Siostry śpią na rozkładanej kanapie w pokoju babci, a Iwona nocuje na materacu w korytarzu, bo tak jest bliżej drzwi wejściowych – na wypadek gdyby matka wróciła po pijaku i trzeba było ją przytrzymać, żeby nie zbudziła dziewczynek. W bloku przy ulicy Chrobrego pachnie wilgocią i tanimi papierosami, a przez ścianę słychać, jak sąsiad z góry o drugiej w nocy przesuwa meble. Kiedyś, gdy ojciec jeszcze żył, a matka nie piła, Iwona miała swój pokój z biurkiem i lampką w kształcie żaby. Teraz ma dwadzieścia trzy lata, pracuje jako kelnerka w restauracji na molo i wychowuje młodsze siostry, bo nikt inny tego nie robi. Zosia ma dziewięć lat, chuda, milcząca, zawsze z rękawami naciągniętymi na dłonie. Hania ma siedem, mówi za dwie, pyta o wszystko, budzi się z krzykiem, kiedy śni jej się, iż matka nie wraca.
Iwona wraca z pracy po jedenastej, zagląda do pokoju, sprawdza, czy dziewczynki oddychają równo, poprawia kołdrę. Potem idzie do kuchni, gdzie na kaloryferze suszą się rajstopy, a czajnik ma pokrywkę przymocowaną drutem. Krzeseł jest tylko troje, czwarte pękło zimą, kiedy matka się na nim przewróciła. Iwona kładzie się na materacu, patrzy w sufit i liczy: ile jeszcze zmian, ile jeszcze napiwków, żeby zabrać stąd siostry na stałe. Ma plan – niejasny, ale uparty. W restauracji przy plaży bywa dużo mężczyzn z portfelami grubszymi niż jej cały wypłata za miesiąc. Iwona wie, iż wystarczy jeden, żeby wszystko się zmieniło.
Bartek pojawia się w czwartek, siada przy oknie z widokiem na molo. Ma zegarek, który kosztuje więcej niż jej trzymiesięczna pensja, zamawia wino, ale go nie pije – trzyma kieliszek i patrzy, jak ona porusza się między stolikami.
– Nie smakuje panu wino?
– Smakuje. Ale bardziej lubię patrzeć, jak pani chodzi.
Iwona się nie rumieni. Odzwyczaiła się od tego dawno. Uśmiecha się tak, jak trzeba w takich sytuacjach – uprzejmie, bez obietnic. Kiedy wychodzi, zostawia napiwek: dwa banknoty studolarowe – nie, w Polsce to dwie pięćsetki. Iwona chowa je do kieszeni fartucha i myśli: tyle wystarczy, żeby Zosia miała wreszcie porządne buty na zimę, a nie te po sąsiadce, o numer za duże.
Z zaplecza, gdzie dowożą zamówienia dla dostawy, wchodzi Kacper. Kurtka z naszywkami, kask pod pachą, zawsze zostaje pięć minut dłużej, niż trzeba.
– Znowu w chmurach, księżniczko? Oczko w rajstopach ci uciekło. Czy to rajstopy w ogóle?
– A ty znowu cuchniesz benzyną. Wentylacja u was nie działa?
– Działa. Tylko cię poczułem i skręciłem nie tam, gdzie trzeba.
Kłócą się jak dwa koty o rybę z kosza na śmieci. On patrzy na nią tak, jakby wiedział coś wstydliwego, czego ona sama sobie nie przyznaje. Tydzień później całują się na zapleczu, między kartonami serwetek i płynem do mycia podłóg. Wargi ma suche, ciepłe, pachną gumą miętową. Wsuwa dłoń w jej włosy, wyjmuje spinkę. Ona pozwala sobie na trzy sekundy słabości, potem opiera dłonie na jego piersi.
– Wystarczy.
– Dlaczego?
– Bo mam zamówienie na stolik czwarty.
– Niech ten stolik szlag trafi.
Poprawia bluzkę, zbiera włosy w kok i wraca do sali.
Bartek przychodzi drugi raz i zaprasza ją do Teatru Wybrzeże w Gdańsku. Nigdy tam nie była, więc się zgadza. Zakłada jedyną porządną sukienkę – czarną, z ciucholandu przy Bema. Bartek patrzy na nią z takim zachwytem, iż robi jej się nieswojo.
– Jest pani niesamowicie piękna. Jest w pani coś prawdziwego.
Ona kiwa głową. Prawdziwe, myśli, to głód. Prawdziwe to siostry, które czekają w domu z garnkiem wystygłej kaszy.
Kacper czeka na nią po zmianie przy wyjściu dla personelu, siedzi na skuterze, strzepuje popiół na chodnik. W ciemności ogonik papierosa jak mała latarnia.
– Wsiadaj, podrzucę.
– Idę pieszo, to niedaleko.
– Po drodze mi.
Siada za nim, obejmuje go w pasie. Pachnie miastem nocą, chłodem i skórą kurtki. Jedzie szybko, wzdłuż molo, mija oświetlone kramy z goframi, już zamknięte o tej porze. Ona zamyka oczy i przez chwilę wyobraża sobie, iż nie ma sióstr, długów, tego ciężaru w klatce piersiowej. Kacper zatrzymuje się pod jej blokiem, gasi silnik.
– Może wpadniesz do mnie?
– Nie dzisiaj.
– A kiedy?
Milczy. Bo nie potrafi wytłumaczyć, iż ma zupełnie inne plany na życie.
Bartek zabiera ją na wystawy, na lodowisko przy Ergo Arenie, na kolacje. Poznaje ją ze znajomymi. Kiedy po pół roku zaprasza ją na sobotni obiad do rodziców, do domu w Sopocie, Iwona myśli, iż tu się bajka skończy. Ma już porządne ubrania, kupione przez Bartka, ale rodzice od razu rozpoznają, kim ona jest naprawdę. Tymczasem są zachwyceni.
– Tak baliśmy się, iż przyprowadzi jakąś wulgarną dziewczynę – mówi matka Bartka, nalewając herbatę do filiżanek ze złotym rąbkiem.
– Nie znoszę tych nadętych gąsek z bogatych domów – mówi ojciec. – Sam się dorobiłem od zera, warsztat samochodowy, potem cała sieć. W tobie jest coś twardego.
Aprobata udzielona. Miesiąc później Bartek się oświadcza. Ma trzydzieści dziewięć lat, chce trójki dzieci i zdążyć je wychować, choć wcześniej uważał się za zatwardziałego kawalera.
Robi to w restauracji na molo, tej samej, w której ona pracuje – klęka między stolikami, otwiera aksamitne pudełko. Pierścionek, za który dałoby się opłacić rok życia jej i sióstr. Kierowniczka zamiera z tacą w dłoniach. Kucharz wygląda z okna do wydawania dań. Iwona patrzy na pierścionek, potem na Bartka, potem na drzwi zaplecza, gdzie zwykle stoi Kacper z termoboksem na plecach. Dziś go tam nie ma.
– Tak – mówi.
Bartek wstaje, całuje ją. Wargi ciepłe, ale jakby z dystansu.
Wieczorem dzwoni do Kacpra. Przyjeżdża w piętnaście minut, choć na dworze minus dwa. Wychodzi bez kurtki.
– Wychodzę za mąż – mówi.
Coś w jego oczach gaśnie, jakby ktoś przekręcił kontakt.
– Za niego?
– Tak.
– Przecież go nie kochasz.
– Za to on kocha mnie. I może mi dać to, czego potrzebuję.
– A czego ci potrzeba?
– Nie twoja sprawa.
Kacper śmieje się krótko, uderza pięścią w mur bloku. Skóra na kłykciach pęka, ale nie reaguje na ból. Odwraca się, wsiada na skuter i odjeżdża, nie oglądając się.
Ślub odbywa się w czerwcu, w hotelu nad zatoką. Iwona zabiera siostry do siebie, do mieszkania Bartka na Bulwarze Nadmorskim – trzy pokoje, widok na wodę, Zosia dostaje wreszcie własne biurko, Hania przestaje budzić się z krzykiem. Przez pierwszy rok wszystko idzie tak, jak sobie wymarzyła na tym materacu w korytarzu: pełna lodówka, ciepła woda, ciepły płaszcz dla każdej z sióstr.
Ale Bartek zaczyna kontrolować. Najpierw drobiazgi: pyta, dlaczego wróciła dwadzieścia minut później z zakupów, przegląda jej telefon, kiedy śpi. Potem większe rzeczy: mówi, iż siostry są u nich za długo, iż to nie jest hotel, iż ona powinna skupić się na nim, na ich przyszłych dzieciach, nie na cudzych. Kiedy Iwona odpowiada, iż to jej rodzina, on mówi, iż rodzina to teraz on. Rok po ślubie każe jej podpisać intercyzę – już po fakcie, twierdząc, iż doradca finansowy nalegał. Iwona podpisuje, bo się boi, iż inaczej znów wróci na materac w korytarzu, tym razem z dwiema dorastającymi siostrami na karku.
Kacper w tym czasie zmienia pracę – jeździ teraz dla większej firmy kurierskiej, ma już swój mały serwis skuterów przy ulicy Armii Krajowej. Nie dzwoni. Nie szuka jej. Ale raz, przypadkiem, mija ją na Monciaku z termoboksem na plecach – zwalnia, patrzy, nic nie mówi, jedzie dalej.
Dwa lata po ślubie Bartek wraca z pracy wcześniej niż zwykle i zastaje siostry oglądające telewizję w salonie, a Iwonę pomagającą Hani z lekcjami przy stole. Wybucha – krzyczy, iż to jego dom, iż ma dość utrzymywania cudzych dzieci, iż jeżeli chce mieć w domu siostry, to niech się wyprowadzi razem z nimi. Zosia, już trzynastoletnia, wybiega z płaczem do swojego pokoju. Hania chowa się za Iwoną.
Tej nocy Iwona nie śpi. Nie liczy zmian ani napiwków, jak kiedyś na materacu. Liczy co innego: ile ma na koncie oszczędnościowym, które przez trzy lata cichcem zasilała ze swojej pensji z restauracji – bo nie przestała pracować, mimo iż Bartek uważał to za fanaberię. Sto dwadzieścia tysięcy złotych. Nie dużo jak na jego standardy. Wystarczająco jak na jej.
Rano dzwoni do adwokatki, z którą poznała się przypadkiem na weselu koleżanki – kobieta zajmująca się prawem rodzinnym z kancelarii przy ulicy Długiej w Gdańsku. Umawia się na spotkanie jeszcze tego samego tygodnia. Bierze ze sobą intercyzę, wyciąg z konta, akt urodzenia sióstr i dokument potwierdzający, iż to ona jest ich prawnym opiekunem od czasu, gdy sąd odebrał matce prawa rodzicielskie.
Adwokatka czyta papiery, kiwa głową.
– Intercyza chroni jego majątek. Ale nie chroni go przed tym, iż pani wyprowadzi się razem z dziećmi, dla których jest pani opiekunem prawnym. To nie jest kwestia rozwodu majątkowego. To kwestia tego, gdzie mieszkają dzieci, dla których pani odpowiada przed sądem.
Trzy tygodnie później, w sobotni poranek, gdy Bartek wyjeżdża na turniej golfowy do Jastrzębiej Góry, Iwona pakuje rzeczy sióstr do dwóch walizek i jednej reklamówki na buty. Zosia pomaga składać ubrania, nie pyta dlaczego. Hania pyta trzy razy, czy babcia będzie na nie krzyczeć jak wcześniej – Iwona mówi, iż nie, iż jadą do zupełnie innego mieszkania, dwupokojowego, przy ulicy Kościuszki, które wynajęła miesiąc temu za pieniądze z konta, o którym Bartek nie wiedział.
Kiedy Bartek wraca w niedzielę wieczorem, mieszkanie jest puste – nie licząc jej rzeczy osobistych, które zabrała, i listu na stole kuchennym, obok klucza do gabinetu, który kiedyś sam jej dał, żeby "czuła się tu jak u siebie". List jest krótki: iż wyprowadza się z siostrami, iż dokumenty rozwodowe dostanie od adwokatki w poniedziałek, iż intercyza zostaje po jego stronie, bo nigdy niczego od niego nie chciała poza dachem nad głową dla dziewczynek, a teraz ma własny.
Bartek dzwoni jedenaście razy tego wieczoru. Iwona nie odbiera. O dwudziestej trzeciej przyjeżdża pod nowy adres – zdobyty przez firmę detektywistyczną, jak się później okaże – i stoi pod drzwiami klatki, dzwoni domofonem. Iwona podchodzi do okna kuchni na drugim piętrze, widzi go na dole, w swetrze z golfa, z kluczykami od audi w dłoni. Nie schodzi. Zosia siedzi przy stole i odrabia lekcje z geografii, Hania układa klocki na dywanie w salonie i pyta, czy może dostać drugą kanapkę.
Iwona zamyka roletę w kuchni i wraca do stołu, gdzie leży otwarty zeszyt Zosi z mapą Polski, na której trzeba zaznaczyć wszystkie województwa. Pomaga jej znaleźć Pomorskie – już je zna, mówi Zosia, bo mieszka właśnie tutaj.













