Skradziona twarz Klaudii Wysockiej

newsempire24.com 1 tydzień temu

Twarz Klaudii Wysockiej

Klaudia Wysocka miała trzydzieści sześć lat, kiedy podpisała pierwszy przelew. Tancerka w kabarecie przy Marszałkowskiej, zarabiała na życie swoim ciałem i twarzą, a w 1994 roku twarz, która zaczyna nosić ślady lat, budziła prawdziwy lęk. Jej agentka podsunęła jej adres – dyskretny gabinet w okolicach placu Trzech Krzyży, prowadzony przez niejakiego doktora Henryka Lamota. „Sam kolagen, nic więcej, tylko żeby podbić kości policzkowe i podciągnąć linię żuchwy" – powiedział, postukując w strzykawkę, jakby zachwalał dobre wino.

Uzbierała sześć tysięcy złotych. Nie znała się na medycynie, ale znała scenę, reflektory i to, jak zmęczona twarz wygląda z trzeciego rzędu.

Zabieg trwał dwadzieścia minut. Lekkie ukłucie, maść, dyskretny opatrunek. Klaudia wyszła przekonana, iż dobrze zrobiła.

Przez trzy miesiące nic się nie działo. choćby jej się wydawało, iż odmłodniała – w garderobie, pod żółtą żarówką, inne tancerki prawiły jej komplementy. Potem, pewnego listopadowego wieczoru, zdejmując makijaż przed lustrem wacikiem nasączonym mlekiem kosmetycznym, poczuła swędzenie pod lewym okiem. Nazajutrz pojawiło się zaczerwienienie. W kolejnym tygodniu – twarda grudka, wielkości grochu, tuż pod kością policzkową.

Wróciła do gabinetu. Zamknięty. Numer nie odpowiadał. Doktor Lamot zniknął – wyjechał, jak twierdziła dozorczyni kamienicy, „chyba do Hiszpanii, albo do Argentyny, nikt dokładnie nie wie".

Grudki zaczęły się mnożyć. Jedna pod okiem, druga przy żuchwie, trzecia na brodzie. Jej twarz, ta sama, która widniała na afiszach kabaretu, zmieniała się powoli, bez ostrzeżenia, jak wosk zostawiony zbyt blisko płomienia.

Chirurg ze szpitala na Banacha, do którego trafiła w trybie pilnym, przekazał jej prawdę kilkoma suchymi zdaniami: to nie był kolagen. Badania wykazały mieszankę oleju słonecznikowego – tego samego, którym smażyła kotlety w swojej kuchni na Pradze – i oliwki dla niemowląt, tej z różowej buteleczki z apteki. Dwie obojętne, tanie substancje, wstrzyknięte pod skórę kobiety, która myślała, iż płaci za medycynę.

„Tego się nie wyjmuje jak drzazgi, proszę pani" – powiedział chirurg. „Olej rozpada się na drobiny, wnika między tkanki. Nigdy nie da się usunąć wszystkiego."

Klaudia żyła z tym zdaniem przez jedenaście lat. Jedenaście operacji, po których zostały jej tylko rachunki i blizny – najpierw w szpitalu na Lindleya, potem w prywatnej klinice na Mokotowie, kiedy już było ją na to stać. Każdy zabieg usuwał trochę stwardniałego tłuszczu, za każdym razem mniej, niż obiecywała nadzieja. Grudki wracały. Skóra nigdy całkiem nie odzyskiwała dawnego kształtu.

Przestała tańczyć pięć lat po pierwszym zastrzyku. Nie z powodu wieku – z powodu lustra, które odbijało twarz, jakiej już nie rozpoznawała, asymetryczną, naznaczoną wyczuwalnymi pod skórą zgrubieniami, których nie dało się ukryć żadnym makijażem scenicznym.

To, co ją ostatecznie złamało, nie było fizycznym bólem – do niego już przywykła. Był to dzień, kiedy jej córka, Zuzia, mająca wtedy dziewięć lat, zapytała, dlaczego ma „kamyki pod skórą". Klaudia zamknęła się w łazience ich mieszkania na Pradze i puściła wodę z kranu na pełną moc, żeby zagłuszyć dźwięk, podczas gdy w kuchni radio nadawało wiadomości o dwudziestej. Siedziała na skraju wanny, zaciskając mokry ręcznik na ustach, aż zabolały jej szczęki, aż zdławiony odgłos, który z siebie wydawała, zmienił się w nic, w samo tylko dyszenie, dopóki woda nie wygłuszyła i tego.

Kolejne dwadzieścia lat upłynęło między kolejnymi gabinetami i kolejnymi rozczarowaniami. W klinice na Mokotowie, w 2003 roku, chirurg pokazał jej na ekranie USG ciemne plamy rozsiane w tkance jak konstelacja – „to są pozostałości oleju, proszę pani, pływają tam jak kulki, nic już ich nie zatrzyma". Klaudia wtedy podniosła dłoń do podbródka, nacisnęła opuszkiem palca jedną z grudek, wyczuła jej twardość przez skórę, policzyła w głowie koszt kolejnego zabiegu, który właśnie jej wymieniono, i podpisała zgodę, bez pytania o skuteczność. Zuzia wyprowadziła się z domu w 2008 roku, wzięła ze sobą pudło zdjęć z dzieciństwa i nigdy nie zabrała zdjęć matki ze scenerii kabaretu – Klaudia zauważyła to, dopiero gdy sprzątała po jej wyjeździe, i odłożyła te zdjęcia osobno, twarzą do ściany, w szufladzie komody.

W wieku pięćdziesięciu ośmiu lat sprzedała mieszkanie na Pradze – to, które kupiła za honoraria z kabaretu, to, w którym Zuzia dorastała – za dziewięćset tysięcy złotych, i przeniosła się do skromniejszej dwupokojowej kawalerki na Woli. Z nadwyżki sfinansowała ostatnią serię zabiegów u uznanej chirurżki, doktor Agnieszki Fontany, w klinice przy Woronicza.

Na pierwszej konsultacji doktor Fontana rozłożyła na biurku serię prześwietleń i zdjęć z dwudziestu lat, układając je w rządek jak karty do pasjansa. Milczała dłuższą chwilę, przesuwając palcem po jednym ze skanów.

– Pani Klaudio, ja nie obiecuję pani nowej twarzy – powiedziała w końcu, odkładając zdjęcie. – Obiecuję usunąć to, co jeszcze da się usunąć, i zostawić panią w zgodzie z resztą.

Klaudia patrzyła na swoje ręce, splecione na kolanach, na paznokcie, które tego ranka pomalowała jaskrawą czerwienią, chociaż od lat nie miała powodu malować ich na żaden występ. – Zgadzam się – powiedziała tylko, i podpisała formularz, nie czytając go do końca, tak jak trzydzieści lat wcześniej.

Operacja trwała cztery godziny. Klaudia wyszła z kliniki z opatrunkiem zakrywającym pół twarzy i dokumentacją medyczną grubości dwóch centymetrów, którą ustawiła w niebieskim segregatorze na półce w salonie na Woli, obok zdjęć z lat spędzonych na scenie.

Trzy tygodnie później, kiedy opatrunek zdjęto na stałe, usiadła przy kuchennym stole z plikiem papieru listowego i długopisem, który pożyczyła od sąsiadki, bo własny akurat wyschnął. Napisała skargę do Okręgowej Izby Lekarskiej w jednym ciągu, bez przerwy na kawę, dołączając do niej wypisy ze wszystkich jedenastu operacji, które przez lata przechowywała w segregatorach rozmaitych kolorów. Na dworcowej poczcie przy Towarowej stała w kolejce dwadzieścia minut, trzymając kopertę obiema rękami, jakby się bała, iż ktoś jej ją wyrwie. Kiedy urzędniczka za okienkiem zapytała, czy to polecony, Klaudia powiedziała „tak, z potwierdzeniem odbioru" i czekała, aż stempel opadnie na kopertę, patrząc, jak niebieski tusz rozmazuje się lekko na papierze.

Wiedziała, iż Lamota, jeżeli jeszcze żyje, nikt nigdy nie odnajdzie.

Dziś Klaudia ma sześćdziesiąt trzy lata. Według ostatnich zdjęć pozostały dwa niewielkie obszary zgrubień pod żuchwą, których choćby doktor Fontana nie zdołała całkiem rozpuścić. Kilka miesięcy temu, mijając na Marszałkowskiej grupę młodych dziewczyn rozdających ulotki jakiejś nowej siłowni, przystanęła, przyłożyła palec do żuchwy i zapytała jedną z nich bez żadnego wstępu: „A wy wiecie, czym wam wstrzykują te wypełniacze do ust?". Dziewczyna spojrzała na nią zaskoczona, nie odpowiedziała, a Klaudia poszła dalej, nie czekając na reakcję.

Rok po ostatniej operacji, sprzątając szuflady starego mieszkania na Pradze dla kupca, Zuzia znalazła na dnie pudełka po butach zżółkłą receptę z 1994 roku: miała pieczątkę gabinetu z placu Trzech Krzyży i odręcznie wpisane słowo „kolagen", przekreślone i poprawione dwukrotnie, jakby choćby doktor Lamot wahał się, jakie kłamstwo zapisać. Klaudia zachowała tę kartkę. Włożyła ją do niebieskiego segregatora, zaraz za ostatnim wypisem z operacji, bez słowa.

Idź do oryginalnego materiału