Spotykałem się z Martą prawie rok, nigdy nie szczędziłem jej pieniędzy ani jej, ani jej wnukowi. Ale wystarczyło, iż poprosiłem o kilka pierogów na wynos, by zrozumieć, gdzie naprawdę jest moje miejsce.
Kelner ostrożnie postawił przed nami plastikowe pudełko, do którego zapakował niemal nietknięty kawałek sernika czekoladowego. Marta z zadowoleniem przyciągnęła je do siebie. Siedzieliśmy w przyzwoitej kawiarni w centrum Warszawy, z głośników sączyła się cicha muzyka, a mnie od środka ogarniało powoli narastające poirytowanie.
Byliśmy parą prawie rok. Mam pięćdziesiąt osiem lat, ona pięćdziesiąt cztery oboje z bagażem przeżyć, rozwodów, dorosłych dzieci, a choćby wnuków. Ja mam dwójkę wnuczka i wnuczkę. Ona jednego ukochanego wnuka, Antosia, sześcioletniego oczko w głowie, którego widziałem może ze dwa razy, ale wiem o nim chyba więcej niż sam bym chciał.
Marta schowała pojemnik do torebki i uśmiechnęła się tym swoim łagodnym uśmiechem, dla którego kiedyś kompletnie straciłem głowę.
Antoś uwielbia wszystko, co czekoladowe powiedziała z czułością. Ja się najadłam, w ogóle nie mam na to ochoty. Wolałabym, żeby się nie zmarnowało, prawda?
Tylko skinąłem głową, zamówiłem rachunek i zapłaciłem za wszystko: ciasto, moją kawę i jej sałatkę. Pieniądze nie stanowiły problemu nie zubożę od tego. Problemem była bardziej zasada, która niewidocznie wyrosła między nami przez ostatnie pół roku. Przez długi czas udawałem, iż nic się nie dzieje, tłumacząc to sobie babciną miłością. Marta zawsze przy każdej okazji i najczęściej moim kosztem zabierała do domu wszystko, co mogło sprawić euforia jej wnukowi.
Pierwszy sygnał miałem już trzy miesiące temu, gdy wybraliśmy się razem do kina na głośną premierę. Kupiłem bilety, a Marta poprosiła przy bufecie o największy kubeł karmelowego popcornu i colę.
Zdziwiłem się, bo zwykle dba o linię i słodyczy unika. Myślałem, iż dla odmiany chce sobie pozwolić na małą przyjemność. Gdy światła zgasły, sięgnąłem po popcorn, zjadłem trochę. Marta trzymała kubeł na kolanach, poprosiła jeszcze w kasie o szczelne wieczko, ale sama nie ruszyła ani jednego ziarenka.
Dlaczego nie jesz? szepnąłem. Przecież dobry.
Oj, nie mam ochoty odpowiedziała cicho. Zawieziemy Antosiowi. Dziś u mnie nocuje, uwielbia popcorn z kina, a rodzice rzadko kupują.
O mało nie zakrztusiłem się colą. Okazało się, iż kupiłem popcorn nie dla siebie, choćby nie dla nas a dla jej wnuka, całkiem bez uzgodnienia. Po prostu tak założyła. Przez całe przedstawienie czułem się dziwnie: jadłem na siłę, a kubeł był jakby pilnowany. Po kinie odwiozłem Martę do domu, wysiadła szczęśliwa z popcornem, ja zaś poczułem się jak dostawca, który jeszcze sam opłacił wszystko.
I wcale nie chodziło o brak pieniędzy u niej. Marta ma dobrą pracę, ubiera się elegancko, prowadzi samochód. Nie było w tym potrzeby.
Prawdziwe rozczarowanie przyszło w zeszłą sobotę. Marta zaprosiła mnie na obiad, skusiła opowieścią o swoich znakomitych pierogach, których do tej pory nie próbowałem. Chciałem umilić jej czas, więc kupiłem dobre wino, owoce i łososia na przystawkę. W mieszkaniu pachniało pieczonym ciastem nie sposób było oprzeć się temu zapachowi.
Na stole w kuchni leżała misa przykryta ściereczką, a pod nią sterta rumianych, pachnących pierogów. Usiedliśmy do stołu, Marta nalała herbatę i przełożyła na talerz kilka gorących sztuk.
Częstuj się, Krzysiu, jedz, póki ciepłe powiedziała serdecznie.
Pierogi były wybitne. Zjadłem dwa z kapustą i grzybami, trzy z mięsem, najadłem się solidnie, nastrój poprawił się momentalnie. Rozmawialiśmy, otworzyliśmy wino, zrobiło się swojsko i przytulnie.
Marto, masz złote ręce do tych pierogów przyznałem, odsuwając się od stołu. Dzisiaj odwiedza mnie córka z wnukami, może zabiorę kilka dla nich? Wiecznie jedzą gotowce ze sklepu, a tu takie pyszności.
Tu spotkałem się z czymś, czego się nie spodziewałem.
Marta zmieniła się w jednej chwili. Jeszcze przed momentem była ciepła i otwarta, nagle twarz jej stężała, uśmiech zniknął, spojrzenie stało się chłodne.
Oj, Krzysztofie… powiedziała miękkim, choć stanowczym głosem. Chętnie, ale nie mogę dać dużo. Wieczorem przyjedzie Antoś, pierogi robiłam głównie z myślą o nim.
Wstała, podeszła do wielkiej misy (na oko, było tam ze trzydzieści sztuk), przez chwilę coś liczyła i zapakowała… trzy pierogi w folię dwa z kapustą i jeden z mięsem.
Proszę, spróbujcie sobie z wnukami podała mi ten mizerny pakiecik. Bo dla Antosia nic nie zostanie.
Patrzyłem na ten woreczek i trudno mi było powstrzymać irytację. Przed chwilą kupiłem dla niej wino, owoce, ryby a ona żałuje moim wnukom kilku pierogów?
Przecież masz tam pełno, Antoś wszystkiego nie zje. Moim wnukom choć po dwa sztuki… próbowałem złagodzić ton.
Zmrużyła usta, zasłoniła misę jakby jej pilnowała i powiedziała twardo:
Krzysztofie, miałam wszystko wyliczone. Antosiowi obiecałam, nie mogę rozdać wszystkiego. Zjadłeś? Było smacznie? To dobrze. Reszta dla wnuka.
Nazwanie tego rozdawaniem zabolało mnie najbardziej. Jakbym był kimś obcym, proszącym o jałmużnę, nie zaś człowiekiem, z którym dzieli życie i który właśnie wniósł solidny wkład do stołu.
Dlaczego w jej hierarchii znalazłem się poniżej sześcioletniego wnuka?
Po pół godzinie pożegnałem się, tłumacząc zajęciem. Te trzy pierogi leżały na siedzeniu pasażera, ich wcześniej domowy zapach nagle wydał mi się sztuczny, wręcz przykry. Zacząłem zastanawiać się, co dzieje się w jej głowie i wnioski nie napawały optymizmem.
Wydawało mi się zawsze, iż w partnerskich relacjach najważniejsza jest dwójka dorosłych potem są dzieci i wnuki. Tymczasem dla Marty centrum świata to Antoś. Najważniejsze dobro, niekwestionowany priorytet. A ja? Jestem tylko wygodnym sponsorem? Kimś, kto płaci za kawiarnie, kino i popcorn na wynos?
Gdy płacę za ciasto dla jej wnuka, to przecież jesteśmy rodziną, chociaż po roku znajomości trudno tak to nazwać. Gdy proszę o pierogi dla moich wnuków to nie mogę rozdawać. Prosta jednostronność. Jej wnuk ma najlepsze, a moim wystarczy skromny pakiecik. I choćby nie zauważyła, jak krępujące to było podarować dorosłemu mężczyźnie trzy pierogi w plastikowej torebce, chociaż pełna misa mogłaby nakarmić wszystkich.
W domu moje wnuki już były. Córka, zmęczona po pracy, rozpakowywała torby.
O, jak pachnie pierogami! zawołała.
Wyciągnąłem ten woreczek, wstyd mi się zrobiło.
Ciocia Marta kazała przekazać, spróbujcie rzuciłem, unikając wzroku córki.
Pierogi zniknęły w kilka chwil.
Są jeszcze? spytała z nadzieją wnuczka.
Niestety nie, kochanie odparłem i wyszedłem na balkon zapalić.
Stałem na chłodzie i patrząc na światła miasta myślałem: po co mi to wszystko? Czemu kobieta, która uważa moje pieniądze za wspólne, gdy chodzi o jej wnuka, traktuje swoje pierogi jako świętość? Przecież problem nie w jedzeniu mogę kupić każdego dnia, co chcę. Chodzi o podejście i wzajemność.
Ona choćby nie zrozumiała, iż mnie zraniła. Wieczorem zadzwoniła, roześmiana: Antoś przyjechał, najadł się, ogląda bajki. Słuchałem w milczeniu. Chciałem powiedzieć: Moje wnuki spytały, czy jest więcej, musiałem odmówić. Ale przemilczałem to.
Czy wy spotkaliście się kiedyś z takimi podwójnymi standardami? Kiedy wszystko co najlepsze rezerwowane jest dla swoich, a od was oczekuje się wyłącznie wsparcia? Myślicie, czy warto rozmawiać o takich sprawach, czy może rzeczywiście przesadzam, a to tylko kobieca gospodarność?
Czasem trzeba się zatrzymać i zastanowić, czy taka relacja naprawdę jest dawaniem i braniem z obu stron czy tylko jedna osoba ciągle dzieli się sobą i swoim światem, a druga potrafi myśleć tylko o swoim wnuku. Dla prawdziwego partnerstwa liczy się nie tylko gest, ale wzajemny szacunek, zrozumienie i dobra wola bez nich każdy choćby najsmaczniejszy pieróg traci smak.












