Antoni Wrzos obchodzi dziś siedemdziesiąte drugie urodziny, a w mieście, w którym mieszka, wszyscy wiedzą, iż to adekwatny adres, pod który wysłać życzenia — ulica Winna w Zalipiu pod Tarnowem, dom z pergolą i prawdziwą winoroślą, która rzuca cień na taras. Ale ten, kto naprawdę zna tę historię, nie wysyła życzeń. On wysyła list, a do niego dołącza dziewięćdziesiąt jeden tysięcy złotych.
Wszystko zaczęło się dwa lata temu, kiedy Antoni był znany głównie ze swoich piosenek — piosenek, które śpiewali znani wykonawcy na Festiwalu w Opolu, piosenek o tęsknocie, o zdradzie, o chwili, gdy kobieta mówi „nie", a myśli „tak". Pisał też prozę, choćby jedną sztukę, którą wystawiono w Teatrze Polskim w Warszawie. A potem, w wieku siedemdziesięciu lat, wydał zbiór wierszy pod tytułem „Winorośl, która nie wyrosła" — a w nim jeden wiersz, o którym mówili wszyscy: „Nie mów mi nie".
Ten wiersz nie był jego. Zabrał go ze starego zeszytu swojej pierwszej żony, Krystyny Gil, która zmarła osiem lat wcześniej i nigdy nic nie opublikowała. Krystyna była nauczycielką polskiego w liceum w Dąbrowie Tarnowskiej, a w wolnych godzinach pisała, zanim jeszcze poznała Antoniego — zeszyty prowadziła od czasów studiów, grubymi, pokreślonymi literami, które z wiekiem robiły się drobniejsze. Antoni wiedział o tych zeszytach. Nigdy ich razem nie czytali — Krystyna chowała je w szufladzie biurka, zamykanej na mały mosiężny kluczyk, który nosiła na szyi razem z medalikiem. Po jej śmierci wyjął ten kluczyk z pudełka na biżuterię, otworzył szufladę i przeniósł wszystko na strych, do pudła po butach, które potem latami stało nieotwierane.
Aż otworzył.
Córka Krystyny z pierwszego małżeństwa, Marta Gil — po rozwodzie wróciła do nazwiska matki, choć ojca nie widziała od dwudziestu lat i nie chciała go już nosić na wizytówce — odkryła to przez przypadek. Pracowała jako redaktorka w małym wydawnictwie w Krakowie, a przyjaciółka wysłała jej link do recenzji „Winorośli, która nie wyrosła" z dokładnym cytatem z „Nie mów mi nie". Marta czytała te wersy ze słuchawką przy uchu, bo przyjaciółka akurat mówiła coś o zupełnie innej sprawie, i w połowie trzeciej linijki przestała słyszeć, co tamta mówi. Odłożyła telefon na biurko, nie kończąc rozmowy. Poszła do szafy w przedpokoju, gdzie od pięciu lat stało pudło po butach firmy Lasocki, i wyjęła zeszyt w ceratowej, podartej na rogu okładce. Rękopis matki, niebieskim, już wyblakłym atramentem. W drugiej linijce było jedno słowo przekreślone i nadpisane nad nim — matka najpierw napisała „zostań", potem to skreśliła i wpisała „odejdź". Antoni w swoim tomiku wydrukował wersję ze słowem „zostań" — tym przekreślonym, odrzuconym przez autorkę. Nie znalazł ostatecznej wersji wiersza. Znalazł brudnopis i uznał go za czystopis, bo nigdy naprawdę nie czytał tych zeszytów — tylko je przeglądał, kiedyś, szybko, szukając czegoś, co mógłby wykorzystać.
Nie zadzwoniła do Antoniego. Napisała do niego list, manualnie, bo tak nauczyła ją matka — iż ważne rzeczy trzeba pisać, a nie wykrzykiwać. W liście dołączyła zdjęcie oryginalnego zeszytu, z datą na pierwszej stronie: 1994, trzy lata przed tym, jak Krystyna i Antoni w ogóle się pobrali. Napisała to zdanie trzy razy, zanim zostawiła je w liście w tej formie, w jakiej je zostawiła: *Nie byłam jeszcze w Twoim życiu, kiedy to pisałam. Zabrałeś coś, co nie miało z Tobą nic wspólnego.* Zażądała, żeby publicznie to przyznał i przelał jej dziewięćdziesiąt jeden tysięcy złotych — wszystko, co ten tomik przyniósł mu w tantiemach, za koncerty, za nagrodę, którą otrzymał za „nowatorskie dzieło we współczesnej poezji polskiej".
Antoni nie odpowiedział na list. Dalej przyjmował życzenia, dalej udzielał wywiadów, a w jednym z nich, w radiu, zacytował pierwszą linijkę wiersza i powiedział: „Kiedy człowiek pisze czterdzieści lat, nie zawsze pamięta, skąd wzięło się jakieś skojarzenie." Marta usłyszała ten wywiad, jadąc drogą krajową numer 4, i zjechała na pobocze tak ostro, iż z tylnej kanapy zsunęła się na podłogę reklamówka z zakupami.
Zwróciła się do notariusza w Krakowie z prośbą o protokół poświadczający, iż okazany jej zeszyt jest rękopisem Krystyny Gil, pisanym — jak wynikało z datowania i porównania charakteru pisma z innymi dokumentami — w 1994 roku. Zajęło to dwa tygodnie i kosztowało więcej, niż się spodziewała. Z tym protokołem w teczce poszła do wydawnictwa Znak i poprosiła o rozmowę z działem prawnym. Nie przyniosła pozwu. Przyniosła kopię zeszytu, kopię protokołu notarialnego i jedno zdanie, które powtórzyła dwa razy, bo prawnik wydawnictwa pierwszy raz chyba nie dosłyszał: iż jeżeli tomik nie zostanie wycofany ze sprzedaży w ciągu tygodnia, następnym pismem będzie zawiadomienie o podejrzeniu plagiatu, skierowane do prokuratury i do mediów równocześnie. Wydawnictwo, nie chcąc skandalu, wstrzymało dystrybucję w ciągu trzech dni.
Antoni przyjechał do Krakowa we wtorek w południe, prowadząc zbyt gwałtownie jak na siedemdziesięciodwuletniego mężczyznę — na parkingu pod blokiem Marty otarł zderzakiem słupek i choćby nie wyszedł sprawdzić szkody — i stanął przed jej drzwiami na ulicy Lea. Zadzwonił do drzwi. Marta otworzyła w rozciągniętym swetrze, w którym chodziła po domu w weekendy, z kubkiem wystudzonej herbaty w ręku; na powierzchni pływały już płatki osiadłego mleka. Nie zaprosiła go do środka.
— Co mam zrobić — zapytał, nie ruszając się z progu — oddać pieniądze?
— Nie chcę pieniędzy dla siebie. — Odstawiła kubek na parapet przy drzwiach, żeby nie trzymać go dłużej. — Dziewięćdziesiąt jeden tysięcy przejdzie na stypendium pisarskie imienia Krystyny Gil, w liceum w Dąbrowie Tarnowskiej. Dyrektorka już… już to podpisała.
Przez chwilę żadne z nich nic nie mówiło. Antoni otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć o zeszycie, o nocach, kiedy Krystyna jeszcze żyła, ale zamiast tego spytał tylko, czy opowie o tym publicznie, całą historię, z jego nazwiskiem.
— Nie wiem. — Marta spojrzała na swoje ręce, czerwone od gorącej wody, którą wcześniej myła ten właśnie kubek. — Może nie muszę, żeby wszyscy wiedzieli, co zrobiłeś. Muszę tylko, żeby jej nazwisko było na następnym piórze, które jakaś dziewczyna z Dąbrowy Tarnowskiej dostanie właśnie za to.
Zamknęła drzwi, nie trzaskając nimi, choć ręka jej się trzęsła na klamce.
Antoni wrócił do Zalipia tego samego wieczoru, usiadł na tarasie pod prawdziwą winoroślą, która dała nazwę jego ulicy, i nie napisał ani jednej linijki. Rano zadzwonił do wydawnictwa i poinformował, iż zrzeka się wszelkich roszczeń wobec wstrzymania dystrybucji. Tomik nie został już nigdy wydrukowany ponownie. Wiersz „Nie mów mi nie" pozostał tylko w jednej uznanej wersji — tej z niebieskiego zeszytu, ze słowem „odejdź" w drugiej linijce, tam, gdzie Krystyna je ostatecznie zostawiła — przechowywanego dziś w archiwum liceum w Dąbrowie Tarnowskiej, obok dyplomu stypendium im. Krystyny Gil na twórcze pisanie, pierwszy rocznik, trzy uczennice.









