Ranczo nad Sanem
Zamiast tytułu piszę tak, jak mi kazano — od razu w środek, bo tak było w moim życiu: bez uprzedzenia.
Nazywam się Radosław Byrski, mam czterdzieści siedem lat i prowadzę serwis samochodowy przy wyjeździe z Sanoka. Tę historię opowiadam ja, chociaż wiem, iż ludzie wolą słuchać tej drugiej strony — tej, w której ja wypadam gorzej.
Zacznę od tego, iż nigdy nie planowałem kupować żadnego rancza. Chciałem tylko sprawdzić działkę nad Sanem, o której mówił mi kolega z warsztatu — podobno tania, bo właściciel się śpieszy. Pojechałem tam swoim terenowym Fordem Rangerem, tym samym, który kupiłem miesiąc wcześniej za gotówkę ze sprzedaży starego lokalu przy Rynku. Droga gruntowa koło Bykowiec zrobiła z mojego auta błotną maszynę — gałęzie drapały lakier, koła wpadały w koleiny po deszczu, a ja kląłem na cały głos, bo klimatyzacja akurat wtedy postanowiła się zepsuć.
Pośredniczka, pani Ewelina z biura w Sanoku, zapewniała, iż dom jest solidny, blisko rzeki, a cena niska tylko dlatego, iż sprzedający chce się gwałtownie wyprowadzić.
— A dlaczego taki pośpiech? — spytałem ją wtedy przez telefon.
— Nie wiem, mówi iż wyjeżdża. Sprzedaje sam, imię ma Mikołaj, resztę pan sobie na miejscu wyjaśni. Papiery mam sprawdzone, niech pan się nie martwi.
Kiedy las się skończył, zobaczyłem łąkę zalaną słońcem, a za nią San — spokojny, z piaszczystą plażą. Blisko wody stał drewniany dom z wysokim dachem, poczerniałe belki, ale ganek świeżo odnowiony, framugi pomalowane, płot równy jak pod sznurek. Zatrzymałem samochód przy bramie i zawołałem:
— Jest tu kto?
Drzwi się otworzyły. Na progu stanął mężczyzna niski, lekko przygarbiony, w wyblakłej flanelowej koszuli. Wyciągnąłem rękę na powitanie i wtedy coś mnie zatrzymało — te oczy. Znałem je skądś.
— Dzień dobry. Pan Radosław? Dzwoniła pośredniczka — powiedział cicho, trochę chrapliwie.
— A pan… przepraszam, jak się nazywasz?
— Mikołaj. Możesz mówić Mikołaj.
I wtedy mi wróciło. Podstawówka numer trzy w Sanoku, klasa 5c, ostatnia ławka pod oknem — moja, pierwsza przy drzwiach — jego. Byłem wtedy Radkiem, synem kierownika zajezdni PKS, chodziłem w nowych adidasach, miałem zawsze parę złotych na drugie śniadanie i to ja rządziłem na przerwach. Mikołaj siedział cicho, w okularach sklejonych plastrem, nosił sweter po starszym kuzynie i się jąkał, kiedy się denerwował. Jego matka sprzątała w naszej szkole, ojca nie było.
Pamiętam rzeczy, których pewnie nikt więcej nie pamięta, bo dla mnie były niczym, a dla niego były wszystkim.
Pamiętam na przykład, iż to ja pierwszy nazwałem go „Jąkała" na forum całej klasy, kiedy nauczycielka kazała mu czytać na głos wiersz Mickiewicza, a on utknął na słowie „ojczyzna" i powtarzał je z siedem razy, aż cała klasa zaczęła chichotać, a ja siedziałem z tyłu i głośno przedrzeźniałem każde jego powtórzenie. Pamiętam, jak zabrałem mu raz teczkę i schowałem ją na strychu szkoły, a on szukał jej do wieczora, zanim woźny go wypuścił. Pamiętam, iż kiedy jego matka przynosiła nam kanapki na wycieczkę klasową, bo pracowała w kuchni, ja odmówiłem wzięcia jedzenia od „sprzątaczki" na oczach wszystkich.
Nie robiłem tego z nienawiści. Robiłem to, bo byłem chłopcem, któremu ojciec powtarzał, iż słabość trzeba deptać, zanim ona zdepcze ciebie. Teraz, po latach, wiem, iż to nie usprawiedliwienie — to tylko powód, dla którego sam siebie wtedy nie rozpoznawałem jako kogoś złego.
Staliśmy tak przy bramie, ja i Mikołaj, i przez chwilę żaden z nas się nie odzywał. Za jego plecami, w oknie kuchni, migało światło telewizora — leciały akurat wiadomości sportowe, komentator krzyczał coś o meczu Stali Sanok. Pachniało skoszoną trawą i grillowanym mięsem — sąsiad z drugiej strony rzeki musiał palić ognisko. Gdzieś obok domu na łańcuchu leżał pies, jakiś kundelek łaciaty, i tylko raz szczeknął na mój samochód, po czym znów się położył w cieniu.
— To ty… sprzedajesz? — zapytałem w końcu.
— Ja. Odziedziczyłem po matce. Zmarła w marcu, miałem ją tu przez ostatnie lata — powiedział, i głos mu się na chwilę załamał, ale nie zająknął się ani razu.
Zapytałem, dlaczego się śpieszy ze sprzedażą. Powiedział, iż dostał pracę w Krakowie, w firmie budowlanej, kierownikiem zespołu — po latach pracy jako elektryk zaczął w końcu zarabiać przyzwoicie i chciał zamknąć ten rozdział, zostawić za sobą wieś, w której — jak powiedział wprost — „nie miał dobrych wspomnień z dzieciństwa".
Wtedy właśnie coś we mnie pękło. Bo zrozumiałem, iż mówi o mnie. Że ja jestem tym wspomnieniem, które chce zostawić za sobą razem z domem.
Poszliśmy obejrzeć dom. Chodziliśmy po pokojach, on pokazywał mi piec kaflowy, który sam przemurował, pokazywał belki stropowe wymienione trzy lata temu, mówił o cenie — sto dwadzieścia tysięcy złotych za dom, hektar ziemi i dwadzieścia metrów brzegu rzeki. Cena rzeczywiście była niska, może o jedną trzecią niższa niż podobne działki w okolicy Zagórza.
Przy kuchennym stole, nad herbatą, której choćby nie tknąłem, w końcu powiedziałem:
— Mikołaj, ja cię pamiętam. Byłem wobec ciebie… byłem draniem. Naprawdę.
Obracał w palcach starą, wyszczerbioną filiżankę — matczyną, jak się później dowiedziałem — i milczał chwilę, zanim odpowiedział.
— Pamiętam. Nie zapomniałem ani jednego dnia.
I nie było w tym zdaniu żadnej złości. Tylko fakt. To mnie przeraziło bardziej, niż gdyby na mnie krzyczał.
Zapytałem go wprost, czy właśnie dlatego cena jest tak niska — czy chce, żebym to ja kupił ten dom, jakby chciał mi coś udowodnić albo się odegrać. Zaprzeczył. Powiedział, iż pośredniczka podała mu tylko moje imię i iż jestem właścicielem serwisu przy wyjeździe z miasta — nazwisko zobaczył dopiero w umowie przedwstępnej, którą pani Ewelina przywiozła mu dzień wcześniej, a wtedy było już za późno na odwołanie oględzin.
Wyszedłem na ganek zapalić, chociaż rzuciłem palenie trzy lata temu. Paliłem, patrząc na San, i myślałem o czymś, czego przez trzydzieści lat choćby nie próbowałem sobie przypomnieć — o tym, jak w ósmej klasie, na balu kończącym szkołę podstawową, Mikołaj przyszedł w garniturze pożyczonym od wujka, za dużym w ramionach, i jak ja, żeby zaimponować dziewczynom, kazałem mu zatańczyć solo na środku sali, "bo przecież tak ładnie się rusza w tym za dużym ubraniu". Tańczył. Cała klasa się śmiała. Nauczycielka nic nie zrobiła.
Wróciłem do domu i powiedziałem Mikołajowi, iż kupuję działkę za cenę, którą podał — bez targowania, bez próby zbicia ceny o złotówkę, co normalnie zawsze robię, bo w handlu samochodami targowanie to odruch. Powiedziałem też, iż chcę spotkać się z nim jeszcze raz, w Sanoku, w mojej firmie, żeby porozmawiać spokojnie, bez pośpiechu.
Spotkaliśmy się tydzień później, w moim warsztacie przy ulicy Lipińskiego. Przyniosłem teczkę z dokumentami dotyczącymi kupna — akt notarialny już podpisany, bo transakcja poszła szybko, notariusz w Sanoku załatwił wszystko w dziesięć dni. Ale przyniosłem też coś innego: kopertę.
Położyłem ją na biurku między nami.
— Co to? — spytał.
— Dwadzieścia tysięcy złotych. Ponad cenę, którą ustaliliśmy. Nie jako łapówka i nie jako przeprosiny za trzydzieści lat, bo tego się pieniędzmi nie odkupi. To na start w Krakowie. Kaucja za mieszkanie, meble, cokolwiek potrzebujesz.
Mikołaj patrzył na kopertę długo. Nie sięgnął po nią od razu.
— Nie musisz tego robić — powiedział w końcu.
— Wiem, iż nie muszę. Robię to, bo mogę, i bo to jest jedyne, co mam realnie do zaoferowania, oprócz słów, które i tak nic nie zmienią.
Wziął kopertę. Podał mi rękę — mocno, bez wahania, i tym razem to ja się nie zająknąłem, mówiąc:
— Powodzenia w Krakowie, Mikołaj.
Minęło kilka miesięcy. Pewnego wieczoru przyszedł do mnie SMS z numerem konta — Mikołaj pisał, iż prowadzi już swoją małą firmę elektryczną w Krakowie i przy okazji przeprowadzki mebli z domu matki zrobił mi drobny remont instalacji, o który go prosiłem. Otworzyłem aplikację bankową, wpisałem kwotę co do złotówki i w tytule przelewu dopisałem jedno słowo: „dziękuję".












