Chodziłem z kobietą prawie rok, nie szczędziłem złotówek ani na nią, ani na jej wnuka. Jednak wystarczyło, iż poprosiłem ją o parę pierogów na wynos, żebym od razu dowiedział się, gdzie jest moje miejsce.
Kelner delikatnie położył przed nami plastikowe pudełko, w którym już zapakowali niemal nietknięty kawałek czekoladowego tortu. Teresa, z wyraźnym zadowoleniem, podsunęła sobie pudełeczko. Siedzieliśmy w przyzwoitej kawiarni w centrum Warszawy, cicho grała muzyka, a we mnie narastało nieokreślone rozdrażnienie.
Byliśmy razem niemal rok. Mam pięćdziesiąt osiem lat, ona pięćdziesiąt cztery oboje dorośli, z bagażem małżeństw, rozwodów, dorosłych dzieci i, rzecz jasna, wnuków. Ja mam dwoje chłopca i dziewczynkę. Ona jednego ukochanego wnuka, Stasia, sześciolatka, o którym opowiada tyle, iż wiem o nim chyba więcej niż o własnych zdrowotnych wynikach badań.
Teresa schowała pudełko do torebki i uśmiechnęła się tym swoim ciepłym uśmiechem, dla którego kiedyś straciłem głowę.
Stasio uwielbia wszystko, co czekoladowe powiedziała. Ja już się najadłam, nie mam ochoty. Szkoda, żeby się zmarnowało, prawda?
Skinąłem głową, zawołałem kelnera i zapłaciłem rachunek, w którym rzecz jasna znalazł się zarówno tort, jak i moja kawa, i jej sałatka. Z pieniędzmi nie miałem problemów nie zbankrutuję. To jednak nie o sumę chodziło, tylko o pewną regułę, która niepostrzeżenie pojawiła się między nami w ciągu ostatnich miesięcy. Uparcie udawałem, iż nic się nie dzieje, tłumacząc to sobie babcinyą miłością. Przy każdej okazji zwykle na mój koszt Teresa zabierała do domu wszystko, co się dało, by uszczęśliwić Stasia.
Pierwszy raz coś mi zaświtało trzy miesiące temu, gdy wybraliśmy się do kina na głośną premierę. Kupiłem bilety, podeszliśmy do baru, i Teresa poprosiła o największy kubełek popcornu karmelowego oraz colę.
Zdziwiłem się zwykle dba o figurę, nie przesadza ze słodyczami. Pomyślałem, iż chce pozwolić sobie na małą przyjemność podczas filmu. Usiedliśmy, światła zgasły. Sięgnąłem po popcorn, wziąłem garść, zacząłem jeść. Teresa trzymała kubełek na kolanach, szczelnie przykryty pokrywką, o którą poprosiła w kasie, i sama nie zjadła ani ziarenka.
Czemu nie jesz? szepnąłem. Przecież dobry.
Oj, nie chcę szepnęła zaniosę go Stasiowi. Dziś u mnie nocuje, uwielbia popcorn z kina, rodzice mu rzadko kupują.
O mało nie zakrztusiłem się colą. Wyszło na to, iż ten popcorn kupiłem nie dla nas, tylko dla jej wnuka i to bez słowa uzgodnienia. Po prostu postanowiła, iż tak będzie. Przez cały seans czułem się niezręcznie: głupio było jeść, kubełek stał jak święty graal. Potem odwiozłem ją do domu, wysiadła z popcornem i rozpromienioną twarzą, a ja czułem się jak dowożący, który za dostawę jeszcze sam zapłacił.
Przecież nie chodziło o to, iż nie ma pieniędzy. Teresa zarabia dobrze, ubiera się porządnie, ma samochód. W tym nie było potrzeby.
Prawdziwy cios spotkał mnie w ostatnią sobotę. Teresa zaprosiła mnie do siebie na obiad, obiecała słynne pierogi, o których tyle słyszałem. Nie pojechałem z pustymi rękami: kupiłem butelkę dobrego wina, owoce, talerz łososia chciałem dodać coś od siebie do stołu. W mieszkaniu pachniało wypiekami tak, iż aż się w głowie kręciło.
W kuchni na stole leżała wielka misa przykryta ścierką. Pod nią cała góra rumianych pierogów lśniących od masła. Usiedliśmy, Teresa nalała herbatę i położyła na talerzu z pięć sztuk.
Jedz, Zbyszku, póki gorące powiedziała serdecznie.
Pierogi były wyborne. Zjadłem trzy z mięsem i dwa z kapustą, najadłem się do syta, humor mi się naprawdę poprawił. Rozmawialiśmy, otworzyłem wino, poczułem się jak u siebie domowy spokój i ciepło.
Teresko, twoje pierogi są mistrzowskie powiedziałem, opierając się o oparcie krzesła. Wieczorem przyjadą moje dzieci, wnuki zatrzymają się na weekend. Daj mi trochę na wynos, nich spróbują. Zawsze jedzą sklepowe, a córka nie lubi gotować.
I właśnie wtedy wydarzyło się coś, czego się nie spodziewałem.
Teresa zmieniła się w sekundę. Jeszcze przed chwilą uśmiechała się życzliwie, a w tej samej chwili jej twarz spoważniała, spojrzenie stwardniało, cały nastrój się spiął.
Oj, Zbyszek powiedziała innym tonem, niby przepraszającym, ale jednak szorstko. Bardzo bym chciała, ale nie mogę dać zbyt dużo. Dziś wieczorem przyjedzie do mnie Stasio, te pierogi były głównie dla niego.
Wstała, podeszła do wielkiej misy w której, przysięgam, było co najmniej trzydzieści pierogów. Coś tam pochrzęściła, wyjęła mały woreczek foliowy i włożyła trzy sztuki. Dwa z kapustą, jeden z mięsem.
Proszę powiedziała, podając mi tę niewielką paczuszkę. Poczęstujesz. Bo dla Stasia na kolację by nie starczyło.
Patrzyłem na te trzy pierogi w torebce i czułem, jak robi mi się gorąco z żalu. W misie cała góra, a ja właśnie przyniosłem wino, owoce, rybę. Niczego dla niej nie żałowałem. A ona naprawdę liczy się z pierogami, gdy chodzi o moje wnuki?
Teresa, przecież tam jest duży zapas próbowałem jeszcze ugłaskać sytuację, choć we mnie się już gotowało. Twój Staś tyle nie zje. Daj moim chociaż po jednym, przecież jest ich dwoje.
Zacisnęła usta, ponownie przykryła ścierką miskę, jakby się broniła, i powiedziała stanowczo:
Zbyszek, wszystko wyliczyłam. Obiecałam Stasiowi pierogi. Nie gniewaj się, ale nie mogę rozdawać tego, co przygotowałam. Ty spróbowałeś, smakowało? I bardzo dobrze. A to jest dla wnuka.
Nazwać to rozdawaniem Poczułem się jak obcy, jakbyśmy nie byli parą, tylko kimś przypadkowym, kto przyszedł żebrać, mimo iż pół godziny wcześniej przyniosłem na jej stół specjały.
Dlaczego w jej hierarchii byłem poniżej sześciolatka?
Po pół godzinie wyjechałem, tłumacząc się obowiązkami. Te trzy pierogi leżały na siedzeniu pasażera, a zapach, który niedawno wydawał się ciepły i domowy, teraz drażnił jakby za tym ciepłem kryła się obłuda. Próbowałem zrozumieć, co Teresa ma w głowie i wnioski nie napawały radością.
Zawsze myślałem, iż w zdrowym związku w centrum są dwie dorosłe osoby. To my jesteśmy dla siebie najważniejsi. Dzieci i wnuki bardzo ważne, pewnie, ale jednak po nas. U Teresy wszystko wyglądało inaczej. Centrum wszechświata był Staś. On liczył się najbardziej. A ja? Po prostu sponsor? Facet, który płaci za ciasto, kawiarnię, kino i popcorn na wynos?
Gdy płaciłem za tort dla jej wnuka to było oczywiste, przecież jesteśmy rodziną, choć jaka to rodzina po roku? Gdy poprosiłem kilka pierogów dla własnych wnuków słyszałem: nie mogę rozdawać. Układ jednostronny. Jej wnuk władca, moje dzieciaki obcy, którym wystarczą trzy pierogi na dwoje. choćby nie zauważyła, jak upokarzające było wręczyć dorosłemu facetowi mały, niemal symboliczny pakiecik, ostentacyjnie zasłaniając całą miskę.
W domu wnuki już były. Córka, zmęczona po pracy, rozkładała zakupy.
O! Pachnie pierogami!
Wyjąłem ten sam woreczek i poczułem wstyd.
Ciocia Teresa przekazała powiedziałem, nie patrząc córce w oczy. Spróbujcie.
Pierogi zniknęły w minutę. Oczywiście, były pyszne.
Jeszcze są? zapytała wnuczka, oblizując palce.
Nie, kochanie, więcej nie ma odpowiedziałem i wyszedłem na balkon, by zapalić.
Stałem na zimnie, patrzyłem na wieczorne światła i myślałem: po co mi to wszystko? Po co mi kobieta, która uważa moje pieniądze za wspólne, gdy chodzi o jej wnuka, a własnych pierogów broni jak skarbu? Przecież to nie o jedzenie chodzi. Jeść mogę, co chcę, wszystko mogę choćby zamówić z restauracji. Chodzi o podejście.
Ona choćby nie zorientowała się, iż mnie dotknęła. Wieczorem zadzwoniła, rozpromieniona: Staś już jest, tak się najadł, zadowolony, bajki ogląda. Słuchałem i milczałem. Chciałem powiedzieć: A moje dzieci pytały, czy są jeszcze i musiałem powiedzieć, iż nie. Ale nie powiedziałem.
A wy spotkaliście się z czymś takim? Że wszystko najlepsze ma trafić do jednej strony, a od was oczekuje się tylko dokładania? Myślicie, iż powinienem poruszyć ten temat? Czy może rzeczywiście to tylko kobieca gospodarność, a ja zaczynam narzekać bez powodu?

















