Sprzedawczyni z apteki przy Długiej

polregion.pl 20 godzin temu

Pracuję w aptece na Długiej w Olsztynie dwanaście lat i naprawdę myślałam, iż nic mnie już nie zaskoczy. Ludzie przychodzą po leki, po tabletki na sen, po coś na serce, po syrop dla dziecka. Czasem ktoś zostawi receptę i zapomni. Czasem ktoś się rozpłacze przy okienku, bo cena za duża. To normalne. Ale tę kobietę zapamiętam do końca życia, chociaż choćby nie wiem, jak się nazywa.

Pojawiła się u nas w listopadzie, tak jakoś przed południem, kiedy w aptece była cisza. W takich momentach człowiek przeciera słoiki, uzupełnia półki, sprawdza daty ważności. Lubię tę robotę — machinalna, uspokaja. W radiu leciało coś świątecznego, chociaż do Wigilii było jeszcze daleko. Za oknem padał deszcz ze śniegiem, taki paskudny, o którym mówi się, iż najlepiej siedzieć w domu.

Stała przy regale z witaminami, ale nie patrzyła na opakowania. Po prostu stała. Chuda, z włosami byle jak związanymi gumką. Miała na sobie kurtkę, która pamiętała chyba trzy zimy temu. Rękawy wytarte, zamek spięty agrafką. U nas w Olsztynie takich ludzi widać na targu, przy autobusach, ale ta nie wyglądała na kogoś, kto potrzebuje pomocy. Wyglądała na kogoś, kto już dawno przestał o nią prosić.

Podeszłam, zapytałam, czy pomóc. Odwróciła się powoli, jakby musiała sobie przypomnieć, iż do niej mówię. Potem powiedziała cicho, iż szuka czegoś na migrenę, ale nie wie, czy może coś brać, czy nie. Zapytałam, czy coś przyjmuje. Uśmiechnęła się tak, iż aż mnie ścisnęło w gardle. Nie dlatego, iż był w tym smutek. Po prostu ten uśmiech był jak u kogoś, kto dawno nie używał twarzy.

— Na razie tylko witaminę D i magnez — powiedziała. — A, i coś na żołądek, jak zdenerwowany to się robi. Ale to chyba nie wchodzi w interakcje.

Podałam jej ibuprofen, wytłumaczyłam, jak dawkować, powiedziałam, żeby nie brała na pusty żołądek. Ona kiwnęła głową, zapłaciła drobnymi, ze zniszczonego portfela wyjęła monety i banknot dziesięciozłotowy, tak wymięty, jakby prany. Zanim wyszła, obejrzała się na drzwi. Nie na szyld. Nie na ulicę. Na drzwi, jakby się bała, iż ktoś za nią wejdzie.

Zapamiętałam to spojrzenie, bo w aptece często widzi się kobiety, które rozglądają się nerwowo. Zawsze myślę wtedy: mąż, matka, teściowa. Ale ta nie przyszła po środek nasenny z obawą, tylko po coś na ból głowy, a i tak oglądała się przez ramię. To mi dało do myślenia.

Druga rzecz, która utkwiła mi w głowie, to rozmowa telefoniczna, którą odbyła u nas, stojąc przy oknie, tuż obok kolejki do okienka. Usłyszałam, chociaż nie chciałam podsłuchiwać. Ale apteka nie jest duża, a ona mówiła coraz głośniej, w końcu prawie krzyczała. Najpierw coś o rachunkach, potem o tym, iż „znowu choćby nie sprawdził”. Pamiętam dokładnie jedno zdanie, bo wypowiedziała je tak, jakby to bolało ją bardziej niż cokolwiek innego:

— Ja już nie mam z czego wykroić. Rozumiesz? Nie ma z czego. Może twoja matka żyje, bo ja płacę za jej leki. Ale jak ja padnę, to kto zapłaci za moje?

W aptece na chwilę zrobiło się cicho. Klientka przede mną, starsza pani po syrop na kaszel, odwróciła głowę i popatrzyła na nią. Kobieta z telefonem tego nie zauważyła. Stała tyłem do nas, plecy drżały jej jak w płaczu, chociaż twarzy nie widziałam. Potem schowała telefon do kieszeni i wyszła, nie kupiwszy nic. Zostawiła na ladze pudełko tabletek, które wcześniej położyła, i trzy monety dwuzłotowe. Krzyknęłam, iż nie wzięła reszty. choćby się nie obejrzała.

Mój mąż mówi, iż jestem zbyt wścibska. Może i tak, ale jak się siedzi w aptece, to się widzi wszystko. Ktoś ci sprzeda swoją historię, choćby o tym nie wie. Ta kobieta nie wiedziała. A ja widziałam, jak z tygodnia na tydzień zmieniała się w kogoś, kogo już nie rozpoznaję.

Przychodziła jeszcze kilka razy. Zwykle nad ranem, przed pracą. Czasem po coś na sen. Czasem po magnez. Kiedyś zapytała o ceny kropli na serce. Powiedziałam, iż to lek, który musi przepisać lekarz. Uśmiechnęła się blado, a potem powiedziała: „Szkoda. Może by mi się przydał.” Myślałam, iż żartuje. Ale nie miała w oczach nic, co by o tym świadczyło.

W styczniu znowu się pojawiła, tym razem wieczorem, tuż przed zamknięciem. Myłam podłogę w kącie, gdy weszła. Była w tej samej kurtce, co w listopadzie, ale wyglądała inaczej. Nie chuda, tylko jakoś tak przezroczysta. I wtedy zrobiła coś dziwnego. Podeszła do regału z kosmetykami, wzięła z półki pomadkę, najtańszą, za dziewięć złotych. Oglądała ją chwilę, potem odłożyła. Potem znowu ją wzięła. Potem odłożyła. W końcu podeszła do kasy, położyła ją na blacie i powiedziała:

— Chyba sobie kupię. Od dawna nic sobie nie kupowałam.

Skasowałam. Zapakowałam w papier. Kiedy podawałam jej torbę, zobaczyłam, iż ręce ma spierzchnięte i lekkie drżenie. Chciała coś powiedzieć, ale tylko kiwnęła głową i wyszła. Zapamiętałam jednak ten moment, bo pomyślałam wtedy: może coś się u niej zmienia. Może ktoś w końcu powiedział jej, iż nie wolno tak dłużej. Że nie można być wiecznie tym, który dźwiga.

W marcu nie widziałam jej wcale. W kwietniu i maju też nie. A potem, w czerwcu, przyszła inna. Też kobieta, ale o wiele spokojniejsza, pewniejsza. Włosy świeżo obcięte, ładna bluzka, torebka z porządnej skóry. Dopiero po chwili zauważyłam, iż to ona. Ta sama, która w listopadzie nie mogła się zdecydować na pomadkę. W aptece na Długiej stoi taka kobieta i nikt nie wie, iż rok temu nie miała siły podnieść wzroku znad podłogi.

Podałam jej receptę na coś na migrenę, tym razem od lekarza. Zapytałam, jak się czuje. Wzruszyła ramionami, iż bywa. A potem się roześmiała. Naprawdę się roześmiała, tak od serca, i powiedziała, iż rzuciła wszystko w diabły na cały tydzień i pojechała nad morze. Do Międzywodów. Z przyjaciółką wynajęły mały pokoik, piły wino na plaży, zasypiały po ciemku, jakby całe zmęczenie dało się wyprać w morskim wietrze.

— A wie pani, co jest najlepsze? — zapytała, sięgając po torbę z lekiem. — Że w końcu nie czuję się winna, iż żyję.

Ostatnie zdanie zabrzmiało tak, jakby odkryła coś, co dawno powinna była wiedzieć. Zapytałam, gdzie teraz mieszka. Powiedziała, iż w Bartoszycach, u ciotki. Na razie. Pracuje w dwóch aptekach, ale teraz już tylko na swoją część. I iż wreszcie zaczęła chodzić na spacery, nad Łynę, zwłaszcza wieczorem.

Widziałam, jak przyjmuje lek, chowa portfel, patrzy na półki z szamponami. I wtedy zobaczyłam coś, co mnie dotknęło bardziej niż cokolwiek innego. Z półki z kosmetykami wzięła tusz do rzęs, nie najtańszy, za trzydzieści dwa złote. Położyła przy kasie i zapłaciła bez wahania. Nie drobnymi, tylko prosto z telefonu. Wiedziałam, iż to głupie, ale miałam ochotę ją uściskać.

Bo ja wiem, co znaczy kupić sobie tusz do rzęs. Naprawdę. Wiem, ile razy można odłożyć drobiazg, zanim człowiek w końcu postanowi, iż wolno mu go mieć.

Kiedy wychodziła, zatrzymała się przy wejściu i powiedziała:

— Dziękuję.

Za co? Nie wiem. Może za to, iż kiedyś jej nie pogoniłam. Może za to, iż widziałam, a nie powiedziałam. Może za to, iż w listopadzie dałam jej ibuprofen i patrzyłam, jak drżącymi rękami szuka monet w starym portfelu.

Nie wiem, jak ma na imię. Nie zapytałam wcześniej, a teraz jakoś głupio. Wiem tylko, iż przyszła do mnie po lek, a ja zobaczyłam człowieka, który powoli wracał do siebie. I chyba to jest w tej robocie najdziwniejsze — iż czasem nic nie robisz, a jednak jesteś przy tym, jak komuś życie znowu się składa. Nie potrzebujesz znać nazwiska. Wystarczy, iż stałaś za ladą.

Idź do oryginalnego materiału