Do naszego salonu na Powiślu wchodziło się przez ciężkie szklane drzwi, które otwierały się bezgłośnie, jakby ktoś specjalnie zapłacił za to, żeby choćby klamki tu nie skrzypiały. Pracowałam tam wtedy trzeci rok, na recepcji, i tego wrześniowego przedpołudnia, kiedy za oknem akurat lało jak z cebra, drzwi otworzyły się i weszła kobieta w wieku, jak oceniłam, gdzieś koło osiemdziesiątki.
Płaszcz miała przemoczony na ramionach, włosy przyklejone do czoła, w ręku zniszczoną, brązową torebkę z popękanym zapięciem. Postawiła stopę na naszej białej marmurowej posadzce i zostawiła na niej mokry ślad.
Marta, nasza stylistka, która akurat układała pędzle na blacie, prychnęła cicho i rzuciła do mnie półgłosem:
— Chyba pomyliła adres.
Potem odwróciła się do kobiety, uśmiech miała już na twarzy przyklejony, ale w głosie coś ostrego.
— Dzień dobry pani. To jest salon Aurelia, może pani szuka fryzjera na Grochowskiej?
Kobieta nie odpowiedziała od razu. Postawiła torebkę na kolanach, usiadła na jednym z tych obitych aksamitem foteli w poczekalni, jakby jej ktoś to miejsce wyznaczył od dawna.
— Chcę zwykłe strzyżenie — powiedziała. — Nic więcej.
Marta zerknęła na jej włosy, przerzedzone, siwe, posklejane od deszczu, i parsknęła śmiechem, który próbowała zamienić w kaszel.
— My tu nie robimy cudów, proszę pani. U nas trzeba się zapisać, a wizyta z farbowaniem plus pielęgnacją to jest koszt od czterystu złotych wzwyż.
Byłam wtedy przy recepcji, poprawiałam terminarz na jutro, i pamiętam, iż akurat na ekranie mrugało powiadomienie o dostawie nowych odżywek. Odłożyłam telefon i popatrzyłam na tę kobietę, bo coś w tym, jak trzymała plecy — prosto, bez żadnego skulenia — nie pasowało do reszty.
Milczała chwilę. Potem uniosła podbródek.
— Pani nie wie, kim jestem.
W salonie zrobiło się cicho na tyle, iż słychać było suszarkę pracującą dwa stanowiska dalej. Marta znieruchomiała z pędzlem w ręku. Ja odruchowo obejrzałam się w stronę gabinetu na tyłach, skąd akurat wychodziła nasza kierowniczka, pani Bogumiła Wilk.
Bogumiła prowadziła ten salon od jedenastu lat, twarda kobieta, zawsze w szpilkach, zawsze z listą klientek VIP w pamięci. Zatrzymała się w progu gabinetu tak nagle, iż o mało nie potknęła się o próg.
— To pani…? — zapytałam ją, bo widziałam, iż coś jest nie tak.
Bogumiła nie odpowiedziała. Odstawiła kubek z kawą na blat recepcji, tak iż rozlała trochę na fakturę leżącą obok, i ruszyła w stronę foteli, powoli, jakby liczyła kroki.
Starsza kobieta w tym czasie otworzyła torebkę. Wyjęła z niej złożoną we czworo kopertę, pożółkłą, z rogami wygiętymi od noszenia. Położyła ją na stoliku obok siebie, dłonią przygładziła zagięcie.
— Halina — powiedziała Bogumiła. Głos jej się urwał w połowie słowa, jakby zabrakło jej tchu. — To ty.
Halina Kowalczyk. Nazwisko, które ja znałam tylko z papierów — bo to ona, jedenaście lat wcześniej, pożyczyła Bogumili sto dwadzieścia tysięcy złotych na wynajęcie i wyremontowanie tego właśnie lokalu, kiedy Bogumiła miała tylko dwa krzesła fryzjerskie w wynajętej suterenie na Pradze i żadnego zaufania w banku. Umowa była ustna, na słowo, bo Halina powiedziała wtedy: „Oddasz, kiedy staniesz na nogi". I przez jedenaście lat nikt jej o to nie zapytał.
Halina rozwinęła kopertę. W środku była kartka, zapisana odręcznie, oraz stary dowód wpłaty z banku, pożółkły od czasu.
— Nie przyszłam po pieniądze — powiedziała twardym głosem, bez cienia dramatyzmu, jakby wypowiadała to zdanie po drodze setny raz w myślach. — Przyszłam, bo mój syn umiera w hospicjum na Ursynowie i potrzebuję gotówki na prywatną opiekę, jakiej NFZ mi nie da. Pisałam do ciebie trzy razy w tym roku. Ani razu nie odpisałaś.
Marta stała z pędzlem zawieszonym w powietrzu, patrzyła to na Halinę, to na Bogumiłę, jakby oglądała mecz, w którym nagle obie drużyny okazały się jedną rodziną.
Bogumiła usiadła obok, na skraju fotela, ręce oparła na kolanach i przez chwilę tylko patrzyła na własne dłonie.
— Bo co miałam napisać? — powiedziała w końcu, cicho, ale z jakąś złością na samą siebie. — „Przepraszam, dalej nie mam"? Trzy razy nie mam. Za czwartym razem to już się nie pisze, tylko się chowa list do szuflady i udaje, iż go nie było.
— Więc chowałaś — powiedziała Halina. Nie było w tym pytania.
— Chowałam. — Bogumiła potarła kciukiem paznokieć wskazującego palca, jak robiła, kiedy liczyła coś w głowie. — Wstyd mi było, Halina. Bo ty dałaś mi wtedy wszystko, co miałaś, a ja przez jedenaście lat choćby nie zadzwoniłam zapytać, jak się masz. Łatwiej było nie odpisywać, niż przyznać, iż się boję, jak spojrzysz mi w oczy.
Za oknem deszcz w końcu przestał padać, ale nikt na to nie zwrócił uwagi.
— Ile masz teraz? — zapytała Halina.
Bogumiła wstała i poszła do gabinetu po laptopa. Wróciła, usiadła z powrotem, otworzyła aplikację banku. Palce jej drżały nad klawiaturą na tyle, iż za pierwszym razem wpisała zły numer konta i system wyrzucił błąd.
— Cholera — mruknęła, poprawiła cyfrę po cyfrze, sprawdzając z kartką od Haliny linijka po linijce.
Saldo na koncie firmowym pokazywało osiemdziesiąt trzy tysiące. Reszty nie było. Bogumiła zadzwoniła na infolinię banku, powiedziała numer klienta, poprosiła o podniesienie dziennego limitu przelewu, bo standardowy jej nie starczał, tłumaczyła się recepcjonistce po drugiej stronie, iż to pilne, iż proszę, dzisiaj, teraz. Kiedy się rozłączyła, otworzyła drugą kartę w telefonie — kredyt gotówkowy, który miała przygotowany od dawna na remont zaplecza, nietknięty.
— Osiemdziesiąt trzy dam ci teraz — powiedziała do Haliny. — Resztę, trzydzieści siedem plus to, co ci się jeszcze należy za te lata, przeleję do piątku, jak kredyt wejdzie na konto. Mogę ci to spisać na kartce, jeżeli chcesz papier.
— Nie chcę papieru — powiedziała Halina. — Chcę, żebyś tym razem odebrała telefon, jak zadzwonię.
— Odbiorę — powiedziała Bogumiła i wcisnęła „zatwierdź".
Potem zamknęła laptopa i powiedziała do Marty:
— Umyj jej głowę. I zrób tę fryzurę, o którą prosiła.
Marta odłożyła pędzel na blat, tym razem na dobre, podeszła do Haliny i podała jej rękę, żeby pomóc wstać z fotela. Halina wzięła torebkę, kopertę zostawiła na stoliku, poszła w stronę umywalek. Bogumiła schyliła się i wytarła rękawem swój rozlany wcześniej kawę z faktury, potem przeszła po marmurze tam, gdzie został mokry ślad, i starła go szmatką leżącą przy recepcji, na kolanach, sama, choć mogła kazać to zrobić komukolwiek innemu.











