Agnieszka zwinęła się w kłębek na wersalce, kiedy z kuchni wróciła Danuta. Ta zdążyła już ochłonąć po pierwszej awanturze i ułożyła sobie dalszy plan.
— Pomyślałam, iż trzeba ci znaleźć pracę — oznajmiła. — Pójdziesz na zwolnienie, to chociaż coś zapłacą. Sama was nie utrzymam.
— Gdzie ja do pracy? Nie mam matury.
— A co, do banku cię wezmą? Do szwalni pójdziesz, kraje się przy taśmie. Nie chciałaś się uczyć, to teraz liczysz guziki.
Agnieszka uniosła się na łokciu.
— Mamo, ja to załatwię. Po prostu zrobię zabieg i będzie jak dawniej. Pójdę do szkoły zaocznej…
— Skończ najpierw to liceum! Zostało ci pół roku, a podręczniki kurzem zarosły. Boże, wychowywałam cię sama, bez żadnej pomocy, i co? Taki prezent na osiemnastkę! Rób, co chcesz, dorosła jesteś, tylko potem nie przychodź z płaczem!
Danuta znowu się nakręciła. Sama miała trzydzieści sześć lat i dopiero zaczęła odzyskiwać życie po tym, jak jej były mąż zostawił je obie, gdy Agnieszka miała trzy lata. Osiemnaście lat harówki, żeby teraz zostać babcią? Ona sama przechodziła to samo w wieku szesnastu lat. W domu nikt z nią nie rozmawiał o takich sprawach, myślała, iż ją to nie dotyczy. A potem matka zrobiła awanturę, zaciągnęła ją do chłopaka i jego rodziców, zagroziła policją, bo Danuta była niepełnoletnia. Ślubu nie było, tylko cywilny w urzędzie stanu cywilnego, ze świadectwem ciąży w reklamówce. Potem mieszkanie z babką męża, która dzień i noc warczała, iż młoda wszystko robi nie tak. Siedemnastolatka z noworodkiem, nieprzespane noce, kolki, ząbkowanie. A potem mąż zniknął. Zostawił kartkę, iż tak dalej nie może, iż ma inne plany, żeby mu wybaczyła. Po tej kartce Danuta spakowała torbę i wyszła z dzieckiem na ręku, bo teściowa dała jasno do zrozumienia, iż to nie jest już jej dom. Rodzice nie pomogli — to była jej nauczka. Pomogły koleżanki. Jedna załatwiła żłobek, druga pokój w hostelu. Danuta myła podłogi w galerii handlowej, potem skończyła kurs krawiecki i przeszła do szwalni. Rodzice po latach się odezwali, ale tego, jak było ciężko, nie zapomniała nigdy. I chociaż kochała córkę, często myślała, iż mogłoby to wszystko wyglądać inaczej. Teraz nadarzył się porządny mężczyzna — kierowca z firmy, poznali się pół roku temu, oświadczył się. I co teraz? Babcia?
Wbrew ponurym przewidywaniom Karoliny, Michał dzwonił do niej kilka razy w tygodniu. Rozmawiali o wszystkim i o niczym, jakby znali się od dawna. Michał ze zdziwieniem odkrył, iż za nią tęskni, iż przed zaśnięciem przypomina sobie jej twarz. Jego wspólnik Bartek choćby z niego żartował, bo nigdy go takim nie widział.
W piątek wieczorem mieli iść razem do klubu. Bartek włożył białą koszulkę i czarne dżinsy, poprawił włosy przed lustrem w przedpokoju. Wreszcie okazja, żeby pogadać na żywo, a nie przez telefon. Michał zapowiedział, iż ma poważną sprawę. Bartek myślał, iż chodzi o ich warsztat samochodowy w Łodzi.
— Cześć, stary! — rzucił Michał, gdy Bartek podszedł do taksówki.
— No siema. Co tam? Gadaj, zanim wejdziemy, bo potem muza wszystko zagłuszy.
— Rozmawiałem wczoraj z Karoliną. Pamiętasz tę brunetkę, co z nią była?
— No. I co?
— Jest w ciąży. Z tobą. Chce robić zabieg. W domu u niej podobno dramat, matka ją prawie wyrzuciła.
Bartek przestał się uśmiechać.
— Ja pierdzielę. Chwila, chwila. To jeszcze trzeba udowodnić, iż w ogóle moje.
— Trzeba. Ale ja ci tylko przekazuję, co usłyszałem. Ona o nic nie prosi. Sam zdecyduj.
— Co mam zdecydować? Nie będę się z tym bawił. Niech zrobi, co uważa. Mogę dać na zabieg, nie wiem, dwa tysiące.
— Nie wiem, bracie. Ja w takim czymś nie siedziałem. Ale ta dziewczyna mieszka z matką, ojca nie ma. Skończyła osiemnaście lat dwa tygodnie temu.
— No i co z tego? Ja jej nie pilnowałem. Niech uważa, z kim idzie do łóżka.
— A ty? Dorosły chłop, dwadzieścia siedem lat, nie pomyślałeś o gumce?
— Bartek, patrz na mnie. Wtedy w tym klubie wypiliśmy obaj konkretnie. Nie pamiętam połowy wieczoru.
— Pamiętam. Tylko iż ja na tę dziewczynę nie wchodziłem. — Michał spojrzał mu prosto w twarz.
Bartek wyciągnął papierosa, odpalił, zaciągnął się mocno.
— Sama się na mnie rzuciła. Młoda taka, a taka… no wiesz.
Michał nie odpowiedział od razu.
— Może w niedzielę pojedziemy? To kawałek, ze trzy godziny. Dasz jej pieniądze, załatwi sprawę i koniec.
— Nie wiem, kurwa. Ja naprawdę nie wiem. To nie tak miało wyglądać.
— A jak miało? Myślałeś, iż jak pójdziesz z osiemnastolatką do łóżka, to co się stanie? Pójdzie do przedszkola następnego dnia?
Bartek zgasił papierosa o krawężnik.
— Dobra, jedziemy w niedzielę. Rodziców po drodze odwiedzę.
— A ja do Karoliny.
— I co, tak normalnie do niej jedziesz?
— A co, mam się pytać ciebie o pozwolenie?
Żaden z nich nie miał już ochoty na klub.
Agnieszka z Karoliną wyszły ze szkoły. Padał drobny kwietniowy deszcz, chodnik przed liceum w Zgierzu lśnił.
— To co robimy? — spytała Karolina.
— Nie wiem. Wracam do domu.
— Agnieśka, no weź, nie zachowuj się, jakby cię na cmentarz wieźli. Nie umierasz.
— Perspektywa na medal: szwalnia, nocne zmiany i liczenie nici. A może jednak rzucić to wszystko i nie rodzić. W środę wyniki i od razu na zabieg. Piętnaście minut. I nie ma sprawy.
— Sama nie wiem. Tylko się nie wściekaj na mnie… Powiedziałam Michałowi.
— Co zrobiłaś? Po co?!
— No bo chciałam, żeby Bartek się dowiedział. Może cokolwiek zrobi, chociaż da pieniądze.
— Nic od niego nie wezmę. choćby go nie znam. Sama to zrobiłam.
Zza płotu zobaczyły, jak przed szkołę podjeżdża Bartek po Lenę. Tego samego Bartka, o którym przed chwilą rozmawiały.
— Przez niego to wszystko. Przez tego typa. — Agnieszka ścisnęła pasek torby. — Ty się z nią dalej przyjaźnisz?
— Czasem gadamy — mruknęła Karolina i odwróciła wzrok.
— To znaczy, iż mnie zdradzasz.
— To on zostawił ciebie, a nie Lena. Lena jest w porządku, sama wiesz.
— I co u nich? Sielanka?
— W niedzielę jadą do urzędu złożyć papiery. Ślub piątego lipca.
Agnieszka nic nie powiedziała. Patrzyła, jak Lena wsiada do czarnego audi Bartka.
W niedzielę rano Michał podjechał pod blok Bartka. Pojechali na wschód w stronę Zgierza, przez całą drogę Bartek patrzył w bok przez szybę i nie odzywał się. Michał nastawił radio, ale po dziesięciu minutach je zgasił.
— Masz te pieniądze? — zapytał w końcu.
Bartek wyciągnął z kieszeni grubą kopertę.
— Trzy tysiące. Więcej nie dam. Niech podziękuje, iż w ogóle.
— Myślisz, iż to wystarczy?
— Na zabieg? W zupełności.
— Mówię o sumieniu.
— Michał, skończ.
Zaparkowali przed blokiem Agnieszki nieco po trzynastej. Bartek wysiadł, oparł się o maskę i zapalił. Michał został w samochodzie. Po chwili z klatki wyszła Agnieszka. Zatrzymała się przed nimi. Blada, w za dużym swetrze, rękawy podwinięte do łokci.
— Przyjechaliście — powiedziała bezbarwnie.
Bartek wyciągnął kopertę.
— Masz. Trzy tysiące. Na zabieg i na leki. Nie chcę, żebyś potem mówiła, iż cię zostawiłem z tym samą.
Agnieszka popatrzyła na kopertę, ale jej nie wzięła.
— Schowaj. Nie potrzebuję twoich pieniędzy.
— Nie bądź głupia. Bierz. — Wcisnął jej kopertę w dłoń.
Agnieszka cofnęła się o krok, koperta upadła na ziemię między nimi. Michał obserwował z otwartymi drzwiami auta.
— Zabieraj to i jedź. Poradzę sobie. Sama.
— Jak sobie poradzisz? Matka cię wyrzuci.
— To nie twoja sprawa. Nie znam cię. To, co się stało, to była pomyłka i nie chcę cię więcej widzieć.
Bartek schylił się, podniósł kopertę i położył ją na masce samochodu.
— Zostawiam. Co zrobisz z tym, to twoja sprawa. Ale jak chcesz skrobać, to rób to mądrze, nie u byle znachorki. Stać cię teraz na prywatną klinikę.
Agnieszka milczała. Bartek wsiadł do auta, trzasnął drzwiami. Michał spojrzał jeszcze raz na dziewczynę, która stała nieruchomo; koperta leżała na masce.
— Trzymaj się — powiedział i ruszył.
Agnieszka wzięła kopertę. Przez chwilę trzymała ją w dłoni, jakby ważyła. Potem włożyła ją za pasek spodni i poszła wolno do klatki.
Wieczorem zadzwoniła do Karoliny.
— Przyjechali. Dał mi pieniądze.
— O! To dobrze. Ile?
— Trzy tysiące.
— No to masz na zabieg i jeszcze ci zostanie. Widzisz, opłaciło się powiedzieć Michałowi.
Agnieszka popatrzyła na kopertę leżącą na stole w kuchni. Za oknem, na trzepaku trzepotały dwie połówki koca, które Danuta rozwiesiła rano. Wiatr i deszcz. Pomyślała, iż matka zawsze wiesza pranie tak, jakby złościła się na cały świat. I pomyślała o tym, jak poszła dziś do lekarza. Będzie miał termin dopiero w czwartek, bo w środę manifestacja położnych pod NFZ i wszystkie okienka zamknięte.
— Może… — zaczęła, ale nie dokończyła.
— Co?
— Może tylko pójdę na to badanie. Zobaczę, co mi powiedzą.
— Jak chcesz, ale nie przeciągaj. Z każdym tygodniem będzie gorzej.
— Karolina, ja muszę jeszcze pomyśleć.
— O czym? Sama gadałaś, iż robisz.
— Wiem, co gadałam.
W czwartek poszła do gabinetu. Ginekolożka była zmęczona, przyjmowała już piątą pacjentkę z rzędu na tym samym fotelu. Pokazała na ekranie maleńki punkcik. Agnieszka słyszała bicie serca. Włączyła dyktafon w telefonie, bo nie chciała zapomnieć tempa. Coś w niej drgnęło, ale nie dała tego po sobie poznać. Wyszła z gabinetu z plikiem skierowań. Usiadła na ławce przed przychodnią i zjadła batonik, który kupiła rano w Biedronce.
W domu Danuta znowu zaczęła.
— I co? Byłaś? Masz termin?
— Nie zrobiłam. Zrezygnowałam.
— Co to znaczy?
— Urodzę.
Danuta podeszła do stołu i uderzyła dłonią o blat.
— Chyba oszalałaś. Mówiłam ci, jak to wygląda! Miałam szesnaście lat i zostałam sama, z niczym, w obcym mieszkaniu, z wredną babą nad głową i z dzieckiem, które darło się całą noc! Chcesz tego?!
— Nie zostanę sama. Ty mi pomożesz.
— Ja ci nie pomogę! Koniec! Wyprowadzaj się!
— Dobrze.
Agnieszka wstała, poszła do pokoju i zaczęła się pakować. Wrzucała do torby pierwsze z brzegu rzeczy: dżinsy, swetry, ładowarkę, zeszyt z polskiego. Danuta patrzyła na to z korytarza. Nie ruszyła się, żeby ją zatrzymać. Dopiero gdy Agnieszka podeszła do drzwi, wyszła na klatkę i zawołała:
— A kasa? Myślisz, iż ja będę to wszystko finansować?
Agnieszka zatrzymała się i powiedziała głośno, nie odwracając się:
— Na korytarzu stoi pan Piotr z naprzeciwka. Cały blok słyszy.
I zeszła po schodach.
Zatrzymała się u Karoliny. Jej matka nie była zachwycona, ale zgodziła się na dwa tygodnie. Agnieszka podjęła decyzję. Znalazła w necie ogłoszenie: kawiarnia w centrum Zgierza szuka kogoś do zmywaka. Na czarno, dwadzieścia dwa złote za godzinę. Zaczęła następnego dnia. Przez pierwszy tydzień wracała z popękanymi dłońmi i czuła, iż zasypia na krześle. Pieniądze z koperty Bartka odłożyła na konto oszczędnościowe w banku. Nie dotknęła ani złotówki. Postanowiła, iż odda mu każdą, co do jednej. To był jej warunek, żeby w ogóle żyć dalej. To jej miało dać spokój, którego nie dawało nic innego.
W piątym miesiącu, gdy brzuch był już wyraźny, zadzwoniła do Bartka. Nie odzywał się od tamtej niedzieli.
— Bartek, tu Agnieszka. Chcę ci oddać pieniądze.
— Jakie pieniądze? Aaaa… Nie trzeba.
— Trzeba. Ile zarobiłam, tyle ci oddaję w ratach. Wpłacam ci co miesiąc na konto. Pierwsza rata: trzysta złotych.
— Zostaw to sobie.
— Nie. To nie twoja łaska. To zwrot pożyczki, której nie chciałam.
Bartek się roześmiał.
— To czemu nie chcesz ich przyjąć? Buty ci się rozpadają na pewno…
— Nie twoja sprawa. Wpłacam w piątek.
Rozłączyła się. W piątek przelała mu trzysta złotych. Co miesiąc robiła tak samo. Bartek widział powiadomienia z banku i parskał, ale nie zatrzymywał transferów. Na raty przychodziły regularnie. Raz, w styczniu, przyszło trzysta dwadzieścia.
W lutym Agnieszka urodziła syna. Poród był trudny, ale zdrowy. Ważył trzy czterysta. Dała mu na imię Józef, po dziadku, o którym Danuta zawsze mówiła ciepło.
Danuta pojawiła się w szpitalu trzeciego dnia. Wręczyła Agnieszce torbę z wyprawką: pajace, kocyk, butelki, pieluchy tetrowe. Wszystko wyprane w szarym mydle. Stanęła w drzwiach i powiedziała:
— Nie przyszłam do ciebie. Przyszłam zobaczyć wnuka.
Ale została dwie godziny. Trzymała zawiniątko na rękach i śpiewała mu cicho, żeby nikt nie słyszał. Agnieszka leżała plecami do okna i patrzyła w sufit, po którym pełzało światło z korytarza.
Kiedy mały miał trzy miesiące, Agnieszka i Michał spotkali się przypadkiem w sklepie z art. dla dzieci w Łodzi. Michał przyjechał z Karoliną, ale weszli oddzielnie. Agnieszka stała przy regale z łyżeczkami. Michał skinął jej głową, z daleka. Podeszli do siebie.
— Mogę go zobaczyć? — zapytał po chwili.
Agnieszka zawahała się, ale pokazała mu zdjęcie w telefonie.
— Józef — powiedziała.
— Ładny chłopak. Podobny do… no. A Bartek go widział?
— Nie. I nie zobaczy.
— Rozumiem.
Zapadła cisza. Potem Michał powiedział:
— Bartek sprzedał swój udział w warsztacie. Wyprowadził się w lutym do Gdańska. Podobno z nową dziewczyną, poznali się na weselu. Nie wiem, czy wiesz.
Agnieszka schowała telefon.
— Nie wiedziałam. Ale to bez znaczenia. Ważne, iż pieniądze oddane.
— Całość? — spytał Michał.
— Prawie. Zostało czterysta.
Na zewnątrz padał gęsty śnieg. Ludzie wchodzili z parującym oddechem i otrzepywali buty z błota. Michał patrzył na nią długo.
— Jak ty to robisz? — powiedział. — Matka cię wywaliła, chłop w ogóle się nie poczuł, a ty wyglądasz, jakbyś niosła zakupy z Biedronki, a nie swoje życie.
Agnieszka podeszła do kasy. Podała pani trzy pary skarpetek w rozmiarze dla noworodka. Zapłaciła gotówką. Potem odwróciła się do Michała.
— Oddam i wtedy zniknę z jego życia. To nie jest dla niego. To jest dla mnie. Żeby mój syn nie musiał nikomu mówić, iż jego matka żyła z cudzych pieniędzy.
Wyszła. Michał został przy kasie. Patrzył przez szybę, jak Agnieszka idzie przez parking. Śnieg oblepiał jej kurtkę. Szła szybko, z siatką w ręku, a za nią, jak cień, jechał wózek z dzieckiem.
W maju, na pierwsze urodziny Józefa, przyszła Danuta. Nie sama — z mężczyzną. Cichym, dużym, z bukietem kremowych tulipanów. Agnieszka otworzyła drzwi i zobaczyła ich oboje na wycieraczce.
— To Wojciech — powiedziała Danuta. — Mój narzeczony.
— Wejdźcie.
Danuta podeszła do łóżeczka. Józef spał. Patrzyła na niego długo, a potem wyjęła z torebki kopertę. Podała ją Agnieszce.
— Co to?
— Chrzestni. Wojciech i ja chcielibyśmy być chrzestnymi. To akt, nie, nie mam aktu. To pieniądze na chrzciny. Czterysta złotych.
Agnieszka nie wzięła.
— Naprawmy to — powiedziała cicho. — Ty masz syna. Ja mam córkę. Nie wiemy, co dalej. Ale obie wiemy, jak to jest nie mieć nikogo.
Agnieszka poczuła, jak narasta w niej coś twardego. Przez rok nie płakała. Ani w trakcie porodu, ani wtedy, gdy Bartek rzucił jej kopertę na maskę auta. Teraz zacisnęła pięści, otworzyła je i znowu zacisnęła.
— Weź te pieniądze — powiedziała Danuta. — To nie jest spłata. To jest pierwsza rata.
Agnieszka wzięła kopertę. Była szczupła, z czterystu zł.
— Pierwsza rata za co? — zapytała.
Danuta patrzyła na wnuka.
— Za osiemnaście lat.
I obie patrzyły, jak Józef przekręca się we śnie, przyciskając do policzka kocyk w niebieskie misie.













