Sobie podobna – historia mężczyzny, który spotyka niepokojąco wierną kopię swojej żony

polregion.pl 1 tydzień temu

Kopia żony

Jesteś pewna, iż cię to nie krępuje? zapytała Marianna, stojąc w progu z torbą na ramieniu i dziwnym, nieco bezradnym uśmiechem, którego Olga nie widziała u niej nigdy wcześniej. Wiem, iż to niewygodne. Rozumiem.

Marianno, no wejdź już. Olga odsunęła się, przytrzymała drzwi. Pokój wolny, Staszek nie ma nic przeciwko. Wszystko w porządku.

Staszek nie ma nic przeciwko powtórzyła Marianna. W tym powtórzeniu było coś więcej niż zwykła informacja. Nie ironia raczej zdziwienie. Jakby samo nie ma nic przeciwko nabrało dla niej wagi.

On w ogóle rzadko ma coś przeciwko rzuciła Olga, ruszając już w stronę kuchni. Ściągaj buty. Kapcie po lewej.

Tak to się zaczęło.

Olga miała pięćdziesiąt dwa lata, Marianna, jej przyjaciółka jeszcze z czasów studiów, pięćdziesiąt jeden. Ostatnie pięć lat widywały się sporadycznie czasem zadzwoniły, rzadko kawa w centrum, i Olga była przekonana, iż zna Mariannę wystarczająco dobrze, by wpuścić ją do mieszkania bez wahania. Rozwód, koniec umowy najmu, dokumenty do nowego mieszkania ciągnęły się w nieskończoność. Dwatrzy tygodnie, najwyżej miesiąc, przeczekać i stanąć na nogi.

Mieszkały w Piotrkowie Trybunalskim nie za dużym, nie za małym mieście, gdzie każdy blok jest trochę podobny do sąsiedniego, a w osiedlowych sklepach sprzedawczyni rozpoznaje klientów po głosie. Olga miała trzypokojowe mieszkanie na trzecim piętrze, okna wychodziły na spokojną ulicę. Staszek, jej mąż, pracował w firmie budowlanej, niezbyt na świeczniku, ale na dobrej posadzie. Olga uczyła ekonomii w technikum. Dwadzieścia trzy lata razem. Córka od dawna mieszkała w Warszawie. W mieszkaniu było przestronnie i swojsko, jak to w miejscach, gdzie wszystko jest na swoim miejscu od lat i nikomu nie przychodzi do głowy niczego przestawiać.

Marianna przyprowadziła się z jedną dużą torbą i pudełkiem. Rozpakowała się dyskretnie, prawie niewidzialnie. Przez pierwsze trzy dni Olga ledwie ją słyszała wychodziła wcześnie, wracała późno, jadła mało, mówiła mniej niż mało. Staszek pierwszego wieczora rzucił:

Na długo?

Miesiąc odpowiedziała Olga.

Miesiąc powtórzył on z tą samą, dziwną intonacją, co Marianna na progu.

Olga nie przywiązała do tego wagi. W ogóle nie była typem, który przywiązuje wagę do takich rzeczy. Albo, raczej: myślała, iż nie jest.

Pierwszy sygnał niepokoju pojawił się w drugim tygodniu. Olga weszła rano do łazienki i zobaczyła swój flakonik perfum Ogród Saski zielony, ze srebrną nakrętką, używała go już trzeci rok, kupowany zawsze w tej samej drogerii na Słowiańskiej postawiony nie tam, gdzie zawsze, tylko na skraju umywalki. Olga uznała, iż to ona sama gdzieś go przestawiła. Odłożyła z powrotem. Zapomniała.

W trzecim tygodniu zauważyła coś jeszcze.

Śniadanie jadły już razem, we trójkę. Olga parzyła kawę tak, jak lubiła: trochę zimnej wody najpierw, potem gorąca, bez wrzątku, bo wtedy gorzknieje. Staszek dobrze znał te zasady i co rano je chwalił. Tamtego dnia kawę zaparzyła Marianna, bo Olga była jeszcze zawalona telefonem. Staszek, smakując, powiedział:

O, smaczna.

Podpatrzyłam u Olgi rzuciła Marianna. Ona zawsze tak robi.

Olga spojrzała na nią. Marianna uśmiechnęła się. Słodko, uprzejmie. Olga też się uśmiechnęła.

Ale coś ją lekko ukłuło, gdzieś w środku, bez nazwy i bez powodu.

Tydzień pracy rozbiegł się na planowania i sprawdziany, więc to ukłucie zgasło w codzienności. Olga przychodziła do domu czysto, cicho, porządek. Marianna rzeczywiście zdążała umyć, ułożyć, posegregować. Staszek do tej domowej reorganizacji przyzwyczaił się szybciej, niż Olga by się spodziewała.

Dzisiaj Marianna gotowała oznajmił pewnego wieczoru, jakby ogłaszał wygraną w totka. Zupa z fasolą. Dobra.

Ja sama robię z fasolą.

No tak skinął głową. Bardzo podobna.

Pytań o to, która lepsza, się nie pojawiło. On nie rzucił.

Marianna w tym czasie pracowała zdalnie coś około dokumentacji, Olga nigdy nie wnikała w szczegóły. Całe dnie siedziała w gościnnym pokoju z laptopem, w porze obiadu wychodziła do kuchni, przygotowywała coś prostego, wieczorem wychodziła już uczesana, przebrana. Nie w dres, jak Olga, tylko w normalne, wyjściowe ciuchy. Olga zauważyła to z lekkim uprzedzeniem: ona traktowała wieczór jako porę na miękkie spodnie i stary sweter, więc tak jakoś wyszło, iż Marianna wyglądała w jej własnym mieszkaniu lepiej od niej samej.

Któregoś wieczoru Staszek przysiadł się do Marianny przy telewizorze. Olga wtedy sortowała ćwiczenia w sypialni. Przez ścianę słychać było rozmowę: spokojna, płynna, bez żadnych dziwnych pauz. Staszek coś opowiadał, Marianna śmiała się. Jej śmiech przypominał śmiech Olgi, tylko łagodniejszy. Olga się na tym złapała i odgoniła myśl. Śmiech jak śmiech. Cóż z tego.

Ale po paru dniach znowu się nad tym zatrzymała. Bez odganiania.

Marianna zaczęła czesać włosy inaczej. Przedtem nosiła krótkiego boba: modnie, wyraziście. Teraz zapuszczała i układała je z lekką falą do tyłu, trochę niedbale. Zupełnie jak Olga. Olga zobaczyła to w lustrze w korytarzu, gdy stanęły obok siebie: ona bliżej, Marianna trochę dalej. Prawie jak stare i nowe zdjęcie zrobione w tym samym miejscu.

Dobrze ci w tej fryzurze rzuciła Olga.

Myślisz? Marianna poprawiła kosmyk w lustrze. Pomyślałam, iż spróbuję. Zobaczyłam u ciebie.

Znowu u ciebie. Znowu, prawie niewidoczne kopiowanie. Olga się uśmiechnęła i poszła do kuchni. W środku już jej nie było do śmiechu.

W niedzielę zadzwoniła do córki.

Mamuś, jak tam z wami?

Dobrze. Mamy Mariannę na gościnnych występach. Pamiętasz, wspominałam?

Aaa, tak. Ona wciąż mieszka?

Nadal. Papierologia się przeciąga.

No dobra. A tata?

Też dobrze. Z Marianną się dogadują.

Cisza.

To dobrze czy źle? spytała córka nieco podejrzliwie.

Dobrze odpowiedziała Olga. Dobrze.

Po rozmowie długo siedziała z zimną herbatą przy oknie. Myślała, iż dogadać się to neutralne określenie, ale użyła go z ostrożnością, jakby badała grunt pod stopą.

W piątym tygodniu Marianna poprosiła o przepis na szarlotkę.

Tę, co piekłaś w tamtą niedzielę. Z jabłkami i cynamonem.

Nie mam zapisanego. Robię na oko.

To może opowiesz? Spróbuję.

Olga wytłumaczyła dokładnie, jak umiała. Marianna zanotowała w telefonie. Po trzech dniach upiekła. Staszek jadł i mruczał smaczna, a Olga nie wiedziała, czy chwali, bo ciasto dobre, czy już nie zauważa, kto w ogóle piecze.

Tamtego wieczoru otworzyła szafę i zobaczyła kurtkę. Jasnoszarą, z paskiem. Prawie identyczną jak jej własna. Marianna kupiła to pewne. Olga zawiesiła swoją kurtkę obok i długo patrzyła na dwa niemal identyczne egzemplarze.

Nie pytała. Nie ze strachu przed odpowiedzią. Raczej dlatego, iż nie umiała ubrać pytania w słowa, by nie zabrzmiało absurdalnie.

Praca była wtedy gorąca: technikum szykowało się do kontroli, Olga ślęczała wieczorami nad papierami. Staszek coraz częściej spędzał wieczory w salonie. Marianna też. Przez drzwi sypialni słychać było fragmenty rozmów. Czasem Olga dołączała rozmowa płynęła dalej, tylko ton lekko się zmieniał. Brała w niej udział, ale jako ta trzecia, nie główna.

Pewnego wieczora jednak postawiła sprawę u męża. Gdy Marianna siedziała już w swoim pokoju:

Staszku, nie wydaje ci się, iż ona trochę mnie naśladuje?

Spojrzał na nią kompletnie niekumającym wzrokiem.

Kto, Marianna?

No właśnie. Fryzura, kurtka, ciasta, perfumy.

E tam, przyjaciółki często coś sobie podpatrują. To normalne.

Może i tak ucięła Olga. Może.

On z powrotem w telefon, sprawę zamknięto.

Tyle tylko, iż Olga już wiedziała, iż wcale nie jest normalnie.

Od tego dnia obserwowała uważniej i dopiero wtedy widziała detale, które wcześniej umykały. Marianna podczas rozmowy ze Staszkiem lekko przechylała głowę dokładnie jak Olga. Gadała no właśnie, przeciągając właśnie, litera w literę. Piła już herbatę bez cukru, choć Olga była przekonana, iż zawsze lubiła słodką.

To nie był przypadek.

Zadzwoniła do koleżanki z pracy, Niny, dobrogłosu od plotek i zwierzeń.

Nina, miałaś kiedyś tak, iż ktoś z twojego otoczenia zaczynał się robić tobą? Dosłownie?

W jakim sensie?

Podpatrywał wszystko: gesty, fryzurę, maniery.

To cicha zazdrość bez mrugnięcia okiem stwierdziła Nina. Czytałam o tym. Ktoś bardzo chce twojego życia, ale nie potrafi wziąć go wprost. Więc zbiera na raty.

Olga zamilkła.

Ktoś ci się taki trafił?

Nie wiem Chyba nie.

Ale już wiedziała.

Rozmowa z Marianną odbyła się nie z inicjatywy Olgi. Siedziały same przy herbacie, kiedy Marianna wypaliła:

Olga, ty jesteś taka kompletna. Patrzę na ciebie i myślę: tak trzeba żyć. Mieszkanie, mąż, praca. Wszystko poukładane.

Dwadzieścia lat układałam to poukładane westchnęła Olga.

Widać Marianna skinęła głową. Czuć. Staszek on też

Urwała.

Co Staszek też? podchwyciła Olga.

Ceni cię. Mówił, iż jest dobrze. Że się rozumiecie.

Olga odstawiła kubek.

Rozmawiasz z nim o mnie?

Czasem. Tak po prostu. On cię chwali.

Miło skłamała Olga, bo wcale nie było jej miło.

Nie potrafiła wyjaśnić, na czym polegał jej dyskomfort. Mąż chwali żonę przyjaciółce ot, normalka. Ale coś było nie tak. Intuicja ta, z której nieraz się śmiała działała na pełnych obrotach, chociaż nie miała jeszcze języka.

Pod koniec szóstego tygodnia Marianna poprosiła o trochę Ogrodu Saskiego.

Skończyły mi się, a nie zdążę do drogerii. Mogę parę razy użyć twoich?

Jasne, bierz ile chcesz.

Wieczorem Olga zauważyła, iż flakonik jest prawie pusty. Tydzień temu był prawie pełny.

Schowała go do szafki w łazience i przekręciła malutki kluczyk, którego nie używała od lat. Spojrzała na siebie w lustrze: no, to teraz chowam perfumy przed przyjaciółką. Kim ja adekwatnie jestem?

Ale nie otworzyła już flakonika.

Staszek wrócił do domu w dobrym humorze, który jak zauważyła robił się ostatnio coraz lepszy, gdy Marianna była w domu. Przyniósł tort. Bez okazji.

Zasłużyliśmy na małe święto rzucił.

Marianna ucieszyła się idealnie tak, jak powinna: ani za dużo, ani za mało. Olga stała na progu kuchni i widziała, iż Marianna wszystko robi idealnie: słodzi kawę, śmieje się, kiwa, podziwia. Jest dokładnie nią, tylko niezmęczoną i świeższą. Bez dwudziestu trzech lat przyzwyczajenia.

Staszek to wyczuwał. Może choćby nieświadomie.

Olga dołączyła do tej sceny, zjadła kawałek tortu, prowadzili niezobowiązującą rozmowę. Wszystko wyglądało normalnie. Ale gdzieś podskórnie czuła: coś jest przesunięte o milimetr. Jakby ktoś przestawił meble o centymetr. W sumie niby nieistotnie ale człowiek to czuje.

Wyjazd służbowy spadł jak z nieba. Technikum musiało kogoś wysłać na kurs w Łodzi. Cztery dni. Dyrektor zapytał w piątek, Olga zgodziła się w poniedziałek. Przez sekundę przemknęło jej przez głowę: zostawię Staszka z Marianną na cztery dni. Natychmiast się skarciła. Dorośli ludzie. Widzi problem tam, gdzie go nie ma.

Przed wyjazdem krótkie spotkanie na kuchni.

Wrócę w piątek wieczorem rzuciła. Marianna pomoże ci z obiadem, wie co i jak.

Poradzimy sobie Staszek skinął głową. Nie martw się.

Nie martwię zapewniła.

Przyjrzała mu się uważnie. Spokojny, zwyczajny. Po dwudziestu trzech latach znała każdą zmarszczkę. Dziś twarz była zwyczajna, aż podejrzanie lekka.

Wyjechała w środę rano. W pociągu czytała materiały, piła kawę w papierowym kubku, patrzyła w okno na płaskie pola. Kursy nudniejsze niż się spodziewała, ale przydatne. Wieczorem krótka rozmowa telefoniczna z mężem.

Jak u was?

Dobrze. Najedliśmy się. Spokój.

Marianna w domu?

Tak, u siebie.

No to spokojnej nocy.

Wzajemnie.

Zero podejrzanych tonów. Normalka. Ale długo nie mogła zasnąć. Myślała o wszystkim i o niczym. O Mariannie, o dwóch szarych kurtkach, o perfumach.

W czwartek po południu zadzwonił dyrektor:

Olgo, zamieszanie. Jutro tylko powtórka materiału, który i tak znasz. Możesz wracać dziś wieczorem, nie trać czasu.

Była w domu o wpół do dziesiątej. Pociąg przyjechał choćby przed czasem, taksówkarz dowiózł ją błyskawicznie.

Weszła własnymi kluczami. choćby nie nacisnęła dzwonka; sądziła, iż Staszek już śpi.

Ale nie spał.

W salonie paliły się świece. Nie wszystkie, tylko dwie na stoliku przy kanapie. Zastawa, kieliszki, misy z czymś zakąskowym i intensywny zapach Ogród Saski. Flakonik zamknięty i schowany czyli Marianna kupiła swój.

Staszek siedział na kanapie. Marianna obok. Miała na sobie nieznaną Oldze niebieską sukienkę, ale krój, jakby szyty przez tę samą krawcową, i kolor ulubiony przez Olgę. Włosy ułożone falą. Ręce złożone na kolanach. Rozmawiali. Obojga oczy skierowały się na Olgę, gdy weszła.

Pauza, trzy sekundy milczenia.

Wróciłaś wcześniej stwierdził Staszek.

Widzę odpowiedziała.

Odłożyła torbę, podeszła do wieszaka, zdjęła płaszcz. Robiła wszystko powoli i metodycznie, bo ręce słuchały tylko wtedy, gdy wyłączała emocje.

Olga, to tylko kolacja Marianna spróbowała wyjaśnić. Zjedliśmy, zapaliliśmy świece i

Widzę, iż kolacja Olga skinęła głową. Ze świecami.

Pauza.

Romantycznie dopowiedziała uprzejmie, zaskakująco równo.

Staszek się podniósł.

Nie rób z tego

Staszku zaskakująco łagodnie jej przerwała nie mów mi, żebym nie robiła.

Zamilkł. Marianna wbiła wzrok w obrus.

Olga poszła do kuchni. Nalała wody, wypiła. Popatrzyła na samotną pelargonię na parapecie zawsze podlewała ją w środę. Ostatnio jej nie było. Pelargonia jak zwykle wyglądała dobrze.

Marianna podlała zrozumiała Olga.

Wróciła do salonu.

Marianno, znajdziesz jutro inne lokum?

Marianna podniosła oczy.

Olga, rozumiem, jak to wygląda

Znajdziesz jutro inne miejsce? powtórzyła bez cienia uniesienia. Po prostu drugi raz.

Tak. Odpowiedziała krótko.

Dobrze.

Olga wzięła torbę i poszła do sypialni. Zamknęła drzwi. Nie na klucz po prostu pociągnęła je za sobą. Położyła się w ubraniu na kołdrze i gapiła w sufit. Za ścianą cicho stukały naczynia. Potem ucichło. Trzasnęły drzwi od gościnnego pokoju.

Staszek nie przyszedł na noc. Słyszała, jak kładzie się na kanapie w salonie. Było to wymowniejsze niż sto wyjaśnień.

Wstała rano, wcześniej niż zwykle. Zaparzyła kawę i piła ją przy oknie. Miasto budziło się leniwie. Piątek. Po ulicy przechodziła kobieta z jamnikiem. Gołębie pikowały na gzymsie sąsiadki. Wszystko jak zawsze.

Staszek wyszedł ok. ósmej. Zatrzymał się w drzwiach kuchni.

Musimy pogadać.

Tak skinęła.

Między mną a Marianną nie było żadnego próbował.

Może i nie.

Nie może! Po prostu nic nie było!

Staszku Olga popatrzyła przez okno. Nie o to chodzi. Mówię o tym, co zobaczyłam wczoraj wieczorem i przez ostatnie półtora miesiąca.

Co niby zobaczyłaś?

Odwróciła się.

Człowiek pojawia się w moim domu i powoli staje się mną. Moja fryzura, moje perfumy, moje przepisy, moja kurtka, moje gesty. I mąż, który to zauważa i któremu to odpowiada. Bo to ja, ale wypoczęta. Nietknięta rutyną. Bez dwudziestu trzech lat powtórek.

Milczał.

To nie pytanie dodała. To tylko spostrzeżenie.

Przesadzasz.

Może. Ale idę do pracy. Po powrocie chcę zastać pusty pokój gościnny.

Olga

I jeszcze jedno zakładając płaszcz w przedpokoju rzuciła sucho. Naiwność to moja specjalność. Zaryzykowałam, zaufałam wam obojgu.

Wyszła. Drzwi zamknęły się bezszelestnie, delikatnie.

W pracy zaliczyła dwa wykłady. Parę pytań. Sprawdzenie obecności. W przerwie herbata z Niną, która opowiadała coś nowego, a Olga kiwała we adekwatnych miejscach, mimo iż docierało do niej co drugie zdanie. Nina mówiła wyrozumiałym wzrokiem bez pytania.

Po powrocie około 15:30 w gościnnym pokoju nie było już śladów po Mariannie. Łóżko równo zasłane, porządek. W łazience tylko mała, biała szczotka noname na półce. Olga podniosła ją dwoma palcami i od razu wyrzuciła.

Staszek był w domu. Siedział na kanapie, gapił się w telefon. Podniósł wzrok.

Już jej nie ma odnotował.

Widzę brzmiała odpowiedź.

Co teraz?

Zdjęła płaszcz, powiesiła. Poszła do kuchni i zaczęła coś dłubać przy kuchence, choć jeszcze nie wiedziała, co ugotuje. Po prostu trzeba było coś robić.

Olga Staszek zjawił się w przejściu. Dwadzieścia trzy lata jesteśmy razem. Nie da się tak

Da się przerwała. Poczekaj. Potrzebuję czasu.

Ile?

Nie wiem. Parę dni. Muszę przemyśleć.

Te parę dni rozciągnęło się na tydzień. Mieszkali obok siebie jak obcy pod wspólnym dachem. Uprzejmie. Bez awantur. Jedli osobno. Spali osobno. Staszek parę razy próbował zagadać, Olga odpowiadała najkrócej. Nie z obrazy. Po prostu nie była gotowa, by wyartykułować to wszystko, co siedziało w środku. Bała się, iż jak zacznie, to powie rzeczy, których się nie cofa.

Myślała wtedy dużo. Jak to się zaczęło. Jak przyjęła Mariannę bez słowa, bo tak trzeba. Bo przyjaciółka potrzebuje pomocy. Bo normalnie. O tym, kiedy naprawdę pierwszy raz coś ją ukłuło i czemu od razu nie nazwała rzeczy po imieniu. Cicha zazdrość, jak to określiła Nina. Subtelna kopia. Bez agresji, może choćby bez złej woli. Ktoś, komu brakowało własnego życia, po kawałku podkradał cudze. Choćby zapach perfum czy szarlotkę

Ale najgorszy był Staszek. Nie Marianna.

Mógł nie zauważyć. Mógł zauważyć i powiedzieć Oldze. Mógł w ogóle nie reagować na tę ulepszoną wersję, jak ją sobie nazywała. Ale reagował. Przynosił tort. Siadał blisko i śmiał się. Urządził kolację ze świecami. Może nie widział w tym nic złego. Może nie myślał.

Na początku następnego tygodnia Olga zadzwoniła do córki.

Mamo, co się dzieje? Jakiś masz inny głos.

Chyba się rozejdziemy ze Staszkiem powiedziała pierwszy raz na głos.

Pauza.

Przez Mariannę?

Nie tylko. Marianna raczej pokazała coś, co i tak już było.

Co było?

Sama nie wiem. On przywykł. Ja przywykłam. Tak bardzo, iż przestaliśmy siebie dostrzegać. Ona przyszła, zrobiła się mną tylko lepszą. Świeższą. Jemu się spodobało

Mamo

Nie trzeba mnie pocieszać. Nie płaczę. Po prostu wyjaśniam.

Będziesz sama?

Przez jakiś czas tak. I to jest okej.

Tym razem rzeczywiście poczuła, iż okej. Nie dlatego, iż tak wypada, tylko dlatego, iż sama chce.

Rozmowa ze Staszkiem odbyła się w niedzielę wieczorem.

Myślę, iż powinniśmy się rozstać zaczęła rzeczowo.

Długa przerwa.

Na pewno? spytał.

Nie wiem. Potrzebuję przestrzeni. Chcę zrozumieć, kim jestem poza tym mieszkaniem, poza nami.

To przez te świece? Olga, to była zwykła kolacja

Staszku westchnęła cierpliwie. Nie o świece chodzi. Świece były ostatnią kropelką. Wcześniej nazbierało się wiele innych rzeczy, o których milczałam, powtarzając sobie normalnie, a to nie było normalnie.

Nie rozumiem, co zrobiłem nie tak.

Nic konkretnego. Po prostu przestałeś mnie widzieć. Gdybyś widział zauważyłbyś, iż ktoś obcy powoli staje się twoją żoną.

Odpowiedzi nie było, bo żaden z nich nie miał już jak odpowiedzieć.

Mieszkanie chyba sprzedamy stwierdziła Olga. Albo wykupię twoją część. Nie dziś, później. Ustalimy.

A ty gdzie się podziejesz?

Wynajmę. Tu czy gdzie indziej. Jeszcze zobaczę.

Zaczynać życie od nowa po pięćdziesiątce stęknął z żalem, i sam nie wiedział, do kogo ten żal.

No, po pięćdziesiątce. Zawsze można.

Wstała, poszła do łazienki, wyjęła flakon Ogród Saski popatrzyła na niego chwilę. Wyszła do przedpokoju, otworzyła śmietnik i postawiła flakon delikatnie w środku. Nie rzuciła. Odstawiła. Jak rzecz, która się już nie przyda.

Zaparzyła herbatę.

W kolejnych dniach działała metodycznie. Telefon do agencji nieruchomości, konsultacja u prawnika. Wpadła do Niny, krótka relacja. Nina nie wzdychała, nie kręciła głową, po prostu słuchała i przytakiwała specyficznym no widzisz, w którym jest jednocześnie ja rozumiem.

Złościsz się na nią? spytała Nina.

Na Mariannę? Prawie nie. Raczej na siebie, iż nie widziałam oczywistości, nazywając to normalnością.

Nie jesteś winna, iż ufałaś.

Naiwność to moje drugie imię rzuciła Olga.

Bardziej: ufność. To dwa światy.

Może masz rację.

A na Staszka?

Na niego jestem zła szczerze przyznała. Ale to taka cicha złość. Przejdzie.

Co dalej?

Wynajmę mieszkanie. Zmienię fryzurę. Kupię inne perfumy. Przerwała na chwilę. Na pewno nie Ogród Saski.

Logiczne Nina uśmiechnęła się.

I spróbuję się dowiedzieć, co jeszcze naprawdę lubię. Co jest moje, nie zwyczajne.

To długi proces.

Wiem. Mam czas.

Nina dolała jej herbaty. Za oknem siąpił jesienny deszcz szary, ale jeszcze nie zimny. Olga patrzyła na krople i uświadomiła sobie, iż jeszcze miesiąc temu dokładnie wiedziała, czym jest jej życie: mieszkanie, Staszek, praca, stałe trasy, przepisy, flakonik po lewej stronie półki w łazience. Wszystko na miejscu. Teraz to na miejscu okazało się jedynie złudzeniem.

Ale nie czuła tego, co powinna ani pustki, ani utraty gruntu. Raczej poczucie niewygody, jakby zdjęła stare palto, które od lat ją uwierało tylko przyzwyczajenia nie pozwalały wcześniej tego zauważyć.

Wiesz odezwała się do Niny pierwszy raz od lat nie wiem, co będzie dalej. I da się z tym żyć.

Da się Nina uśmiechnęła się ciepło. Dobre słowo.

Po tygodniu Olga znalazła kawalerkę w innej części Piotrkowa. Jasne wnętrze, widok na park. Drogo, ale do ogarnięcia. Umówiła się, obejrzała, postała chwilę.

Biorę zadeklarowała właścicielce, zmęczonej pani w szalu.

Na długo?

Zobaczymy. Zacznijmy od roku.

Pani pokiwała głową.

W starym mieszkaniu stopniowo rozdzielała rzeczy swoje i nie swoje. Nie ostentacyjnie, nie w pośpiechu. Książki, naczynia, ubrania. Coś do oddania, coś do śmieci. Szara kurtka z paskiem? Do oddania. Kupiła sobie granatową inny krój, inne życie. Przymierzyła w sklepie, w lustrze wyglądała jak ktoś nowy.

Z Marianną nie miała kontaktu. Raz tylko przyszła wiadomość: Olga, przepraszam, jeżeli cię zraniłam. jeżeli możesz wybacz. Olga odłożyła telefon. Nie odpisała. Nie z powodu gniewu po prostu nie była gotowa wybaczać albo choćby nie chciała. Jeszcze nie wiedziała.

Staszek został w mieszkaniu. Rozmawiali tylko w kwestiach organizacyjnych, bez emocji. Trochę w tym było goryczy, ale jeszcze więcej ulgi. Olga widziała, iż on nie bardzo wie, jak odzyskać to, co stracił. Może choćby nie wiedział, co dokładnie stracił.

W piątek, przed przeprowadzką, poszła do drogerii po nowe perfumy. Stała wśród półek, wąchała testery. Ekspedientka młoda, cierpliwa, doradzała różne nowości. W końcu Olga wybrała: Srebrny Jałowiec. Całkiem inny zapach nie kwiatowy, lekko drzewny, z ciepłą nutą. Nie to, co zawsze miała. I o to chodzi.

Dobry wybór mruknęła ekspedientka.

Zobaczymy odparła Olga.

Przeprowadzka zajęła pół dnia. Nina pomogła z kartonami. Staszek też, bo się zaoferował, a Olga nie odmówiła robili to bez słowa, bez przekąsu. Rzeczy znalazły nowe miejsce. W kawalerce z widokiem na drzewa wszystko urządzała po swojemu, bez poprawiania przez kogoś z boku.

Wieczorem, gdy została sama, rozpakowała Srebrny Jałowiec i psiknęła odrobinę na nadgarstek. Zupełnie obcy aromat. Nie nieprzyjemny. Po prostu inny. Poczuła: trzeba się przyzwyczaić. Albo nie przyzwyczajać może po prostu zaakceptować, iż jest inaczej.

Za oknem park łysiał, listopad obdzierał drzewa z resztek liści. Latarnie świeciły od rana. Olga nastawiła czajnik, odszukała w pudle ulubiony kubek bez rysy.

Telefon na parapecie zadzwonił. Córka.

No i jak, mamuś, zadomowionaś już?

Dopiero się zadomawiam.

Nie boisz się?

Olga spojrzała przez okno na światła.

Wiesz nie boję się.

Idź do oryginalnego materiału