Ślubny prezent od teściowej: Lepiej nic, niż coś takiego!

polregion.pl 4 dni temu

**Prezent ślubny od teściowej: Lepiej nic niż to!**

Dzisiaj wspominam nasz ślub z Markiem. Wesele było w pełni, gdy prowadzący ogłosił czas na prezenty. Najpierw gratulowali rodzice panny młodej, a potem przyszła kolej na matkę Marka, Gertrudę Nowak, która wniosła wielkie, niebiesko ozdobione pudełko.

Ojej! Co tam może być? szepnęłam ciekawie do męża.

Nie mam pojęcia. Mama trzymała to w tajemnicy odparł zmieszany.

Postanowiliśmy rozpakować wszystko dopiero następnego dnia, gdy emocje opadną. Zaczęliśmy od paczki od teściowej. Rozwiązaliśmy wstążkę, podnieśliśmy wieko i zastygliśmy w osłupieniu.

Od dawna dziwiła mnie jedna rzecz w zachowaniu Marka: nigdy nie brał niczego bez pytania, choćby drobiazgu.

Czy mogę zjeść ostatnią czekoladkę? pytał nieśmiało, wpatrując się w samotną pralinkę w pudełku.

Oczywiście! odpowiadałam zdziwiona. Nie musiałeś choćby pytać.

Tak mnie wychowano uśmiechał się zawstydzony, rozwijając papier.

Dopiero po kilku miesiącach zrozumiałam, skąd ta dziwna cecha.

Pewnego dnia Marek zabrał mnie, by poznać jego rodziców Gertrudę i Franciszka Nowaków. Na początku teściowa wydawała się miła, ale pierwsze wrażenie gwałtownie minęło, gdy zasiedliśmy do obiadu.

Przed każdym gościem stał talerz z dwiema łyżkami ziemniaków i malutkim kotletem mielonym. Marek skończył gwałtownie i cicho poprosił o dokładkę.

Zawsze musisz jeść jak nie wiadomo kto! Nigdy ci nie wystarczy! oburzyła się głośno Gertruda, co głęboko mnie zaszokowało.

Gdy Franciszek poprosił o więcej, teściowa z uśmiechem nałożyła mu pełny talerz. Jadłam dalej w milczeniu, przerażona jej jawną niechęcią do własnego syna.

Później, podczas przygotowań do ślubu, Gertruda pokazała swoje prawdziwe oblicze. Wszystko było dla niej za drogie: pierścionki, restauracja, menu.

Po co ten przepych? Przecież można taniej! narzekała bez ogródek.

W końcu straciłam cierpliwość.

Samodzielnie to ogarniemy! wybuchnęłam. To nasze złotówki i nasza decyzja!

Urażona, teściowa zamilkła i choćby groziła, iż nie przyjdzie na wesele.

Dwa dni przed uroczystością Franciszek niespodziewanie odwiedził nas sam.

Synu, pomóż mi z prezentem poprosił i zaprowadził Marka do samochodu.

Kupił pralkę bo nie chciał słuchać swojej kapryśnej żony. Wyznał, iż pokłócili się, bo Gertruda uznała, iż choćby prezent dla własnego dziecka to zbyt duży wydatek.

W dniu ślubu teściowa jednak się pojawiła w eleganckiej sukni, podjechawszy taksówką. Zachowywała się poprawnie, wręczyła wielkie pudełko i zniknęła w tłumie gości.

Następnego ranka z Markiem z ekscytacją rozpakowaliśmy paczkę. euforia gwałtownie zamieniła się w rozczarowanie.

Ręczniki? szepnęłam niedowierzająco, wyciągając pierwszy.

I skarpety westchnął Marek, pokazując dwie pary puszystych wełnianych. Ojciec miał rację Mama wzięła, co akurat miała pod ręką. Trudno uwierzyć, jak bardzo zrobiła się skąpa. Lepiej byłoby nic nie dostać.

Ale to nie był koniec. Kilka dni później Gertruda zadzwoniła by wypytać, kto co podarował.

No, mów! Co dała mama Liny? A wujek Henryk? A jej przyjaciółki? drążyła.

Marek nie chciał rozmawiać o prezentach innych.

Mamo, to cię nie dotyczy. Jesteśmy z Liną zadowoleni.

I po raz pierwszy odłożył słuchawkę bez wyrzutów sumienia.

Życie uczy nas: wartość prezentu nie świadczy o hojności darczyńcy. Szacunek i miłość widać w drobiazgach. A tych Gertrudzie niestety zabrakło.

Idź do oryginalnego materiału