Sobowtór z Nowej Huty

twojacena.pl 1 tydzień temu

Nazywam się Roman Duczyński i mam czterdzieści trzy lata, prowadzę firmę transportową w Krakowie, a przez ostatnie sto dwa dni myślałem, iż kobieta, którą kocham, nie żyje. To, iż w końcu ją znalazłem w barze mlecznym przy ulicy Zamenhofa, powinno być najszczęśliwszym dniem mojego życia. Nie było.

Dzwoneczek nad drzwiami zabrzęczał, kiedy wszedłem, i od razu poczułem zapach smażonych placków ziemniaczanych i rozlanej kawy. Za ladą stała ona — w za dużym fartuchu, z identyfikatorem „Kasia" przypiętym krzywo do bluzki. Kasia. Nie Magda. Nie Ewa. Dopiero trzecie imię, którego użyła, odkąd zniknęła z mojego mieszkania na Podgórzu, zabierając tylko plecak i mój spokój.

Musiałem to opowiedzieć od samego początku, bo inaczej nikt nie zrozumie, dlaczego stałem w progu tego baru z sercem walącym jak młot, zamiast po prostu podejść i ją objąć.

Trzy miesiące wcześniej, w środku nocy, usłyszała przez uchylone drzwi gabinetu, jak mówiłem komuś przez telefon, iż Bartek Nowicki „musi zniknąć z jej życia, i to na stałe". Usłyszała tylko połowę zdania. Nie usłyszała, iż chodziło o to, żeby ten człowiek przestał kraść z niej informacje o mnie, a nie o to, żebym kazał go zabić. Nie wiedziała, iż Bartek podrywał ją specjalnie, bo ktoś z rodziny Wolańskich — konkurencji, z którą od lat miałem na pieńku o kontrakty na przewozy w Małopolsce — chciał wiedzieć, z kim się układam i ile mam na koncie. Ona usłyszała słowo „zniknąć" i uciekła tej samej nocy, zabierając ze sobą coś, o czym sam dowiedziałem się dopiero teraz, patrząc na jej brzuch pod luźną kurtką.

Szukałem jej wszędzie. Kostnice, izby przyjęć w całej Polsce, schroniska dla bezdomnych kobiet, zgłoszenia zaginięć na komendach od Krakowa po Gdańsk. Sprawdziłem nagrania z kamer na dworcach PKP, zapłaciłem człowiekowi, żeby przejrzał billingi, mimo iż wiedziałem, iż to nielegalne. Przez dwanaście dni byłem przekonany, iż ktoś ją porwał z mojego powodu. To był najgorszy okres w moim życiu — gorszy niż śmierć ojca, gorszy niż moment, kiedy w wieku dwudziestu sześciu lat musiałem przejąć po nim firmę i długi na sto osiemdziesiąt tysięcy złotych.

Kiedy w końcu ją zobaczyłem tego wrześniowego ranka, przez ułamek sekundy chciałem na nią nakrzyczeć. Zamiast tego powiedziałem tylko: „Cześć, Elu".

Właściciel baru, starszy pan o nazwisku Karolak, spojrzał na nas znad talerza z pierogami. „Kasiu, wszystko gra?" — zapytał. Nie musiałem nic mówić. Wystarczyło, iż na niego spojrzałem, a on sam zrozumiał, iż lepiej się nie wtrącać. Nie lubię tej części siebie, tej, która potrafi uciszyć człowieka samym spojrzeniem, ale kłamałbym, gdybym powiedział, iż w tamtej chwili z niej nie skorzystałem.

Ela cofnęła się i trąciła łokciem tacę z widelcami, które z brzękiem posypały się na linoleum. „Nie tutaj" — wyszeptała.

„To ty wybrałaś to miejsce" — odpowiedziałem, choć od razu pożałowałem tonu, jakim to powiedziałem.

Na chodniku przed barem, gdzie tramwaj numer czternaście akurat zgrzytał na zakręcie w stronę Nowej Huty, powiedziała mi, iż myślała, iż każę kogoś zabić. Że uciekła, bo bała się o swoje życie. A potem powiedziała coś, co zatrzymało mi oddech na dobre kilka sekund: iż jest w szesnastym tygodniu ciąży i wiedziała o tym już wtedy, kiedy wsiadała do nocnego autobusu na Dworcu Głównym.

Sześć dni. Wiedziała sześć dni i nic mi nie powiedziała.

Musiałem oprzeć dłoń o dach mojego audi, bo nogi zrobiły się jak z waty. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek w życiu — choćby podpisując przejęcie firmy ojca, choćby gdy Wolańscy podpalili nam dwie ciężarówki na parkingu w Skawinie — czuł się tak bezradny.

Powiedziałem jej o Bartku. Że żyje, iż siedzi teraz w Świnoujściu i próbuje prowadzić nielegalny punkt bukmacherski, i iż jest z kobietą zamężną z człowiekiem, który ma broń myśliwską i nie znosi rywali. Pokazałem jej zdjęcia na telefonie — Bartek odbierający kopertę od kogoś z ludzi Wolańskich, Bartek fotografujący coś na jej stole kuchennym, kiedy jej nie było w domu.

Zobaczyłem, jak z niej uchodzi powietrze. Jak ktoś, komu odebrano jedyne wytłumaczenie, którym żył trzy miesiące.

I wtedy, kiedy już miała wsiadać do samochodu, telefon w mojej kieszeni zawibrował. Spojrzałem na ekran i poczułem, jak twarz mi tężeje, choć próbowałem tego nie pokazać. Nagranie z monitoringu jednego z moich magazynów pod Wieliczką, sprzed dwóch dni przed jej ucieczką. Kobieta o twarzy Eli, w jej płaszczu, stojąca przy bramie, której nigdy nie widziałem, żeby przekraczała.

„To niemożliwe" — powiedziała, patrząc na ekran, który jej wyrwałem za późno.

Zabrałem ją do siebie, do domu w Podgórzu, i tam, przy stole kuchennym, powiedziałem jej wszystko, co wiedziałem — łącznie z tym, iż ktoś obserwował mieszkanie jej matki w Tarnowie i galerię przy Kazimierzu, gdzie kiedyś pracowała. Nie ja to robiłem. Powiedziałem jej to wprost, bo widziałem, iż gdybym skłamał choćby raz, straciłbym ją na zawsze, niezależnie od dziecka.

Zadzwoniłem do Grześka, człowieka, który prowadzi u mnie ochronę od piętnastu lat, i kazałem mu przywieźć nagrania z trzech innych kamer z tego samego tygodnia. Elu siedziała naprzeciwko mnie z kubkiem herbaty, którego nie tknęła, i patrzyła, jak układam zdjęcia na stole jak karty. Na trzecim nagraniu było widać, iż kobieta z twarzą Eli ma bliznę na nadgarstku, której Elu nigdy nie miała. Sobowtór. Ktoś, kogo Wolańscy wynajęli, żeby skompromitować mnie albo ją — nie byliśmy jeszcze pewni które.

Trzy dni później Grzesiek namierzył tę kobietę w mieszkaniu wynajętym na fałszywe nazwisko w Nowej Hucie, opłacanym gotówką przez pośrednika powiązanego z synem Wolańskiego, Damianem. Nie wysłałem tam nikogo z bronią. Pojechałem sam, z Grześkiem za kierowcą, i zapukałem do drzwi jak zwykły człowiek.

Kobieta, kiedy zobaczyła, kim jestem, nie próbowała kłamać. Powiedziała, iż dostała dwadzieścia pięć tysięcy złotych za to, żeby pokazywać się w miejscach związanych ze mną, ubrana jak Elena, tak żeby w razie czego to ona, a nie prawdziwa Elu, wpadła w oko ludziom, których Damian wynajął do „rozmowy". Rozmowy, która najpewniej skończyłaby się dla mnie kulą, a dla Eli — porwaniem, żeby wymusić na mnie ustępstwa w sprawie tras przewozowych na wschodnią granicę.

Nie zadzwoniłem po policję od razu. Zadzwoniłem do mojego adwokata, pana Zawadzkiego, z którym współpracuję od dwunastu lat, i razem z nagraniami z monitoringu oraz zeznaniem tej kobiety — spisanym i podpisanym w obecności notariusza — złożyliśmy zawiadomienie w prokuraturze rejonowej Kraków-Śródmieście. Legalnie, papierowo, bez żadnej „rozmowy" w zaułku. Chciałem, żeby Elu zobaczyła, iż da się to załatwić inaczej niż tym, czego się bała.

Damian Wolański został zatrzymany dziewięć dni później, kiedy próbował wypłacić kolejne pieniądze z konta firmy-krzaka zarejestrowanej na Cyprze, powiązanej z tą samą osobą, która wynajęła sobowtóra. Elu dowiedziała się o zatrzymaniu, siedząc obok mnie w poczekalni ginekologicznej przy ulicy Kopernika, gdzie czekaliśmy na pierwsze badanie USG. Lekarka pokazała nam serce dziecka bijące na ekranie, sto czterdzieści dwa uderzenia na minutę, i w tej samej minucie mój telefon zawibrował wiadomością od Zawadzkiego: „Zatrzymany. Prokurator przyjął zawiadomienie."

Nie płakałem przy Eli. Ale wieczorem, kiedy już spała w moim łóżku — w moim mieszkaniu, z własnej woli, bo powiedziałem jej, iż może wyjść, kiedy tylko zechce, i miałem to na myśli — usiadłem w kuchni i przez dłuższą chwilę patrzyłem na zdjęcie z USG przyklejone magnesem do lodówki.

Tydzień później Elu zrobiła coś, czego się nie spodziewałem. Poszła sama, bez mnie, do notariusza przy placu Wolnica i podpisała pełnomocnictwo do swojego dawnego konta w PKO, tego samego, które zostawiła, uciekając, z zamrożonymi na nim trzydziestoma ośmioma tysiącami złotych oszczędności po sprzedaży mieszkania po babci. Odblokowała je i przelała całość na nowe konto, założone wyłącznie na jej nazwisko — nie wspólne, nie moje, jej własne. Kiedy wróciła, położyła przede mną wydruk potwierdzenia przelewu i powiedziała: „Zostaję, bo chcę. Nie dlatego, iż nie mam gdzie pójść."

Trzymam ten wydruk do dziś w szufladzie biurka, obok zdjęcia z USG. Nie dlatego, iż to dowód czegokolwiek. Dlatego, iż przypomina mi, iż kobieta, która ode mnie uciekła w środku nocy, wróciła na własnych warunkach, z własnym kontem i własnym nazwiskiem na dokumencie — a nie dlatego, iż ją odnalazłem.

Idź do oryginalnego materiału