Mieszkam pod nimi od dwóch lat — kawalerka po babci, wynajmuję ludziom, którzy akurat trafią. Renata wprowadziła się w marcu, sama, z kotem i kartonami, na których pisakiem było napisane „kuchnia, nie ściskać". Poznałam ją na klatce, kiedy wnosiła lodówkę i nie mogła wjechać na zakręt schodów. Pomogłem jej pchnąć od dołu, spociłem się jak mysz, a ona potem przyniosła mi kawałek szarlotki jeszcze ciepłej, w folii aluminiowej. Powiedziała, iż piecze, kiedy jest zdenerwowana, i iż mieszkanie kupiła sama, po rozwodzie, kredyt spłaca do dwa tysiące trzydziestego pierwszego roku.
Latem zaczął u niej bywać mężczyzna. Krystian, tak go później nazwała, kiedy się poznaliśmy przy skrzynkach na listy. Wysoki, w polówce, zawsze mówił „dzień dobry" o dwie sekundy za wolno, jakby najpierw musiał to przemyśleć. Pracuję na nockach w warsztacie przy Fordońskiej, więc widuję ludzi o dziwnych porach — o szóstej rano, kiedy wracam, czasem mijałem go, jak schodził po chlebek z Żabki na rogu. Mówił mi, iż u Renaty jest mu dobrze, iż w końcu trafił na spokojną kobietę. Kiwałem głową, bo co miałem powiedzieć.
Przez pierwsze miesiące faktycznie było cicho. Zbyt cicho, jak sobie teraz myślę — bo w bloku z lat siedemdziesiątych słychać wszystko, telewizor sąsiadów, kran, kroki, a od nich nic. Renata schodziła po klatce z workami na śmieci, uśmiechnięta, pytała mnie, czy mój syn zdał maturę. Nic nie wskazywało.
We wrześniu Krystian się wprowadził na stałe. Zauważyłem, bo przywiózł szafę — wnosiłem mu ją razem z kolegą z parteru, drewnianą, ciężką jak trumna, klnąłem przez całe pół piętra. Podziękował, dał nam po piwie z lodówki, powiedział coś w stylu, iż wreszcie ma gdzie powiesić garnitury. Renata stała w progu i patrzyła na to trochę tak, jakby oceniała, czy ta szafa się jeszcze zmieści obok jej rzeczy.
Miesiąc później, w sobotę, wracałem z warsztatu koło jedenastej wieczorem — mieliśmy awarię u klienta, musiałem dokończyć hamulce, bo rano jechał w trasę. Na klatce czuć było zapach smażonej cebuli, ktoś na trzecim gotował bigos. Kiedy mijałem drzwi Renaty, usłyszałem podniesiony głos — męski, urywany, jakby ktoś rzucał słowami na oślep, szukając, w co trafić. Zatrzymałem się na chwilę, bo w takich sytuacjach człowiek się waha: wejść, nie wejść, a może to tylko kłótnia, jakich pełno. Postałem z dziesięć sekund pod drzwiami. Potem usłyszałem trzask — coś spadło, może krzesło, może nic wielkiego — i ciszę, gęstą, dziwną. Poszedłem do siebie. Nie zapukałem. Do dziś nie wiem, czy powinienem był.
Rano, kiedy wynosiłem śmieci, zobaczyłem Renatę na klatce z torbą na kompost. Miała na sobie długi rękaw, mimo iż dzień zapowiadał się ciepły, koniec września, jeszcze można było chodzić w koszulce. Powiedziała „dzień dobry" jak zwykle, głosem równym, ale coś w tym, jak trzymała tę torbę — za daleko od ciała, jakby broniła się nią — kazało mi zapytać, czy wszystko gra. Odpowiedziała, iż tak, iż po prostu źle spała. Nie naciskałem. To nie moja sprawa, pomyślałem — chociaż od tamtej sceny pod drzwiami miałem w głowie coś, co się nie chciało rozpuścić.
Krystian zniknął z klatki na dwa tygodnie — pomyślałem, iż wyjechał w delegację, bo pracował podobno w firmie transportowej, ciągle jeździł. Kiedy wrócił, minął mnie na schodach bez „dzień dobry". Patrzył prosto przed siebie, jakby coś układał w głowie i nie chciał, żeby mu przeszkadzano. Tego samego wieczoru, kiedy wychodziłem na nockę, spotkałem Renatę przy windzie — a raczej przy schodach, bo winda u nas nie działa od Wielkanocy. Niosła dwie reklamówki z jego rzeczami, koszule na wieszakach przewieszone przez ramię, jedną ręką przytrzymywała drzwi na klatkę, żeby się nie zatrzasnęły. Zapytałem, czy pomóc znieść na dół. Powiedziała, iż nie trzeba, iż to jego rzeczy, iż ma je zabrać spod bloku o dziewiętnastej, bo umówiła się z nim przez telefon, nie chciała go wpuszczać do środka.
Stałem tam chwilę z kluczami warsztatu w ręce, nie wiedząc, czy zejść razem z nią, czy zostawić ją samą. Zostawiłem torby przy sobie na chwilę, żeby mogła poprawić pasek torebki — to jedyne, co zrobiłem, podać jej rzecz, którą trzymała w zębach, kiedy szukała telefonu. Powiedziała mi wtedy, bez większych emocji, jakby czytała listę zakupów: iż zażądał połowy mieszkania, bo mieszkali razem, iż ktoś mu powiedział o jakichś prawach konkubinatu, iż ona to sprawdziła u notariusza już następnego dnia po tamtej sobocie z krzesłem. Notariusz — pamiętam, bo akurat mój brat pracuje w kancelarii przy placu Wolności i wiem, ile kosztuje wypis aktu własności, sto złotych plus VAT.
Powiedziała mu, iż mieszkanie kupiła osiem lat przed poznaniem go, kredyt na jej nazwisko, akt notarialny na nią, i iż jeżeli spróbuje czegokolwiek, pokaże policji zgłoszenie, które złożyła nazajutrz po tamtej nocy — miała numer sprawy zapisany w telefonie, pokazała mi ekran, kiedy czekaliśmy na niego przy śmietniku. Osiemnaście tysięcy złotych zostało jej po rozwodzie na remont tej kawalerki, powiedziała, i nie po to zdzierała starą glazurę własnymi rękami przez trzy weekendy, żeby teraz ktoś przyszedł i chciał połowę.
Krystian przyjechał punktualnie, szarym passatem, zaparkował w zakazie, tuż przy krawężniku. Wysiadł, chciał wejść na klatkę — powiedziała mu z progu, iż rzeczy stoją tutaj, iż dalej nie wejdzie, bo zmieniła zamek w drzwiach tydzień wcześniej, ślusarz z ulicy Gdańskiej, sto sześćdziesiąt złotych z dojazdem, pamiętam, bo widziałem fakturę na jej stoliku, kiedy wnosiłem jej kiedyś paczkę od kuriera. Krystian coś tam mówił, iż to nie koniec, iż pójdzie do prawnika — ona nie odpowiadała, tylko trzymała drzwi klatki uchylone dokładnie na tyle, żeby przełożyć torby, i ani centymetra więcej.
Wsiadł do samochodu, trzasnął drzwiami mocniej, niż było trzeba, i odjechał. Renata stała jeszcze chwilę na chodniku, poprawiła pasek torebki po raz drugi tego wieczoru, i weszła po schodach do siebie. Zapaliło się światło na trzecim piętrze. Ja poszedłem do warsztatu, bo czekał na mnie klient z tym samym passatem co u niej, tylko innej barwy, i pomyślałem, iż to zabawny zbieg okoliczności, o którym pewnie nikomu nie powiem.











