Matka, Halina, wzięła to do siebie. Nie, gorzej — wzięła to jako zadanie. Co środę po południu dzwoniła i zaczynała tak samo, od wzdychania do słuchawki, jakby od tego zależało zbawienie.
— Maciek, dziecko. Ty tak dalej nie możesz. Człowiek nie jest stworzony do samotności. Popatrz na siebie.
— Mamo, jestem po pracy.
— No właśnie! Po pracy i co? Pusta lodówka i pilot od telewizora. To nie jest życie.
A ja po dziesięciu godzinach na dachach, w upale, z pasem BHP, który wpija się w biodra, naprawdę nie chciałem nikogo oglądać. Chciałem butelkę zimnej wody i ciszę w przedpokoju. Ale nie powiedziałem tego nigdy głośno, bo jej by to serce złamało.
Halina jest nauczycielką geografii. Czterdzieści lat przepracowane w szkole. Umie postawić na swoim, nie podnosząc głosu. Zawsze miała w torbie takie małe karteczki, na których zapisywała, co komu „trzeba powiedzieć”. W domu w Szamotułach, w kuchni z firanką w koguty, trzymała notatnik w kratkę, a w nim listę kandydatek. Tak, listę. Jak do nowej pracy.
— Córka pani Ireny z apteki. Trzydzieści dwa lata. Miła, spokojna. Ma mieszkanie na Ratajach.
— Mamo, nie.
— choćby nie wiesz, kogo masz na myśli. Ja ci tylko mówię, iż jest taka dziewczyna. Resztę zrobisz sam.
Nie robiłem. Ani z córką pani Ireny, ani z nikim z tej listy. Raz, żeby przerwać temat, powiedziałem, iż spotykam się z kimś z pracy. Kłamstwo było głupie i krótkie. Po tygodniu matka spytała, jak ma na imię, a ja palnąłem „Kasia”. Od tego dnia Halina co rozmowę pytała o Kasię. Trzeba było dokarmiać kłamstwo — wymyślałem, iż jest księgową, iż ma dziecko z pierwszego małżeństwa, iż nie pali i biega w parku Cytadela. W końcu przestałem odbierać telefony w środy.
Nie odbierałem też w soboty. Ani w niedziele po obiedzie. Awaria w systemie, iż niby nie mogę rozmawiać. Ale Halina wytrzymała półtora miesiąca. Potem przyjechała.
Wjechała na parking w Szamotułach nie swoim oplem, tylko taksówką. Stałem przy oknie z kubkiem kawy i patrzyłem, jak płaci kierowcy drobnymi, a potem wyjmuje z bagażnika foliową torbę ze słoikami. Ogórki, buraczki, powidła. Jej standardowy zestaw na „ratowanie syna”.
— Nie wpuścisz matki? — zapytała z progu.
Weszła i od razu zobaczyła. Może nie zobaczyła, ale wyczuła. Na wieszaku jedna kurtka. W łazience jedna szczoteczka. Na parapecie zeschnięty kwiatek, którego nie podlewałem od tygodni. Halina obeszła mieszkanie, jakby robiła wizję lokalną. Zajrzała do lodówki. Do umywalki. Do szafki z butami. Potem usiadła na kanapie i złożyła ręce na kolanach.
— Maciek, powiedz mi prawdę. Kim jest Kasia?
Zbyt długo układała w głowie to pytanie, żebym zdołał cokolwiek wymyślić. Siedziałem na krześle naprzeciwko, z kubkiem zimnej już kawy, i liczyłem w myślach, ile mam na koncie po opłaceniu czynszu. Cztery tysiące z hakiem. Starczy, żeby w grudniu nie musieć brać nadgodzin. Ale nie na ślub.
— Nie ma żadnej Kasi — powiedziałem w końcu. — Zmyśliłem.
Halina milczała długo. Potem wstała i podeszła do torby ze słoikami. Wyjęła ogórki, postawiła na blacie. Wyjęła buraczki, postawiła obok. Powidła też. Wszystko ustawiła rzędem, równo, jak podręczniki na półce w jej gabinecie.
— To zostawiam — powiedziała cicho. — Zjedz, bo się zmarnuje.
A ja strzeliłem w palcach, zanim zdążyłem ugryźć się w język. Sam nie wiem, czemu. Nerwy. Powiedziałem coś, czego nie powinienem był mówić nigdy.
— Mamo, nie chcę żadnej żony z listy. Nie chcę się ożenić do końca życia. I to jest moja sprawa.
Halina odwróciła się wolno, z ręką w torbie, jakby szukała czegoś, czego tam nie było.
— A co ty myślisz, iż czasy się zatrzymały? — zapytała bez podniesienia głosu. — Myślisz, iż będziesz wiecznie elastyczny i zdrowy? Że jak skończysz czterdzieści, to ta twoja praca na dachach sama zniknie?
— Poradzę sobie.
— Tak? A jak pochorujesz? Kto zrobi ci herbatę? Kto zadzwoni po lekarza, jak nie będziesz mógł wstać?
— Ty zadzwonisz.
— A kto zadzwoni, jak mnie nie będzie?
To zdanie wisiało w powietrzu. Długo. Halina zapięła torbę, poprawiła pasek na ramieniu i ruszyła do drzwi. W przedpokoju obejrzała się. Nie musiałem widzieć jej twarzy — znałem ten ruch od dziecka. Wzruszała wtedy ramionami, żeby zrzucić z siebie ciężar.
— Jak nie chcesz żon, chłopie, to nie chowaj się za kłamstwo. Chociaż ten jeden raz miej odwagę powiedzieć matce wprost.
Drzwi się zamknęły. Usłyszałem winda zjeżdżającą w dół, potem nic.
Stałem przy blacie, wziąłem słoik z ogórkami, odkręciłem, aż zaskrzypiało wieczko. Nie sięgnąłem po talerz. Jadłem prosto ze słoika, oparty o zlew, patrząc na telefon leżący obok kubka. Ekran zaświecił się jeszcze raz — SMS od Haliny: „Córka pana Mirka z klatki obok, ta z Anina. Rozwiedziona, bez dzieci. Samochód ma. Odpiszesz?”
Zjadłem jeszcze jeden ogórek, potem drugi. Odłożyłem słoik na blat, obok pustego już miejsca po buraczkach, które schowałem do lodówki. Telefon leżał ekranem do góry, ciemny już, milczący. Za oknem paliła się jedna latarnia, reszta ulicy tonęła w niebieskoszarym świetle wieczoru. Zostawiłem SMS bez odpowiedzi i wróciłem do zlewu, żeby umyć widelec, którego choćby nie użyłem.













