No dobra, dziś wpis prawdziwie "dziefczyński", wicie rozumicie - świecidełka. Mła cierpi na srokizm, błyszczy i migoce a u mła natychmiastowa gotowość do sprawdzenia co to tam tak lśni. Rodzinne to, Cio Mary tyż jest z tych na to cierpiących. To właśnie jej i Ciotczynej kumpeli Magdzie, mła zawdzięcza nowe błyszczące dobra. Cio Mary i Magda uratowały tzw. niemodności od wywalenia do śmieci. Cio Mary należą się szczególne podziękowania, bo to ona podjęła się wstępnej segregacji dóbr, a było tego naprawdę sporo, mła przypadł w udziale ledwie ułamek, reszta zniknęła w szkatułkach klejnotkowych Mamelona, Dżizaasa a dodatek sukienny trafił zdawa się do kuzynki Sławencjusza.
Rzeczy, które mła wyszukała dla się są naprawdę bardzo różne: od kawałków weneckiego szkła ( z wytłoczonym firmowym napisem! ), poprzez korale, aż po kolczyki i wisiorki jako żywo przypominające mła i zdawa się iż nie tylko mła, wspominki z dzieciństwa. Taka biżutka w stylu lat 60 i wczesnych 70 XX wieku. Masa perłowa i chyba chryzoprazy oraz karneol w parze kolczyków przypominającej spinki do mankietów. Troszki oksydowanych różności, krajanki bursztynowe, tzw. hawajki, bursztynowe wisiorki ( made in Łeba! - kartka z ceną była przy jednym ), szklane korale i klejnociki typu jablonexowego, dziś nazywane biżuterią teatralną. No i jakaś nowa emalia.
Mła najbardziej do gustu przypadły niebieskie kamlotki, nie bardzo wiem czy to lazuryt, czy sodalit? Hym... grunt iż niebiewskie. No i jest też dość długi sznurek toczonych korali z pasiastego agatu, naprawdę cool. Oprócz tego jest trochę biżuterii ze stali nierdzewnej, całkiem sporo okrągłych koralików z turkusu i mnóstwo koralików szklanych, oraz trochę maleńkich koralików metalowych. Znaczy oprócz rzeczy do noszenia, są też rzeczy do robótek. Mamelon obłowiła się perełkowo a Dżizaas zagarnęła z łupów wszystko miedziane, bo Dżizaas ma wyjątkową słabość do biżuterii z tego metalu. Mła w tej chwili poszukiwa szkatułki drzewnianej do remontu, żeby te wszystkie nowe dobra pomieścić.
Dziś mła się bardzo dopieszczała, zeżarłam bitą śmietanę z malinami ( przecena w Aldi ) i wychłeptałam pomarańczową herbatkę w wiosennej filiżance. Zawiązałam na szyjce "żaworonik" ( licentia poetica trzyletniego Tatusia ) i udałam się do ogroda, coby naciąć troszki kfiotów na bukietowanie. Hym... bukietowanie prawie jak srokizm, tyż wielka przyjemność. Przy okazji wystawiłam na dwór duże doniczki z asparagusami i kliwią, z pomocą sąsiada, bo sama jeszcze jestem słabawa. No i przy tym wystawianiu mła zobaczyła znak, kliwia, która długo chorowała po śmierci Małgoś - Sąsiadki, wypuściła kwiatostan. Jeden, ale mła się bardzo ucieszyła. Wiem iż to irracjonalne, ale cieszę się jakbym list z Patagonii dostała.
Fotki zdziśki i wczorki a w Muzyczniku piosenka, którą podśpiewywała moja Babcia Wiktoria ( w rodzinie mówiono iż piała jak kurzejok ). No a teraz będę marynikować.











