Bożena obudziła się o czwartej czterdzieści, bo w mieszkaniu zrobiło się zimno — kaloryfer w sypialni znów bulgotał zamiast grzać, a ona od dwóch lat obiecywała sobie wezwać hydraulika i od dwóch lat tego nie robiła. Sięgnęła po drugą stronę łóżka. Poduszka Ryszarda była zimna jak kamień. Trzecia noc z rzędu. Powiedział, iż jedzie do Katowic na negocjacje z dostawcą blach, iż firma nie może czekać, iż wróci, jak wróci. Leżała, patrząc w sufit, słuchała, jak deszcz tłucze w parapet dziewiątego piętra na Bemowie. Listopad w Warszawie potrafił być podły — mokry, szary, bez dna. Gdzieś w kuchni cykał budzik kupiony na Kole piętnaście lat temu, kiedy jeszcze targowali się o cenę i śmiali z byle czego. Teraz się nie śmiali. Prawie wcale.
Wstała. Zaparzyła herbatę z melisy, bo rumianku akurat zabrakło. Stanęła przy oknie kuchennym, patrzyła na pusty parking, na neon całodobowego Żabki po drugiej stronie ulicy. Dzieci dawno wyfrunęły — Kuba wynajmował pokój w Krakowie, studiował, Ola mieszkała z chłopakiem w Gdańsku. Dom, który kupili z myślą o niedzielnych obiadach i wnukach na balkonie, zamienił się w miejsce, gdzie słychać własny oddech.
Telefon zaświecił się na blacie. Wiadomość z nieznanego numeru, bez zdjęcia profilowego.
„Pani pewnie już się domyśla. Rysiek jest mój. On panią zostawił z litości, nie z miłości. Niech go pani wreszcie puści, bo to i tak koniec".
Przeczytała trzy razy. Odłożyła telefon na blat, tak ostrożnie, jakby mógł wybuchnąć. Usiadła na taborecie. W środku ścisnęło tak, iż nie mogła złapać oddechu. Wiedziała — jasne, iż wiedziała, od miesięcy zbierała okruchy: zapach obcych perfum na kołnierzu, wyłączony telefon na noc, nagłe wyjazdy w piątki. Ale jedno to podejrzewać po cichu, a drugie przeczytać czarno na białym o piątej rano, kiedy w kaloryferze bulgocze powietrze.
Popłakała się od razu, głośno, złapała się za usta, żeby nie krzyczeć na całą klatkę. Osunęła się na podłogę, oparła plecami o kaloryfer, który wciąż nie grzał, i szlochała, dopóki nie rozbolała ją głowa i nie została tylko drżenie w rękach.
Umyła twarz zimną wodą. Spojrzała w lustro nad umywalką. Czterdzieści dziewięć lat. I nagle przypomniała sobie siebie w wieku dwudziestu jeden lat, z warkoczem, w bibliotece gminnej pod Suwałkami, gdzie pracowała na urlopie u ciotki. Ryszard przyszedł po książkę o budownictwie i został do zamknięcia. Mówił, iż nigdy nie spotkał nikogo takiego jak ona. Że pachnie jak jabłka z sadu babci.
Poszła do sypialni. Otworzyła szafę. Na górnej półce leżała stara walizka, ta sama, z którą przyjechała do Ryśka dwadzieścia trzy lata temu. W środku wciąż tkwiła zasuszona gałązka jabłoni — pamiątka z sadu, który dawno wycięto pod nową obwodnicę. Wzięła ją do ręki, obróciła w palcach. Potem wrzuciła do walizki dżinsy, sweter, bieliznę, ciepłe skarpety, dowód osobisty, dwa tysiące złotych z szuflady na czarną godzinę.
Autobus PKS do Suwałk odjeżdżał o dziewiątej dwadzieścia z dworca zachodniego. Nie zamówiła taksówki — poszła pieszo na przystanek, w deszczu, z walizką na kółkach, które co chwila zatrzymywały się na wystających płytach chodnika. Nie oglądała się. Bała się, iż jak spojrzy na blok, w którym mieszkali szesnaście lat, to się rozklei, a rozkleić się teraz nie mogła.
W autobusie było prawie pusto. Usiadła przy oknie, otworzyła komunikator, napisała do nieznanego numeru: „Jest wolny. Może go pani sobie zabrać". Wysłała. Wyłączyła telefon. Oparła czoło o zimną szybę i patrzyła, jak przesuwają się mokre pola Podlasia, szare wsie, mdłe światła stacji benzynowych. Wewnątrz bolało tak, iż chciało się zwinąć w kłębek. Ale siedziała prosto. Babcia mawiała: plecy to twój charakter, trzymaj je równo, cokolwiek się dzieje.
Wieś przywitała ją ciszą. Wysiadła przy starej remizie strażackiej. Deszcz przestał, ale chmury wisiały nisko nad topolami. Pachniało mokrą ziemią i dymem z pieca — ktoś we wsi palił jeszcze węglem, mimo iż gmina obiecywała gazociąg od trzech lat. Gdzieś szczekał pies. Bożena wciągnęła powietrze — kłujące, czyste, zupełnie inne niż warszawski smog.
Dom babci stał na końcu jedynej ulicy. Furtka wisiała krzywo na jednym zawiasie, płot się przechylił, ale sam budynek trzymał się mocno — ciemne okna, ganek, stara jabłoń rozłożona nad dachem. Weszła do środka kluczem, który nosiła od lat na breloczku, choć sama nie wiedziała po co. W środku było zimno, ale nie stęchłe. Zdjęła mokrą kurtkę, rzuciła na ławę. Wszystko stało tak jak za życia babci: żelazne łóżko z górą poduszek, ręczniki haftowane w krzyżyki, kredens z popękanym lakierem, w kącie stara ikona za wyblakłym palmowym listkiem sprzed niejednej Niedzieli Palmowej.
Rozpaliła w piecu. Drewno było wilgotne, nie chciało się zająć. Dmuchała, dokładała szczapy, w końcu ogień się rozjarzył i po domu poszło ciepło. Usiadła na piętach przed paleniskiem i patrzyła na płomienie. Przypomniała sobie, jak babcia sadzała ją tak samo blisko ognia i opowiadała bajki, jak piekły w żarze ziemniaki, jak babcia śpiewała stare pieśni drżącym, ciepłym głosem.
— No to wróciłam, babciu — szepnęła.
Nie wiedziała, ile tak siedziała. Rozpakowała walizkę, powiesiła ubrania w szafie, znalazła stare, ciężkie kołdry z patchworku. Posłała łóżko. Wyszła na ganek, patrzyła, jak ciemnieje niebo, jak zapalają się pierwsze gwiazdy. I nagle przypomniała sobie, jak siedziała tu z Ryśkiem, młodzi, zakochani. Palił papierosa, ona mu go zabierała i śmiała się. Mówił: zostańmy tak zawsze, patrzeć na gwiazdy. Odpowiadała: zostańmy.
„Zawsze" skończyło się dziś o piątej rano.
Drugiego dnia zaczęła sprzątać. Umyła podłogi, wytrzepała chodniki, przejrzała szafki. W kufrze znalazła listy babci, pożółkłe, przewiązane sznurkiem. Listy od dziadka z wojska, od matki z miasta, od cioci z Białegostoku. I nagle — list napisany jej własnym pismem. Sprzed dwudziestu jeden lat. Pisała wtedy do babci z Warszawy, o nowym życiu: „Babciu, kupiliśmy z Ryśkiem kanapę. Siedzimy na niej wieczorami i marzymy. On mówi, iż będzie miał własną firmę. A ja mówię, iż będę najszczęśliwszą kobietą na świecie. Bo mam jego".
Złożyła list, odłożyła. Nie płakała. Po prostu siedziała i oddychała.
Piątego dnia poszła do lasu w starych gumowcach z komórki. Wzięła koszyk babci. Zbierała późne opieńki, których jeszcze nie tknął mróz. Palce marzły, ale lubiła to uczucie — krew krążyła, ciało pracowało, żyła. W drodze powrotnej spotkała panią Halinę, sąsiadkę zza płotu.
— Bożenka? To ty?
— Ja, pani Halino.
— A ja patrzę, światło się pali wieczorami. Myślałam, iż mi się wydaje. Co cię tu sprowadziło? Sama, bez męża?
— Odpocząć — odpowiedziała. — Odetchnąć.
Pani Halina pokręciła głową, ale nic więcej nie spytała. Zapytała tylko, czy jest opał i czy ma co jeść. Bożena kiwnęła głową. Postały chwilę w milczeniu. Potem pani Halina objęła ją mocno, po swojemu.
— Trzymaj się. Widzę, iż coś się dzieje, ale się nie pcham. Jak co, to przychodź. Mam żurek i nalewkę z pigwy.
Szóstego dnia przyjechał Kuba. Bożena nie wiedziała, skąd wiedział — pewnie dzwonił, nikt nie odbierał, w końcu chyba zadzwonił do pani Haliny. Stanął na progu o zmierzchu, z plecakiem i siatką z Biedronki.
— Mamo, boże. Nie wiedziałem, co myśleć.
— Wszystko dobrze — odparła.
— Dobrze? — spojrzał uważnie. — Płakałaś?
— Kuba. Po prostu wyjechałam. Musiałam.
Usiedli przy stole. Kuba patrzył na nią tak, jak kiedyś, gdy próbował sprawdzić, czy nie kłamie.
— To przez tatę?
Nie odpowiedziała. Odwróciła się do pieca, dorzuciła polano.
— Mamo, nie jestem dzieckiem. Widzę wszystko. Już dawno się zmienił. Bałem się ci powiedzieć.
— Wiem — powiedziała cicho.
Podszedł, objął ją, jak kiedyś ona jego po koszmarach. Teraz to on ją pocieszał.
— Zostanę tu na trochę, dobrze? Mam zdalne zajęcia przed sesją.
Wieczorem jedli smażone opieńki z ziemniakami. Kuba opowiadał o dziewczynie, o planach. Gdy się ściemniło, spytał:
— Dzwoniłaś do taty? Szukał cię?
Bożena wzruszyła ramionami. Telefon leżał wyłączony w szufladzie.
— Dzwonił do mnie — powiedział Kuba. — Pytał, gdzie jesteś. Powiedziałem, iż nie wiem. Wściekał się.
— I co?
— Nic. Zagubiony jakiś. Nigdy go takiego nie słyszałem.
Ósmego dnia przyjechał Ryszard. Bożena zobaczyła go z okna — stał przy furtce w płaszczu za trzy tysiące, w wypastowanych butach, z bukietem róż. Jak z kiepskiego serialu. Patrzyła i nie czuła nic — ani ulgi, ani złości.
— Masz gości — powiedział Kuba za jej plecami.
— Widzę. Sama wyjdę.
Wyszła na ganek. Ryszard zatrzymał się kilka kroków dalej.
— Bożena. Szukałem cię. Telefon wyłączony, dom pusty. Myślałem, iż coś ci się stało.
— Mnie się coś stało dawno. Tylko nie zauważałeś.
Wyciągnął róże niepewnie. Nie wzięła.
— Róże są zbędne. Potrzebowałam prawdy.
— Ja…
— Co ty? Zmęczyłeś się? Zaplątałeś?
Milczał. Weszli do środka. Kuba przywitał się z ojcem sztywno. Ryszard rozejrzał się.
— Wszystko po staremu. choćby zapach ten sam.
— Zapach się nie zmienia — odpowiedziała. — Ludzie tak.
Usiedli przy stole. Kuba nalał herbaty.
— Przepraszam — zaczął Ryszard. — Wiem, iż zawiniłem. Nie powinienem był. Ona sama…
— Nie mów o niej — przerwała. — Nie chcę słyszeć, iż sama.
— Zerwałem z nią. Zaraz jak się dowiedziałem, iż do ciebie napisała.
— Więc wiedziałeś, iż napisała?
— Przyznała się. Płakała. Mówiła, iż zmęczyła się czekaniem.
Roześmiała się krótko, sucho.
— Chciała przyspieszyć. Moje odejście. A ty się przestraszyłeś?
— Przyjechałem po ciebie.
— Po co?
— Bo nie umiem bez ciebie.
— Kłamiesz. Umiesz. Świetnie sobie radzisz beze mnie. Tylko nie będziesz miał tego, do czego przywykłeś. Kolacji na stole, wyprasowanych koszul, domu, w którym pachnie obiadem. Jestem twoim bytem, Rysiek, a ona świętem. Zostań na święcie. Byt nie jest obowiązkowy.
Wstał, przeszedł się po pokoju, zatrzymał przy piecu.
— Nie będę się usprawiedliwiał. Ale nie przyjechałem, żeby udawać, iż nic się nie stało. Przyjechałem powiedzieć: zrozumiałem. Zgubiłem siebie i ciebie. jeżeli dasz mi szansę, spróbuję naprawić. Sprzedam mieszkanie, w którym z nią… Zerwę współpracę z jej firmą.
Milczała, patrząc na niego. Nie kłamał, widziała to. Ale szczerość to było za mało.
— Potrzebuję czasu. Nie jestem gotowa decydować. Dopiero zaczęłam przypominać sobie, kim jestem bez ciebie. I podoba mi się to.
Kiwnął głową, poszedł do drzwi. Zatrzymał się na progu.
— Bożena… naprawdę cię kocham. Zapomniałem tylko, jak to jest być z tobą naprawdę.
— Ja się nie zmieniłam. Ty przestałeś patrzeć.
Wyszedł. Trzasnęła furtka.
Nocą włączyła telefon. Trzydzieści jeden nieodebranych. Zadzwoniła do córki. Ola odebrała po drugim sygnale.
— Mamo, wreszcie! Gdzie ty jesteś?
— U babci, na wsi.
— A dlaczego? I czemu tata jest taki dziwny?
— Rozwiązujemy z tatą pewne sprawy.
— To przez tamtą kobietę?
Bożena zamarła.
— Wiedziałaś?
— Domyślałam się. Chował telefon. Nie chciałam się wtrącać.
— A dlaczego mi nie powiedziałaś?
— Nie chciałam cię zranić.
— Zraniło co innego. Że dowiedziałam się ostatnia.
Minął miesiąc. Śnieg leżał grubą warstwą, drogę zasypało. Kuba pojechał na sesję, dzwonił codziennie. Ola przyjeżdżała dwa razy. Bożena nauczyła się palić w piecu tak, iż do rana było ciepło. Nauczyła się gotować żurek na zakwasie z sąsiedzkiej piwnicy. Zasypiała bez tabletek, budziła się bez budzika.
Ryszard dzwonił co wieczór. Czasem odbierała, czasem nie. Opowiadał, iż sprzedał mieszkanie, iż zerwał umowę z firmą tamtej kobiety. Słuchała, milczała.
Pewnego razu przyjechał bez zapowiedzi. Nie z różami — z siatką: mięso, ser, leki i tomik Iwaszkiewicza. Postawił na ganku.
— Nie będę się narzucał. Po prostu przywiozłem.
Wzięła siatkę, zajrzała.
— Dziękuję. Jak ty?
— Żyję. Palę w piecu. Myślę.
Stał przy schodach, ręce w kieszeniach. Śnieg padał mu na ramiona. Patrzyła na niego i poczuła czułość — nie tę dawną, nową, ostrożną, jak pierwszy lód: dotkniesz, pęknie.
— Wejdź. Zmarzłeś.
Pili herbatę. Rozmawiali o dzieciach, o sąsiadach, o dziurawym dachu na komórce. Nie o najważniejszym. Ale to było ważniejsze niż jakiekolwiek rozmowy o miłości.
Gdy wychodził, odprowadziła go. Śnieg skrzypiał pod butami.
— Bożena. Nie poganiam. Ale chcę, żebyś wiedziała: jestem. Każdego dnia. Jak zechcesz, po prostu zawołaj.
— Dobrze — powiedziała.
Odjechał. Wróciła do domu, dołożyła do pieca. Na stole leżała książka. I nagle zrozumiała: nie jest sama. choćby gdy jest sama.
Minęły kolejne trzy miesiące. Wiosna do wsi przyszła nieśmiało — najpierw kapało z dachów, potem popłynęły strumyki, potem na jabłoni nabrzmiały pąki. Ryszard przyjeżdżał co weekend. Naprawiali razem płot, sadzili rozsadę, palili zeszłoroczną trawę. Nauczył się rąbać drewno, ona znów nauczyła się z nim śmiać. To było inaczej niż dawniej. Po prostu inaczej.
Pewnego wieczoru siedzieli na ganku. Słońce zachodziło za lasem, niebo płonęło pomarańczem. Ryszard trzymał ją za rękę.
— Pamiętam, jak siedzieliśmy tu pierwszy raz. Śmiałaś się, a ja myślałem: żeby tak zawsze.
— Ja też pamiętam.
— Wtedy nie wiedziałem, iż o mało wszystkiego nie stracę.
Ścisnęła jego dłoń.
— O mało nie straciłeś. To co innego niż stracić.
Spojrzał na nią, w oczach nadzieja i strach jednocześnie.
— To co, uda się nam?
— Już się udaje — odpowiedziała. — Tylko nie zwalniaj tempa.
Ale nim wstali, żeby wejść do domu, sięgnęła po leżącą na ławce teczkę, którą przywiozła jeszcze rano z gminy w Suwałkach. W środku był akt notarialny na dom babci — od tygodnia wpisany już wyłącznie na jej nazwisko, choć rodzina od lat traktowała go jak wspólną własność wszystkich. I umowa najmu warszawskiego mieszkania na Bemowie, które wystawiła na wynajem, zamiast czekać, aż mąż zdecyduje, co z nim zrobić. Trzysta dwadzieścia złotych miesięcznie miało teraz iść na osobne konto, które założyła w banku w Suwałkach w drugim tygodniu pobytu, gdy jeszcze nie wiedziała, czy wróci do Warszawy, czy nie.
— Co to? — spytał Ryszard, widząc teczkę.
— Porządki — powiedziała. — Ten dom jest mój. Mieszkanie w Warszawie wynajmuję. jeżeli mamy zaczynać od nowa, zaczynamy jako dwoje ludzi, którzy mają swoje, a nie jako ja i twój byt.
Popatrzył na papiery, potem na nią. Kiwnął głową, bez sprzeciwu.
— Pojedziesz na weekend do Warszawy? — spytał.
— Nie. Najemca już wpłacił pierwszy czynsz. Nie mam tam czego szukać.
Wstali. Poszli do domu. Śnieg już nie padał. I gwiazdy nad dachem paliły się jasno, czysto, jak tamtej pierwszej nocy, gdy dwudziestojednoletnia Bożena wybiegła boso na jego głos. Tylko teraz szła nie naprzeciw niemu. Szła naprzeciw sobie.














