Skradzione szczęście Anna pracowała w swoim ogródku – w tym roku wiosna przyszła wcześnie, choć to …

twojacena.pl 1 tydzień temu

Cudze szczęście

Pamiętam, jakby to było dawno temu. Zofia grzebała się na swoim kawałku ziemi, wiosna tego roku przyszła wyjątkowo wcześnie. Był koniec marca, a cały śnieg już dawno stopniał. Wiedziała, iż chłody jeszcze powrócą, ale póki co słońce grzało tak mocno, iż aż wyszła na podwórko, żeby coś porobić: podeprzeć przewrócony płot, poprawić drewutnię. Myślała, iż warto by było w końcu kupić kilka kur, prosiaczka, psa i kotkę.

Starczy, wystarczy tej bieganiny uśmiechnęła się do siebie, próbując zahamować swoje rozmyślania.

Chciałoby się już zaorać ogród, zabrać za grządki, wdychać zapach rodzinnej ziemi, jak za dziecięcych lat, boso pobiec po świeżo wzruszonej ziemi, zanurzając się po kostki w miękkiej, ciepłej glebie, miękkiej jak puch.

Jeszcze pożyjemy powiedziała na głos, nie wiadomo do kogo.

Dzień dobry!

Zofia aż podskoczyła. Przy furtce stała dziewczynka, nastolatka, prawie jeszcze dziecko. Miała na sobie szary płaszczyk, Zofia rozpoznała taki z osiedlowej szkoły zawodowej, delikatne półbuty i cieliste rajstopy.

Za zimno na takie rajstopki pomyślała Zofia młodziutka jeszcze, przeziębi się, buty jak papier, podeszwa tekturowa, szkoda gadać.

Dziewczynka stała i przebierała zziębniętymi nóżkami.

Dzień dobry rzuciła oschle Zofia.

Przepraszam, mogę skorzystać u pani z toalety?

O, proszę bardzo. Tam prosto, za róg.

Zofia z zaciekawieniem patrzyła, jak dziewczyna pobiegła.

Dziękuję bardzo, uratowała mnie pani. Mieszkania szukam, nie wynajęłaby pani przypadkiem pokoju?

Nie miałam w planach, a po co ci?

Chciałabym wynająć, nie chcę mieszkać w internacie, tam piją, palą, chłopaki się szwendają.

Tak? I ile jesteś w stanie płacić?

Pięć złotych… więcej nie mam…

No to wchodź, chodź do domu.

Oj, mogę jeszcze gwałtownie do łazienki?

Jasne, biegnij.

Jak masz na imię? zapytała, wpuszczając dziewczynę.

Celinka pisnęła cichutko. Celinka. No dobrze Celina, po co przyszłaś? Zofia przenikliwie spojrzała na dziewczynę.

Ja… ja pokój…

Nie kłam mi, Celina… Po co naprawdę przyszłaś?

Oj, mogę jeszcze raz do łazienki

Co się z tobą dzieje, dziecko?

Nie wiem już na granicy płaczu odpowiedziała dziewczyna nie mam już siły wytrzymać.

No to biegnij…

Zofia po cichu wyszła za nią.

To ciągle do łazienki, co? Duży czy mały kłopot?

Nie macha ręką tak tylko, boli wszystko… W porządku, później się dowiemy, teraz powiedz, po co przyszłaś.

Milczała, zbierając się na odwagę.

No, słucham? jeżeli przyszłaś kraść, to nie mam co. Kto cię przysłał?

Nikt, sama przyszłam. Pani to Zofia Kwiatkowska?

Ja? No tak…

Pani… Ty mnie nie poznałaś mamo? To ja, Celina… Twoja córka.

Zofia usiadła wyprostowana, na jej zniszczonej od pracy twarzy nie drgnął choćby jeden mięsień.

Celinka… wyszeptała kobieta córeczka… Celina…

Tak, mamusiu To ja W domu dziecka nie chcieli dać twojego adresu, mówili, iż nie wolno, ale ja namówiłam wychowawczynię, była taka dobra, pani Anastazja, ona mi pomogła, napisaliśmy zapytanie i dowiedzieliśmy się twojego imienia, nazwiska i drugiego imienia, a potem adres… I tak, jestem tutaj

Zofia siedziała bez ruchu, po policzkach spływały jej łzy.

Celinka, Celinka… córeczko…

Mamusiu, mamusiu krzyknęła dziewczynka i rzuciła się jej na szyję jak długo cię szukałam, mamusiu. Pisałam listy, a oni się śmiali, mówili, iż cię nie obchodzę, iż oddałaś mnie jak rzecz… Ale ja wierzyłam, mamusiu Wierzyłam

Zofia nieśmiało objęła płaczącą dziewczynę, jej zgrubiałe ręce ściskały zrobiony na drutach sweterek Celinki, córki córeczki, Celinki…

Siedziały objęte, nie chciało się mówić nic wszystko było jasne.

To dopiero później, wspominając nauki babci z dzieciństwa i gorzkie przejścia, Zofia krzątała się, grzała wodę, przemywała koperek, parzyła ziółka dla córki, Celinki-piękności.

Celinko, moje dziecko, sens mojego życia.

Jest dla kogo żyć, jest… On zesłał, On się zlitował, nie wszystko stracone…

Ogródek, prosiaczek, trzeba jej kupić nowy płaszczyk. Ma trochę odłożonego. Głupia była, chciała już umierać, a tu córeczka, Celinka…

***

Mamusiu…

Słucham?

Mamuniu…

No mów, pochlebcze mały.

Celinka sięgnęła po drożdżówkę, którą upiekła mama policzki jej już się zaokrągliły, Zofia ubrała swoją córkę jak laleczkę, a i sama jakby odmłodniała.

Mamusiuuuu…

Czego znowu?

Mamusiu, zakochałam się.

Oho…

No tak. Mamusiu, on jest wyjątkowy. Nazywa się Janek, taki mądry… Chce się z tobą poznać…

Ja… nie wiem…

A myślami Zofia poczuła, iż skończyły się jej najszczęśliwsze dni skoro dał, to i zabierze.

Mamusiu, co z tobą, mamusiu…

Nic, dziecko, nic kochana. Wyrosłaś tak szybko. Nie zdążyłam się nacieszyć, nie zdążyłam… przebacz mi, Celinko…

Mamo, mamusiu, co ty! Jak możesz, jak można w ogóle, kocham cię i zawsze kochałam, długo cię szukałam… My z Jankiem damy ci wnuki, mamo, najdroższa, ukochana Wiesz jak bardzo cię kocham!

Spotkanie z Jankiem się udało. Janek był chłopakiem ze wsi, gospodarny, rozsądny, spodobał się Zofii pomyślała, iż za takiego nie wstyd oddać córkę.

Czasy były ciężkie, ludzie głodowali, a inni psy żywili lepiej niż bliźnich.

Zofia z Celinką i Jankiem nie biedowali. Zofia świetnie szyła, choć fabrykę zamknęli, pracowała w spółdzielni, tam dobrze płacili, córkę ubrała „jak z obrazka”, zięcia także.

Janek nie siedział bezczynnie, zrobił nowy płot, z braćmi wymienił dwa najniższe wieńce w domu, naprawił łaźnię, postawił chlewik dla prosiaka dom odżył, rozśpiewał się jeszcze bardziej, odkąd Celinka córka, mądra i piękna się odnalazła.

Serce Zofii zmiękło, zaczęło topnieć. Chciało się żyć potrójnie, za te wszystkie minione lata, za to, o czym zapomina, a tylko nocami wspomnienia dusiły ją tak, iż nie mogła powstrzymać jęku.

Mamusiu, mamusiu? Co ci? Co boli?

Nie, córeczko, śpij kochanie, śpij…

Mamuś, mogę z tobą?

Pewnie Zofia przesunęła się pod ścianę, robiąc miejsce dla córeczki.

Moja mała, dziewczynka, serce pęka z miłości. To jest ta miłość matczyna dziękuję Ci, Panie Boże, za tę łaskę.

Wesele odbyło się hucznie, młodzi zostali z Zofią. Kobieta rozkwitła niczym mak. W pracy zauważyły, iż ta surowa Zofia Kwiatkowska nie może pohamować uśmiechu, policzki jej czerwieniły jak nigdy.

Wnuk albo wnuczka będzie szepnęła dziewczynom na przerwie aż się denerwuję.

Szczęśliwa ta Celinka, córka Zofii Kwiatkowskiej, zachwycają się koleżanki, kocha ją jak nikt.

Wnuk! Urodził się, Antoś! Na cześć mojej mamy nazwali, babci Celinki, była surowa, ale sprawiedliwa śmiała się radośnie Zofia piękny, aż serce się rozpływa.

Nigdy wcześniej nie trzymałam dziecka na rękach No, poza Celinką tyle lat minęło. Teraz trzymam małego Antosia, a serce wali mi w piersiach oto szczęście.

Wszystkie myśli teraz o Antosiu. Najlepszy, najpiękniejszy. I wnuczek, i babcia już nierozłączni.

Janek zabrał się za budowę, wybudował wielki dom, miejsce i dla Zofii, bo jak mogłoby być inaczej? Nie wyobrażali sobie życia bez mamy.

Świetnie sobie radzili Janek z braćmi otworzyli firmę budowlaną, sklep z materiałami, żyli spokojnie.

Wkrótce kolejna euforia dziewczynka! Wnuczka!

Nie było sukienek, których Zofia by nie uszyła dla swojej wnuczki, nie było stroju, którego by nie przygotowała. Marinka, maleńka. Prześliczna dziewczynka.

W domu rozbrzmiewał dziecięcy śmiech.

Wszystko było dobrze, tylko coś coraz mocniej paliło w piersi Zofii. Oj jak paliło.

Mamusiu, co ci, najdroższa? Gdzie boli, gdzie?

Nic, kochanie, nic…

***

…Za późno, jesteśmy bezsilni.

Doktorze, jak to, przecież to to moja mama!

Przykro mi, rozumiem.

***

Córeczko, Celinko czas już na mnie, wybacz mi, i tak długo żyłam. Oni mnie już przekreślili, ale ty mnie uratowałaś, przyszłaś wtedy do mnie, moje dziecko…

Mamusiu, nie mów tak…

Córeczko, muszę ci coś wyznać nie przerywaj, proszę Ja nie jestem twoją mamą, Celinko. Wybacz…

Mamo! Mamusiu, nigdy, NIKOMU tak nie mów, słyszysz? Jesteś moją. Nie chcę słyszeć nic innego, ty jesteś MOJA mama. Rozumiesz?

Tak, kochanie… Zrozumiałam, serduszko Tam w szafce jest zeszyt mój pamiętnik wybacz mi, Celinko. Kocham cię, dziecko moje…

I ja ciebie, mamusiu Mamusiu Mamusiu…

***

Celinko, zjadłabyś coś…

Tak, Janku zaraz Idź, ja zostanę.

Celina siedziała w pokoju matki, czytała jej zeszyt najcenniejszy, najprawdziwszy. Tam całe jej życie: Zofii. Surowe, poplątane, gorzkie, chwilami wesołe.

Matka, Antonina Karpińska, ojciec zginął na wojnie.

Zosia, Zosieńka, Zosia-kwiat.

Zakochała się w złodzieju, oj życie było wtedy szalone. Przygoda, ryzyko, serce rwało się do szaleństw.

Poszła za złodziejem…

I wtedy się zaczęło…

Powódź, która wciągnęła na wiele lat, a potem starość przyszła nagle.

Jak ta konik polny, przeskakiwała przez życie.

Złodziej zaginął po więzieniach, nie było już nikogo na świecie

Mogło być dziecko, ale zaziębiła się wtedy, kiedy z ukochanym szykowali ucieczkę, młodość, głupota.

Została bez dzieci, bez niczego, tylko dom matki, w którym ostatecznie zamieszkała, trochę odtajała.

Lekarze kazali czekać, albo albo. Poszła do kościoła, stała w ławce, prosiła o przebaczenie

Aż przysłał Pan szczęście, nieoczekiwane. Nie mogła zmarnować takiej szansy.

Myślała, chociaż przez chwilę pobędę matką, poczuję, zobaczę jak to jest…

Córka, Celinka, światło jej życia, nie myślała, iż tyle pożyje pisze o sobie w trzeciej osobie szczęście, szczęście warte wszystkiego.

Córka jest, dusza jej, serce jej. I choćby choroba się cofnęła.

Wybacz, Panie, moje prośby, pozwól jeszcze trochę pobyć z wnukami, pomóc córce…

Na początku się bała, bała się, iż Celina pozna prawdę, iż nie jest jej matką, a tylko przypadkiem nosi to samo nazwisko.

Ale potem przestała się bać. Zaczęła żyć jak wszyscy, zwyczajnie. Pojęła w końcu, iż zasłużyła

Przebacz mi, córeczko, przepraszam, iż odebrałam cię twojej prawdziwej matce. Takie było moje, skradzione szczęście…

Mamusiu płacze Celinka mamusiu moja najdroższa. Kochana, mam nadzieję, iż mnie słyszysz.

Wiedziałam, prawie od razu wiedziałam Jak mieszkałam u ciebie, powiedzieli mi, iż dane nieprawidłowe, Anna była Iwanowna, znalazłam ją, z ciekawości.

Ona sama się mnie wyrzekła, wyszła za mąż, przeszkadzałam jej, mamo…

Żyje, ma rodzinę, nie miała dla mnie czasu, mamo.

Bała się, bała się, iż się dowiedzą.

Dawała mi pieniądze, mamo…

Odeszłam, uciekłam, mamo.

Pamiętasz, zachorowałam wtedy. Miałam gorączkę, pamiętasz, mamo. Ty, moja kochana, dziękuję Bogu, iż cię spotkałam. Tak długo cię szukałam. Ty jesteś moją mamą…

Dobrze, iż wtedy się pomylili, albo to wcale nie była pomyłka. Tam na górze wiedzą, kogo dokąd posłać.

Jak mam znowu bez ciebie żyć, mamo…

Celinko, Celinko…

Janku, niech się wypłacze, matkę pochowała…

***

Babciu, a babcia Zofia była dobra?

Bardzo, skarbie.

I piękna?

Najpiękniejsza, Zosieńko.

A kto ją tak nazwał?

Nie wiem, może jej tata albo mama.

Twój dziadek albo twoja babcia?

Tak, mój dziadek, albo moja babcia.

A mnie nazwałaś jak prababcię? Jak swoją mamę?

Tak, razem z tatą. Kochał swoją babcię.

A ona mnie widzi?

Oczywiście, widzi i zawsze będzie przy tobie.

Kocham cię, prababciu Zosiu dziewczynka kładzie wianek z mleczy na grób prababci.

I ja ciebie, skarbie szumi brzoza, i my cię, powtarza wiatr…

Idź do oryginalnego materiału