Spotykałem się z kobietą prawie rok, nie żałowałem dla niej ani grosza ani na nią, ani na jej wnuka. Tymczasem wystarczyło, iż poprosiłem ją o kilka pierogów na wynos, bym w jednej chwili poznał swoje miejsce.
Kelner postawił przed nami plastikowy pojemnik, do którego już wcześniej zostało zapakowane prawie nietknięte ciasto czekoladowe. Barbara z wyraźnym zadowoleniem przesunęła pojemniczek do siebie. Siedzieliśmy w przyzwoitej kawiarni w centrum Krakowa, wokół cicho grała muzyka, a we mnie wzbierało dziwne poczucie irytacji.
Byliśmy razem prawie rok. Ja miałem wtedy pięćdziesiąt osiem lat, ona pięćdziesiąt cztery oboje dojrzali, z bagażem rozwodów, dorosłych dzieci, a choćby wnuków. Ja miałem dwoje chłopca i dziewczynkę. Ona z kolei miała ukochanego wnuka, sześcioletniego Staśka jej największy promyczek, którego widziałem raptem dwa razy przelotem, ale znałem o nim chyba więcej, niż o własnych wynikach badań lekarskich.
Barbara wsunęła pojemnik do torebki i uśmiechnęła się tym swoim delikatnym uśmiechem, przez który straciłem dla niej kiedyś głowę.
Staś bardzo lubi wszystko, co czekoladowe powiedziała. Ja już się najadłam, nie mam na to ochoty. Szkoda byłoby zmarnować, prawda?
Kiwnąłem tylko głową, przywołałem kelnera i zapłaciłem rachunek ciasto, moja kawa, jej sałatka. Złotówek mi nie brakowało nigdy nie liczyłem jej drobiazgów. Problem nie tkwił jednak w sumie, a w zasadach, które przez ostatnie miesiące utarły się między nami. Uparcie udawałem, iż wszystko jest w porządku i tłumaczyłem to sobie miłością babci do wnuka. Za każdym razem, gdy nadarzyła się okazja, a najczęściej z mojej kieszeni, Barbara zabierała ze sobą coś, by sprawić euforia swojemu ukochanemu Stasiowi.
Pierwszy sygnał pojawił się trzy miesiące wcześniej, kiedy wybraliśmy się razem do kina na głośną premierę. Kupiłem bilety, podeszliśmy do bufetu, a Barbara poprosiła o największe wiaderko popcornu karmelowego i colę.
Zdumiało mnie to na co dzień dba o linię, słodyczy raczej unika. Uznałem, iż czasem można pozwolić sobie na odrobinę przyjemności. Zajęliśmy miejsca, światła zgasły. Poczęstowałem się garścią popcornu i zacząłem chrupać. Całe wiadro trzymała na kolanach, przykrywając je wieczkiem, które specjalnie poprosiła przy kasie, i sama nie zjadła ani ziarenka.
Czemu nie jesz? szepnąłem. Przecież dobre.
Wiesz, ja nie mam ochoty. Wezmę dla Staszka. Nocuje dziś u mnie, on uwielbia popcorn z kina, a rodzice rzadko mu kupują odparła cicho.
Mało co się nie zakrztusiłem colą. Okazało się, iż to nie dla nas, a dla jej wnuka z góry przyjęte, bez słowa uzgodnienia. Po całym seansie czułem się jak ktoś obcy wiadro strzeżone, nie do ruszenia. Odwiozłem ją do domu, wysiadła, dumnie niosąc popcorn, a ja miałem wrażenie, jakbym był kurierem, który jeszcze sam zapłacił za przesyłkę.
Nie chodziło o brak pieniędzy. Barbara dobrze zarabiała, była zawsze zadbana, własnym autem jeździła. Nie była w potrzebie.
Prawdziwy cios otrzymałem w zeszłą sobotę. Barbara zaprosiła mnie na obiad do siebie, obiecała słynne pierogi, które wszyscy jej znajomi chwalili. Nie pojechałem z pustymi rękami przyniosłem butelkę dobrego wina, owoce, łososia w plasterkach chciałem, by na stole było bardziej dostatnio. W domu unosił się taki zapach wypieków, iż aż kręciło mi się w głowie.
Na kuchennym stole piętrzyła się duża misa przykryta serwetą. Pod nią cała góra złocistych, lśniących od masła pierogów. Usiedliśmy, Barbara nalała herbatę i nałożyła mi na talerz pięć sztuk.
Jedz, Andrzeju, póki ciepłe powiedziała łagodnie.
Pierogi były wyśmienite. Zjadłem trzy z mięsem i dwa z kapustą, najadłem się do syta. Rozmawialiśmy, otworzyliśmy wino, poczułem się błogo prawdziwe, domowe ciepło.
Basiu, pierogi są przepyszne westchnąłem, opierając się z zadowoleniem. Wieczorem wpada moja córka z wnukami. Może dałabyś kilka na wynos? Niech spróbują, bo jedzą tylko sklepowe, a córka nie lubi gotować.
I wtedy zdarzyło się coś, czego nie przewidziałem.
Barbara w jednej chwili się zmieniła. Przed chwilą uśmiechnięta, serdeczna teraz nagle sztywna, oschła, spojrzenie twarde.
Oj, Andrzeju zaczęła innym tonem, jakby przepraszającym, ale stanowczym. Chętnie bym dała, ale nie mogę dużo. Stasiek przychodzi wieczorem, dla niego głównie lepiłam te pierogi.
Wstała, podeszła do tej ogromnej misy, w której bez przesady było ponad trzydzieści sztuk. Pogrzebała, wyciągnęła mały przezroczysty woreczek i włożyła tam trzy pierogi. Dwa z kapustą, jeden z mięsem.
Proszę podała mi ten skromny pakunek. Poczęstuj wnuki. Musi zostać na kolację dla Stasia.
Patrzyłem na te trzy pierogi, a twarz paliła mi się ze wstydu i rozczarowania. W misie góra przysmaków, a ja chwilę wcześniej przyniosłem jej wino, owoce, łososia. Nigdy dla niej niczego nie żałowałem. A ona naprawdę żałuje dla moich wnuków tych paru pierogów?
Basiu, przecież tam całe mnóstwo próbowałem załagodzić sytuację, choć już się we mnie gotowało. Stasiek aż tyle nie zje. Moim po dwie sztuki się należy
Zacisnęła usta, zakryła misę serwetą, jakby się broniąc i powiedziała twardo:
Andrzeju, wszystko policzyłam. Stasiowi obiecałam pierogi. Nie gniewaj się, ale nie mogę rozdawać wszystkiego, co ugotowałam. Zjadłeś? Smakowały? No i dobrze. Reszta jest dla wnuka.
Nazwanie tego rozdawaniem zabolało mnie najbardziej. Jakbym był zupełnie obcy, który przyszedł żebrać, a nie człowiek, z którym próbowała budować coś więcej i który chwilę wcześniej przyniósł jej same smakołyki.
Dlaczego w jej hierarchii rodzinnej znalazłem się gdzieś za sześciolatkiem?
Po pół godzinie pożegnałem się, zasłaniając obowiązkami. Te trzy pierogi leżały obok na siedzeniu, a zapach, który przed chwilą wydawał się domowy, teraz wydawał się sztuczny i chłodny. Próbowałem zrozumieć, co myśli Barbara, ale wnioski były gorzkie.
Zawsze sądziłem, iż w zdrowym związku na pierwszym miejscu są dwoje dorosłych. Dzieci i wnuki są ważne, oczywiście, ale po nas. U Barbary świat kręcił się wokół Stasia. On był centrum. On absolutny priorytet. Więc kim byłem ja? Wygodnym sponsorem, który płaci za kawę, kino, popcorn na wynos?
Gdy płacę za tort dla jej wnuka to normalne, jesteśmy jak rodzina, choć po roku znajomości jaka to rodzina? Ale gdy proszę o kilka pierogów dla swoich wnuków to już nie mogę rozdawać. Schemat był jednostronny. Jej wnuk pępkiem świata, karmionym tym, co najlepsze. Moi niemal obcy, którym ledwie trzy pierogi się należą. I jeszcze nie zauważyła, jak żenująco wygląda wręczenie dorosłemu facetowi tobołka, po zamknięciu miski przed jego oczami.
W domu czekały już na mnie wnuki. Córka po pracy ogarniała zakupy.
O, tato, czym tu tak pachnie? Pierogami?
Wyjąłem pakiecik i zrobiło mi się głupio.
To ciocia Barbara przesłała na spróbowanie powiedziałem, unikając spojrzenia córki. Skosztujcie.
Pierogi zniknęły w minutę. Były pyszne.
Dziadku, a są jeszcze? zapytała wnuczka, oblizując palce.
Nie ma już, kochanie odparłem, wychodząc na balkon zapalić.
Stałem na chłodzie, patrzyłem na światła wielkiego miasta i zastanawiałem się, po co mi to wszystko. Po co mi kobieta, która moje pieniądze uznaje za wspólne, gdy chodzi o jej wnuka, natomiast własne pierogi traktuje jak świętość? Przecież nie chodzi o jedzenie mogę kupić choćby i całą kolację z restauracji dziś wieczorem. Problem miał zupełnie inny wymiar.
Ona choćby nie zauważyła, iż mnie to zabolało. Wieczorem zadzwoniła radosna: Stasiek już jest, najadł się, szczęśliwy, bajki ogląda. Słuchałem i milczałem. Chciałem powiedzieć: A moje wnuki pytały, czy są jeszcze pierogi, musiałem powiedzieć, iż nie. Ale nie powiedziałem.
Mieliście kiedyś do czynienia z takim podwójnym standardem? Kiedy wszystko, co najlepsze idzie na swoje, a od ciebie oczekuje się tylko wsparcia? Może rzeczywiście przesadzam i to typowa kobieca oszczędność, a ja po prostu zaczynam być marudny na stare lata?

















