pani Halina wyszła ze swojego pokoju w granatowej spódnicy i burych butach na płaskim obcasie. Na ramiona zarzuciła czarny sweter, który zawsze odkładała „na specjalne okazje”. W ręce trzymała torebkę, starą, ze spękanym paskiem — tę samą, którą kupiła jeszcze na komunię swojego syna.
Szli razem Marszałkowską. Pani Halina stawiała małe kroki i od czasu do czasu zerkała w witryny sklepów, jakby bała się, iż ktoś ją rozpozna. Przystanek był pusty. Tramwaj linii 9 podszedł z piskiem, wsiedli na końcu drugiego wagonu.
— Krzysiu, może jednak wrócę — powiedziała, gdy tramwaj ruszył.
— Nie wrócisz.
— Będzie mi głupio. Młodzi ludzie, a ja taka stara.
— Babciu, ktoś, kto mnie wychował, ma prawo zobaczyć, po co to wszystko było.
Nie dodała nic. Patrzyła na mijane kamienice, a pasek torebki owinęła dwukrotnie wokół dłoni.
Na uczelni było tłoczno. Studenci z teczkami, rodzice robiący zdjęcia, gdzieś grała muzyka. Pani Halina szła coraz wolniej. W pewnym momencie zatrzymała się przy ławce.
— Dość, Krzysiu. Dalej sam.
On złapał ją pod ramię.
— Nie ma takiej opcji. W podstawówce odprowadziłaś mnie do drzwi klasy. Dziś idziemy razem do końca.
Ruszyli w stronę gmachu. Ktoś zawołał:
— Hej, Krzysiek! Stary, grubo!
To był Bartek z osiedla, kolega z liceum. Podszedł szybkim krokiem, z plecakiem na jednym ramieniu.
— A to kto? Mama?
— Babcia — uśmiechnął się Krzysztof. — To ona odrabiała ze mną lekcje do trzeciej w nocy, jak nie umiałem matmy.
Bartek wyciągnął rękę.
— Miło mi. Babcia to skarb. Ja swoją też kocham, ale przyznaję, odprowadzić bym się nie dał.
Pani Halina uśmiechnęła się z zażenowaniem i poprawiła sweter.
Przy samym wejściu Krzysztof się zatrzymał.
— Pamiętasz, co mówiłaś, jak byłem mały? Że przyjdzie dzień, kiedy będę szedł sam.
— Pamiętam.
— Właśnie nadszedł. Tylko iż teraz ja trzymam ciebie.
Wyjęła chusteczkę z rękawa i przyłożyła do oka.
— Idź już, Krzysiu. Nie spóźnij się.
On jeszcze raz przytulił ją mocno. Pachniała mydłem i kroplami na serce. Poczuł, jak drżą jej ramiona.
— Ucz się — powiedziała.
— Będę.
— I jedz.
— Babciu, na stołówce jest obiad.
— To nie wiem, czy taki jak mój rosół.
Roześmiał się. Zrobił zdjęcie telefonem — ona, drobna, z torebką przyciśniętą do piersi, i on, o głowę wyższy, z plecakiem.
Kiedy zniknął za drzwiami, pani Halina usiadła na ławce. Siedziała tak z dziesięć minut, zanim wstała i ruszyła w stronę tramwaju. W połowie drogi przystanęła przy kwiaciarni. Kupiła trzy żółte goździki. Bez okazji, po prostu.
W domu położyła kwiaty na stole, zdjęła sweter i poszła do kuchni zrobić obiad na jutro. Torebkę powiesiła na oparciu krzesła. Została tam do wieczora.
Krzysztof wrócił po wykładach. Otworzył drzwi, a z kuchni pachniało ziemniakami i smażoną cebulą.
— No i co tam było? — zapytała babcia, mieszając w garnku.
— Pierwsze zajęcia z matematyki. Wykładowca powiedział, iż połowa z nas nie przetrwa sesji.
Wytarła ręce w fartuch.
— I co ty na to?
— Powiedziałem, iż ja mam babcię, która zawsze powtarzała: człowiek nie przegrywa, kiedy nie umie. Przegrywa, kiedy przestaje próbować.
Pani Halina nabrała zupy na talerz. Postawiła przed nim. Potem usiadła naprzeciwko, podparła brodę dłonią i patrzyła, jak je.
Tak miało być. On po studia, ona po cichu z jednego końca kuchni upewniająca się, iż wszystko jest na swoim miejscu.
Fotografia z pierwszego dnia wisiała potem nad jej łóżkiem. A gdy rok później babcia zapytała, czy może przyjść na obronę pracy licencjackiej, Krzysztof odpowiedział:
— Bez ciebie tam nie wejdę.











