– Słuchaj, tak sobie pomyśleliśmy: po co twoja działka ma stać pusta?
Głos Urszuli brzęczał w słuchawce.
– My byśmy z dzieciakami pojechali na ferie zimowe. Powietrze czyste, górka blisko, saunę rozpalimy.
Marzena stała w kuchni, ocierała talerz.
– Ty i tak w pracy jesteś, a Wojtek z nami nie chce, mówi, iż tylko spać chce. Daj klucze, jutro wpadniemy.
Marzena poczuła, jak sztywnieje jej kark.
– Zaczekaj, Ula. Jak to „zdecydowaliście”? Z kim?
– Oj, nie przesadzaj. Wojtek mówił mamie, iż zostajecie w mieście.
– Działka to nasz dom, nie świetlica.
– Tam dwa piętra, miejsca dla wszystkich starczy. Gienek zaprosi kumpli, kiełbaski, disco polo. Ty z książkami i tak byś się tam zanudziła.
Marzena zobaczyła w myślach Gienka i jego trunki.
– Nie. Kluczy nie dam. Zimą trzeba umieć grzać piec, szambo łatwo zablokować.
– My jesteśmy „ktoś”?! Rodzona siostra męża, dzieciaki! Ty tylko faktury liczysz, serca nie masz!
Urszula się rozłączyła.
Marzena odłożyła telefon i usiadła pod lampą.
Wiedziała, iż to dopiero początek.
Wojtek wszedł cicho, słyszał wszystko.
– Marzenko, mogłaś łagodniej. Przecież rodzina.
Marzena strząsnęła jego rękę.
– Pamiętasz ostatni maj?
– Bywało…
– Bywało? Złamali jabłonię tatki, spalili dywanik, Ula manikiur robiła, a zmywarki nie włączyła. Szambo zablokowali, dzieci spaliły szyber w saunie. I teraz chcesz ich puścić samych, zimą?
– Gienek mówił, iż dopilnuje porządku…
– Gienek dopilnuje, żeby wódki nie zabrakło!
– Nie dam kluczy. To mój dom. Każdą deskę kupiłam sama.
Wieczór zatonął w ciszy.
Wojtek zniknął, Marzena piła herbatę bez smaku.
W sobotę zjawiła się teściowa, Genowefa, w futrzanej czapie.
– Otwieraj, czas pogadać!
Wojtek wyskoczył jak uczniak.
– Mamo, czemu bez zapowiedzi?
– Do syna teraz z terminem?
W kuchni usiadła jak sędzia.
– Powiedz, synowo, czym ci Ula zawiniła? Szkoda ci pustego domu?
– Nie pustego. Domu, który wymaga troski. Palili papierosy, tydzień prałam zasłony.
– Przewietrzyć można! Myślisz za dużo o przedmiotach, za mało o rodzinie!
– Mamo, Marzena włożyła w to serce – bąknął Wojtek.
– Milcz! Gienek ma urodziny, trzeciego stycznia, czterdzieści pięć lat. Gości zaprosili!
– To nie mój problem, jeżeli zaprosili bez pytania właścicieli.
Genowefa sczerwieniała.
– Bezczelność? Obyś zapamiętała ten dzień! Wojtek, daj klucze! Jesteś mężczyzną czy nie?!
Wojtek wpatrzył się w stół.
– Klucze są u Marzeny. Może sami pojedziemy…
– Kłamiesz! Ula będzie tu z rana. Klucze na stole. Inaczej klątwa!
– Już dawno nie lubisz grządek – rzuciła Marzena.
– Smarkulo jedna! Nie będziesz moim synem, Wojtek!
Teściowa wyszła, trzaskając drzwiami.
Po południu Wojtek spytał:
– Nie oddasz kluczy?
– Nie. Jutro jedziemy na działkę. Sami.
– Miałaś raporty skończyć…
– Plany się zmieniły. jeżeli będziemy tam my, odpuszczą.
– To wojna, Marzenko.
– To obrona granic. Pakuj się.
Wyjechali o świcie.
Działka była śnieżna, dom jak z piernika.
Marzena westchnęła – tu była bezpieczna.
Rozpalili kominek, zapachniało igliwiem.
Wojtek odśnieżał, Marzena stroiła pokój.
O trzeciej odezwał się klakson.
Dwa auta, gromada ludzi: Urszula, Gienek, dzieci, obca para z owczarkiem, Genowefa na przedzie.
– Otwierajcie, gospodarze!
Marzena wyszła na próg w kufajce.
– Zmarzliśmy! Zrobiliśmy wam niespodziankę!
– Nie spodziewaliśmy się gości – odpowiedziała Marzena.
– Mamy mięso, wódkę, pies nie gryzie. Wpuść, Wojtek!
– Niech pies odejdzie od moich roślin!
– To tylko drzewko! Dzieci chcą do łazienki!
– Stacja pięć kilometrów stąd. Mówiłam: działka zajęta.
Zapadła cisza.
– Nie wpuścisz nas?! Matkę na mrozie trzymać będziesz?!
Wojtek spojrzał na Marzenę.
– Marzena ma rację. Uprzedzaliśmy. Musicie jechać gdzie indziej.
– Co?!
– Tak, to też mój dom. Wracajcie.
– Ty… ja cię… – Gienek sięgnął przez ogrodzenie.
– Odejdź, Gienku. Zadzwonię po policję.
– My dla ciebie obcy? Bądź przeklęty, Judaszu!
– Jedźmy do Tolka, tam ludzie serdeczni! – krzyknęła Ula.
Silniki zawyły, auta odjechały w śnieg.
Zostało tylko żółte plamisko pod płotem.
Marzena stała na progu, pierwszy raz w swoim domu naprawdę sama.















