Ryszard Osęka pracował w tej rezerwacie dwadzieścia jeden lat i mówi, iż z tego, co widział, tylko jedna historia siedzi mu w gardle do dziś. Nie chodzi o lwy z sawanny – tam trafiał raz do roku, na stażu partnerskim z ośrodkiem w Namibii. Chodzi o to, co przywiózł stamtąd w głowie i czego nie mógł się pozbyć, patrząc później na ludzi.
– Miałem wtedy pięćdziesiąt cztery lata, dzieci już dorosłe, żona w Świdnicy czekała z obiadem, a ja siedziałem w błocie o czterysta metrów od stada i patrzyłem przez lornetkę, bo zmiana kończyła mi się za dwie godziny i chciałem jeszcze zobaczyć wieczorne pojenie – opowiada.
Lwica miała na obroży numer M-12, w notatkach terenowych figurowała jako "Nagi". Straciła wzrok jakieś trzy lata wcześniej – prawdopodobnie po starciu z bawołem, choć nikt tego nie widział na własne oczy, tylko wywnioskował z blizn nad oczodołami. Samica, która nie widzi, w warunkach naturalnych ma przed sobą tygodnie, nie lata. Nie upoluje. Nie ucieknie przed hieną. Zabłądzi przy wodopoju i zginie z odwodnienia albo z pragnienia dosłownie stojąc pięćdziesiąt metrów od rzeki.
Nagi żyła jeszcze prawie cztery lata po utracie wzroku.
Zajęły się nią dwie córki – młodsze samice z tego samego stada, może pięcio- i sześcioletnie. Jedna z nich, ta z nadgryzionym lewym uchem, zaczęła robić coś, czego strażnicy wcześniej nie notowali w tej okolicy: szła krok przed matką i delikatnie popychała ją barkiem w stronę, w którą trzeba było iść. Nie ciągnęła, nie warczała z niecierpliwości. Prowadziła.
– Człowiek myśli, iż w dziczy liczy się tylko przetrwanie najsilniejszego. A tu przez cztery lata dwie młode samice utrzymywały przy życiu zwierzę, które teoretycznie było dla nich balastem. Żadnego zysku z tego nie miały. Prościej byłoby je zostawić – mówi Osęka.
Prościej. To słowo wraca w jego opowieści kilka razy, bo prościej było też jemu, gdy jego własna matka zaczęła w tamtych latach tracić pamięć, a brat co miesiąc dzwonił z pytaniem, kto tym razem weźmie wolne, żeby zawieźć ją do lekarza we Wrocławiu.
Wieczorne pojenie, które wtedy oglądał, wyglądało tak: młodsza z córek szła pierwsza, druga zamykała pochód z tyłu, jakby pilnowała, żeby matka nie zboczyła w krzaki. Kiedy stado zabijało zdobycz – tego dnia była to młoda impala, choć akurat nie na oczach Osęki, tylko usłyszał to z krótkofalówki od kolegi z sąsiedniego sektora – córki najadały się jako ostatnie. Zanosiły mięso matce. Osobiście widział to dwa razy w ciągu tygodnia dyżuru: lwica siedziała pod akacją, a jedna z córek podchodziła z kawałkiem ścierwa i kładła go tuż przy jej pysku.
Nagi zmarła w maju tego roku, w wieku około czternastu lat – to i tak sporo jak na dziką lwicę, ślepą do tego. Osęka dowiedział się o tym z maila od kolegi z rezerwatu, siedząc już na emeryturze w swoim mieszkaniu przy ulicy Kolejowej. Otworzył wiadomość między jednym kęsem drugiego śniadania a drugim, przeczytał trzy zdania i odłożył kanapkę na talerzyk, nie dojadając.
– Nie ryczałem, nie o to chodzi. Ale poszedłem na balkon zapalić, chociaż rzuciłem palenie osiem lat temu. Żona zapytała przez okno, co się stało, powiedziałem, iż nic, iż stara znajoma umarła.
Skłamał tylko trochę. Bo tamtego wieczoru, kiedy patrzył przez lornetkę na trzy lwice idące gęsiego do wodopoju, pomyślał wtedy dokładnie to samo, co teraz, w swoim mieszkaniu z widokiem na parking osiedlowy: iż siła stada nie bierze się z tego, ile ktoś może unieść. Bierze się z tego, kogo nikt nie zostawia z tyłu, choćby gdy już nic nie może dać w zamian.
Rok po tamtym dyżurze, kiedy jego matka przestała rozpoznawać własny dom, Osęka wziął urlop bezpłatny na trzy miesiące. Nie zastanawiał się długo. Brat później mówił, iż to była głupota finansowa. Osęka odpowiedział mu tylko, iż widział kiedyś lwicę, która nie widziała nic, a mimo to nigdy nie szła sama.











