Smak wolności – Opowieść o rodzinnych remontach, marzeniach o własnym domu, skomplikowanych relacjach między dorosłymi dziećmi i rodzicami, wyborach życiowych oraz trudnej sztuce puszczania wolno, przeplatana polskimi tradycjami, charakterem uroczystej polskiej weselnej biesiady, problemami mieszkaniowymi i pokoleniowym lękiem o przyszłość

polregion.pl 6 dni temu

Smak wolności

Remont skończyliśmy zeszłej jesieni zaczęła swoją opowieść Wiera Ignatiewna.

Długo wybieraliśmy tapety, spieraliśmy się do upadłego o kolor płytek w łazience i z uśmiechem wspominaliśmy, jak dwadzieścia lat temu marzyliśmy o tej upragnionej trójce.

No, i mamy! z satysfakcją powiedział mąż podczas kolacji na zakończenie epopei remontowej teraz można Michałowi żonę znaleźć. Przyprowadzi tu Kasię, urodzą się dzieciaki i nasz dom wreszcie będzie prawdziwie pełen życia.

Ale jego marzenia nie miały się ziścić. Starsza córka Agnieszka wróciła do domu z dwoma walizkami i dwójką dzieci.

Mamo, nie mam dokąd pójść powiedziała zrezygnowana. Od razu wszystkie nasze plany legły w gruzach.

Pokój Michała oddaliśmy wnukom. Na szczęście nie protestował, tylko wzruszył ramionami:

Spokojnie, za chwilę będę mieć swoje.

To swoje to kawalerka mojej mamy. Tam też był niedawno remont, a od pewnego czasu wynajmowaliśmy ją młodej rodzinie. Każdego miesiąca na konto wpływała skromna, ale ważna suma nasze zabezpieczenie na starość, gdy już nie będziemy potrzebni.

Raz zobaczyłam, jak Michał z narzeczoną Leną szli obok tego bloku, zadzierali głowy i żywo coś komentowali.

Domyślałam się, co mają na myśli, ale nie wysunęłam żadnych propozycji.

Aż pewnego dnia usłyszałam:

Pani Wiaro, Michał mi się oświadczył! choćby miejsce na wesele już mamy! Proszę sobie wyobrazić Lena promieniała szczęściem jest prawdziwa dorożka! I żywa harfa! I letni taras! Goście będą wychodzić do ogrodu

A po weselu gdzie będziecie mieszkać? nie wytrzymałam taka uroczystość to przecież masa pieniędzy!

Lena spojrzała na mnie jak na kogoś, kto pyta o pogodę na Księżycu.

Na razie u was. A potem zobaczymy.

U nas powiedziałam powoli już mieszka Agnieszka z dziećmi. Robi się z tego raczej akademik niż mieszkanie.

Lena wydęła usta.

No tak. U was to raczej nie ma sensu. Poszukamy prawdziwego akademika. Tam nikt nie będzie się wtrącać w nasze życie.

To nie będą się wtrącać zabolało mnie jak szpilka. Przecież nie wtrącałam się, chciałam ich tylko uchronić przed głupotą.

Potem była rozmowa z Michałem ostatnia próba dotarcia do niego.

Synu, po co wam ta cała pokazówka? Weźcie ślub po cichu, pieniądze odłóżcie na wkład własny głos mi drżał ze zdenerwowania.

Michał patrzył przez okno, twarz miał twardą.

Mamo, a dlaczego od dwudziestu pięciu lat każde swoje kolejne rocznice ślubu świętujecie w Złotym Smoku? Przecież możecie posiedzieć w domu, taniej by było.

Nie umiałam odpowiedzieć.

No właśnie uśmiechnął się z satysfakcją wy macie swoją tradycję, my chcemy mieć swoją.

Porównał naszą skromną kolację raz na pięć lat do ich fety za dwieście tysięcy złotych!

W oczach Michała zobaczyłam nie syna, a sędziego. Sędziego, który właśnie wydał wyrok: hipokryzja. Sobie wolno, nam nie. Zapomniał tylko, iż dalej płacimy kredyt za jego samochód. O tym zabezpieczeniu na starość oczywiście nigdy nie pomyślał.

Teraz potrzebna mu huczna ceremonia! I co za ceremonia!

W końcu Michał i Lena obrazili się na mnie szczególnie za to, iż nie zgodziłam się oddać im kluczy do mieszkania po babci.

***

Wracałam późno, w pustawym autobusie i patrzyłam na swoje odbicie w czarnym szybie. Widziałam przed sobą zmęczoną kobietę, dużo starszą niż wskazuje metryka. W rękach siaty z zakupami, w oczach strach.

I nagle, z bolesną jasnością, uświadomiłam sobie, iż wszystko robię ze strachu!

Ze strachu przed byciem ciężarem. Przed porzuceniem przez dzieci. Ze strachu o przyszłość.

Nie daję Michałowi mieszkania nie ze skąpstwa, tylko ze strachu, iż potem zostanę z niczym.

Zmuszam go, by kombinował, jednocześnie podcinam mu skrzydła, opłacając jego życie bo boję się, iż nie da rady i się rozczaruje.

Wymagam dojrzałych decyzji, a sama traktuję go jak dziecko, które niczego nie rozumie.

A oni z Leną po prostu chcą ładnie zacząć wspólne życie. Z dorożką i harfą. Tak, może nierozsądnie i ekstrawagancko. Ale mają do tego prawo! Na własny koszt.

Pierwsze, co zrobiłam, to poprosiłam lokatorów o pilne poszukanie nowego mieszkania. Po miesiącu zadzwoniłam do Michała:

Przyjedźcie. Porozmawiamy.

Przyjechali spięci, gotowi do walki. Postawiłam herbatę na stole i położyłam na nim pęk kluczy do mieszkania po babci.

Weźcie. Ale się nie cieszcie to nie prezent. Mieszkanie jest do waszej dyspozycji przez rok. W tym czasie decydujecie: albo bierzecie kredyt, albo zostajecie tu, ale na innych zasadach. Za rok wynajmu dostaję zero złotych mówi się trudno. Potraktuję to jako inwestycję. Nie w wasz ślub, a w wasz start jako rodzina, a nie współlokatorzy.

Lena otworzyła szeroko oczy. Michał patrzył na klucze, jakby nie rozumiał, o co chodzi.

Mamo a Agnieszka?

Agnieszkę też czeka niespodzianka. Jesteście dorośli. Wasze życie wasza odpowiedzialność. My już nie będziemy waszym tłem i portfelem. Będziemy tylko rodzicami. Kochającymi, ale nie ratującymi.

Cisza była niemal namacalna.

A wesele? zapytała niepewnie Lena.

Wesele? wzruszyłam ramionami jak wam się uda znaleźć harfistę, to będzie harfa.

***

Michał i Lena odjechali, a mnie ogarnął lęk. Prawdziwy. Co jeżeli sobie nie poradzą? Co, jeżeli już zawsze będą mieć o to żal?

A mimo to po raz pierwszy od lat oddychałam swobodnie. W końcu powiedziałam nie! Nie im. Swoim strachom. I pozwoliłam synowi wejść w dorosłe, trudne, samodzielne życie.

Jakie by ono nie było

***

Spójrzmy na to oczami Michała.

Z Leną marzyliśmy o niezapomnianym weselu. Rozwód siostry wszystko zniweczył. Gdy mama powiedziała, żeby nie wydawać na święto fortuny, coś we mnie pękło.

Dlaczego wy świętujecie rocznice w restauracji? wybuchnąłem. W domu byłoby taniej!

Widziałem, jak mama pobladła. To było celowe chciałem ją zranić, bo się naprawdę obraziłem.

Tak, dali mi samochód. Ale nie prosiłem ich o to! Teraz mam za to poczucie winy. Sami chcieli, sami spłacają raty.

Zrobili remont mieszkania. Mówili, iż dla nas. Ale mieszkać tam nie możemy.

Kawalerka po babci święta krowa, nietykalne tabernakulum ważniejsze niż ślub jedynego syna!

Co teraz? Jak pokazać światu, jak udowodnić sobie jesteśmy razem, jesteśmy rodziną?

Lena powiedziała kiedyś nieśmiało:

Michał, nie mam ci nic do zaoferowania. Moi rodzice nie pomogą mają kredyt.

Dajesz mi siebie odpowiedziałem, żeby ją wesprzeć. Ale byłem rozżalony. Nie na nią. Po prostu na tę całą niesprawiedliwość. Dlaczego wszystko muszą ciągnąć moi rodzice? I czemu pomagają z taką miną, jakby każdy złoty był ostatecznym wyrzeczeniem? Ta pomoc nie grzeje, tylko pali od środka.

Napięcie w mieszkaniu rosło. I nagle telefon. Głos mamy był dziwny, szorstki.

Przyjedźcie. Pogadamy.

Jechaliśmy jak na ścięcie. Lena ściskała moją dłoń:

Odmówi pomocy, wiem szepnęła.

Możliwe potwierdziłem.

***

Na stole leżał pęk kluczy do mieszkania. Poznałem breloczek z dzieciństwa.

Weźcie powiedziała mama.

Wygłosiła krótką, ale przełomową przemowę: o roku, o decyzji, o końcu bycia portfelem. Wieczne nie mamy gdzie mieszkać straciło moc, wieczna nadzieja rodzice wszystko załatwią również.

Wziąłem klucze. Były zimne i bardzo ciężkie. Wtedy przyszło olśnienie: straszne, ale wyzwalające.

Chcieliśmy, narzekaliśmy, kłóciliśmy się, ale ani razu nie usiedliśmy z rodzicami mówiąc: Mamo, tato, znamy wasze lęki. Porozmawiajmy, jak dalej, by was nie rozdzierać.

Nie. Po prostu czekaliśmy, aż odgadną nasze pragnienia i spełnią je, bez słowa, bez warunków, z uśmiechem jak kiedyś.

A wesele? zapytała cicho Lena. W jej głosie słyszałem zagubienie.

Wasze wesele? wzruszyła ramionami mama. Znajdziecie harfę będzie harfa.

Wyszliśmy na zewnątrz. Obracałem klucze w kieszeni.

I co teraz? spytała Lena. Nie chodziło o mieszkanie. O wszystko.

Nie wiem odpowiedziałem szczerze. Teraz to nasz problem

W tej nowej, strasznej odpowiedzialności czułem dziką, nieskrępowaną wolność. I pierwszy wysiłek zrozumieć, czy faktycznie potrzebne nam dorożka i harfa? Tradycje są ważne. Ale muszą mieć sens znacznie większy niż jeden piękny dzień

***

I co z tego wynikło?

Dorosłe życie Michała i Leny zaczęło się następnego dnia.

Nareszcie razem! Mieszkają sami! Mieszkanie co prawda nie ich, ale jakie to ma znaczenie? Malutkie, ale przytulne. Remont świeży. Nikogo w środku! Początkowo goście dzień w dzień. Jakżeby inaczej? Wolność!

Po miesiącu pełna zgoda: chcemy psa! I to dużego!

Lena zawsze marzyła o psie, ale mama nigdy nie pozwoliła. Michał miał kiedyś psa w podstawówce. Ale uciekł. Strata była ogromna.

I bardzo gwałtownie pojawił się brakujące ogniwo szczęścia: golden retriever o imieniu Gucio.

Trzymiesięczny urwis natychmiast zaczął ustalać porządki: drapał kąty, gryzł meble i siusiał wszędzie, gdzie popadnie.

Gdy Wiera Ignatiewna przyszła z wizytą do mieszkania, zamarła: o obecności nowego lokatora nikt jej nie uprzedził.

Michał! Lena! Jak mogliście?! choćby nie zapytaliście! niemal płakała Wiera Ignatiewna, patrząc na mieszkanie i po co wam pies? Potrzebuje ciągłej opieki, a wy całe dnie poza domem! Oczywiście, będzie psuł wszystko! Ile sierści! Nie sprzątacie? A zapach! Nie mogę tego pojąć! Powinniście oddać psa! Zaraz!

Mamo burknął Michał dałaś nam mieszkanie na rok. I co? Teraz za każdym razem będziesz mówić, jak mamy żyć? Może chcesz, żebyśmy ci oddali klucze?

No chyba nie! podskoczyła Wiera Ignatiewna. Rok, znaczy rok. Ale wymagam: zwrócicie mieszkanie w stanie jak je dostaliście. Jasne?

Jasne odpowiedzieli równocześnie Michał i Lena.

A do tego czasu nie liczcie na mnie. Nie chcę tego widzieć.

***

Mama słowa dotrzymała. Nie odwiedzała. choćby dzwoniła rzadko.

Po czterech miesiącach Michał wrócił do domu: rozstał się z Leną.

Jeszcze długo opowiadał, jaka była zła gospodyni. Źle gotowała. Nie dbała o psa. Nie wychodziła na spacery. Gucia trzeba było oddać hodowcy. Nie bez problemów. Tydzień przekonywania.

Jedzenia dla psa kupili na trzy miesiące tak zażądał hodowca. Karma kosztuje przecież pieniądze!

Nie pospieszyłeś się z tą Leną, synu? spytała Wiera Ignatiewna, z trudem kryjąc uśmiech. Chcieliście wesele z dorożką i harfą

Jakie wesele, mamo!? Proszę cię! Możesz śmiało znów wynajmować mieszkanie po babci.

Po co? Nie chcesz tam mieszkać? Przyzwyczaiłeś się?

Lepiej mi w domu pokręcił głową Michał a chyba nic nie stoi na przeszkodzie?

Zawsze jesteś mile widziany uśmiechnęła się Wiera Ignatiewna szczególnie po wyprowadzce Agnieszki z dziećmi. Znów zrobiło się pustoMichał spojrzał w lustro na swoją twarz nieco starszą, może mądrzejszą. Przez chwilę zastanawiał się, czy wrócił do punktu wyjścia, ale w sercu miał coś nowego: spokój.

Wieczorem usiadł z mamą przy herbacie. Wiera Ignatiewna parzyła ją w ciszy, bez pośpiechu. W powietrzu nie wisiały już stare pretensje. Każde z nich rozumiało, czym jest wolność i dorosłość to czasem ból, czasem porażka, czasem zaskakująca lekkość.

Żałujesz? spytała w końcu mama, cicho, jakby bali się obudzić przeszłość.

Nie odpowiedział równie cicho Michał. Musiałem spróbować.

Ja też przyznała mama. Musiałam pozwolić.

Na chwilę poczuli się jak drużyna, chociaż każdemu z nich życie rzuciło inne wyzwania.

Za oknem wiosenny wiatr poruszył firanką. Michał uśmiechnął się lekko.

Może na rocznicę pójdziemy do Złotego Smoka? zaproponował.

Zaskoczona mama roześmiała się głośno pierwszy raz od dawna. Uświadomili sobie oboje, iż ich dom, remont, zniszczone marzenia i nowe początki, to nie suma sukcesów i porażek, ale samo życie, które o ile się na nie odważysz smakuje jak prawdziwa wolność.

A ta, wbrew wszystkiemu, zawsze wraca do domu.

Idź do oryginalnego materiału