Spotykałem się z kobietą przez prawie rok i nigdy nie skąpiłem pieniędzy ani na nią, ani na jej wnuka. Jednak wystarczyło, żebym poprosił ją o kilka pierogów na wynos i od razu dowiedziałem się, gdzie jest moje miejsce.
Kelner ostrożnie postawił przed nami plastikowy pojemnik, do którego już zapakowano niemal nie ruszony kawałek sernika czekoladowego. Urszula z widoczną satysfakcją przyciągnęła pudełeczko do siebie. Siedzieliśmy w porządnym lokalu w centrum Krakowa, wokół cicho sączyła się muzyka, a we mnie powoli narastało wewnętrzne rozdrażnienie.
Mijający niemal rok razem. Ja mam pięćdziesiąt osiem lat, ona cztery mniej oboje po przejściach, rozwodach, dorosłych dzieciach i, rzecz jasna, wnukach. Ja mam dwójkę chłopca i dziewczynkę. Urszula natomiast jest oddaną babcią dla jednego wnuczka, Szymusia sześciolatka, który jest jej oczkiem w głowie. Wiem o nim już chyba więcej niż o własnych badaniach lekarskich, a widziałem go może raz czy dwa, przelotem.
Urszula schowała pojemnik do torebki i uśmiechnęła się tym swoim ciepłym, miękkim uśmiechem, od którego kiedyś straciłem głowę.
Szymuś uwielbia wszystko, co czekoladowe rzuciła. A ja już się najadłam, zupełnie mi nie po drodze ze słodyczami. Przecież szkoda, żeby się zmarnowało, prawda?
Kiwnąłem tylko głową, zawołałem kelnera, zapłaciłem rachunek, gdzie oczywiście znalazły się jej sałatka, kawa i wspomniany sernik. Złotych raczej nie muszę liczyć, ale nie o sumę tu chodziło, tylko o schemat, który zrósł się między nami przez ostatnie pół roku. Ignorowałem to, zrzucając wszystko na babciny instynkt. Przy każdej okazji i zawsze za moje pieniądze Urszula wynosiła do domu co się dało, by sprawić euforia swojemu niezastąpionemu wnuczkowi.
Pierwszy poważny sygnał był parę miesięcy temu, kiedy poszliśmy do kina na głośną premierę. Kupiłem bilety, podeszliśmy do baru, Urszula zamówiła największe wiadro karmelowego popcornu i colę.
Zdziwiło mnie to, bo zwykle pilnuje diety, nie przepada za słodyczami. Myślałem ma ochotę na odrobinę rozrywki. Weszliśmy na salę, światła zgasły, sięgnąłem po garść popcornu. Urszula trzymała wiadro na kolanach, przykryte specjalną pokrywką, o którą poprosiła w kasie. Nie zjadła choćby ziarenka.
Nie jesz? Dobry popcorn.
Dziękuję, nie mam ochoty szepnęła. Zawiozę Szymusiowi, dziś nocuje u mnie, a on przepada za popcornem z kina. Rodzice rzadko kupują.
Mało nie zadławiłem się colą. Okazało się, iż to wiadro nie było dla nas, tylko dla jej wnuczka i choćby nie uznała za potrzebne mi powiedzieć. Cały seans czułem się dziwnie; nie do końca wiedziałem, czy to jest nasza wspólna randka, czy może realizuję usługę dostawcy. Po wszystkim odwiozłem ją pod blok, wysiadła, promieniejąc, z popupcornem jak ze skarbem, a ja czułem się jak kurier, który jeszcze sam zapłacił za zamówienie.
A przecież ona zarabia dobrze, ma własny samochód, dobrze się ubiera, nie chodzi o potrzeby.
Największe zaskoczenie przyszło w zeszłą sobotę. Urszula zaprosiła mnie do siebie na obiad, obiecała swoje słynne pierogi, o których już tyle słyszałem. Poszedłem z prezentem: dobra butelka wina, owoce, łosoś wędzony chciałem, żeby było odświętnie. W kuchni pachniało tak, iż aż kręciło się w głowie.
Na stole stała wielka misa przykryta ściereczką. Pod nią cała góra apetycznych, złocistych pierogów lśniących od masła. Usiedliśmy, Urszula postawiła pięć pierogów na mój talerz.
Częstuj się, Andrzeju, póki gorące powiedziała ciepło.
Pierogi były genialne. Trzy z mięsem, dwa z kapustą najadłem się do syta, humor poprawił się nieziemsko. Pogadaliśmy, wino się polało, poczułem ten domowy, prawdziwy klimat.
Urszulo, te pierogi są cudowne! odchyliłem się na krześle. Wieczorem przywiozą mi wnuki, córka podrzuci ich na weekend. Dasz mi trochę pierogów na wynos? U mnie dzieciaki jedzą ciągle sklepowe, córka gotować nie lubi.
I wtedy zdarzyło się coś, czego zupełnie się nie spodziewałem.
Urszula zbladła, wyraz twarzy jej się wyostrzył, a miękkość przepadła. Przestała się uśmiechać, patrzyła sztywno.
Oj Andrzeju odezwała się niby przepraszającym, ale konkretnym tonem. Chętnie bym dała, ale nie mogę za dużo. Szymuś do mnie przyjeżdża wieczorem, pierogi robiłam głównie z myślą o nim.
Odsunęła się, podeszła do tej wielkiej misy, gdzie na oko leżało nie mniej niż trzydzieści pierogów. Chwilę coś w niej mieszała, po czym wyjęła niewielki, przezroczysty woreczek i włożyła do środka trzy pierogi: dwa z kapustą, jeden z mięsem.
Proszę podała mi ten mizerny pakiecik. Poczęstujesz dzieci. Musi wystarczyć, bo inaczej Szymkowi nic nie zostanie na kolację.
Patrzyłem na te trzy pierogi i czułem, jak złość i żal rozchodzą się po twarzy. W misie była góra pierogów. Przed chwilą przyniosłem jej wino, owoce, rybę nigdy niczego nie żałowałem, a ona serio żałuje kilku pierogów dla moich wnuków?
Urszulo, tam jest przecież tyle wszystkiego starałem się podejść do sprawy łagodnie, choć w środku gotowałem się już. Twój Szymuś i tak tego nie przeje, pozwól moim, też są tylko dwoje.
Zacisnęła usta, z powrotem przykryła miskę ściereczką, jakby się broniła.
Andrzej, zaplanowałam produkty. Obiecałam pierogi Szymusiowi. Nie obrażaj się, ale nie mogę rozdawać wszystkiego, co ugotowałam. Zjadłeś? Smakowało? To dobrze. Reszta jest dla wnuczka.
Nazwanie tego rozdawaniem poczułem się zupełnie obcy. Nie partner, który przed chwilą wniósł całą torbę pyszności na stół, ale gość z zewnątrz, jakby przyszedł żebrać.
Dlaczego w jej hierarchii zostałem postawiony niżej niż sześcioletni chłopiec?
Wyszedłem od niej po pół godzinie, tłumacząc się pilnymi sprawami. Po drodze te trzy pierogi pachniały już nie domowo, a sztucznie. Zamiast czułości czułem się zniesmaczony to już nie gościnność, tylko wyrachowanie. Zacząłem się zastanawiać, co się dzieje w jej głowie. Wnioski nie były wesołe.
Zawsze uważałem, iż w związku najważniejsi są dorośli, partnerzy. Dzieci i wnuki bardzo istotne, ale to my jesteśmy centrum. U Urszuli wszystko jest podporządkowane Szymusiowi. On jest priorytetem. A ja? Sponsor od restauracji, kina i popcornu na wynos?
Gdy płacę za ciasto dla wnuka naturalna sprawa, przecież jesteśmy rodziną, choć po roku związku trudno tak mówić. Ale jak ja proszę o kilka pierogów dla moich wnuków to już nie mogę rozdawać. Schemat jest wyraźny jej wnuk najważniejszy, moje wnuki statyści, dla których trzy pierogi to aż nadto. Nie zauważyła nawet, jak upokarzające było wręczyć mi ten śmieszny pakiecik i zasłonić resztę.
W domu wnuki były już u mnie. Córka zmęczona po pracy rozpakowywała zakupy.
O, tato, pachnie pierogami!
Wyciągnąłem woreczek i poczułem, jak ogarnia mnie wstyd.
To od cioci Urszuli, spróbujcie odpowiedziałem, unikając spojrzenia córki.
Pierogi zniknęły w moment. Były pyszne, nie ma co mówić.
Są jeszcze? spytała wnuczka oblizując palce.
Nie, kochanie, już nie ma powiedziałem i wyszedłem na balkon, zapalić.
Stałem w chłodzie, patrzyłem na światła miasta i zastanawiałem się: po co mi to? Po co mi kobieta, która uważa moje pieniądze za wspólne, jeżeli chodzi o jej wnuka, a swoje pierogi za rzecz świętą? Przecież nie chodzi o jedzenie. Stać mnie na wszystko, mogę zaraz zamówić jedzenie z dowozem. Chodzi o podejście.
Nawet nie zauważyła, jak mnie uraziła. Wieczorem zadzwoniła, roztrzepana, radosna: Szymuś właśnie przyjechał, najadł się, szczęśliwy, teraz ogląda bajki. Słuchałem i milczałem. Chciałem powiedzieć: A moje wnuki zapytały, czy jeszcze są pierogi, i musiałem odpowiedzieć, iż nie ma. Ale nie powiedziałem.
Ciekawe, czy ktoś z was też spotkał się z takim podwójnym standardem? Wszystko co najlepsze tylko dla siebie, a od innych oczekuje się tylko dawania. Rozmawiać o tym, czy po prostu przymknąć oko? Może to po prostu typowa kobieca przezorność, a może to ja powoli zaczynam burczeć na starość.
Dziś wiem jedno: w związku liczy się wzajemność i szacunek. jeżeli tego zabraknie, choćby najlepsze pierogi mogą ostygnąć na sercu.












