Krystyna zawsze mówiła, iż robi wszystko dla rodziny. Tylko jakoś zawsze wychodziło, iż to ona z tej rodziny miała najwięcej. Mieszkanie po dziadkach, sukienki z mojej szafy, chłopaków, których jej przedstawiałam. A teraz jeszcze wesele.
Zadzwoniła w środę, akurat jak wyjmowałam z piekarnika sernik z brzoskwiniami. Mama stała obok i pilnowała, żebym nie zapomniała wyłączyć gazu.
— Martyna, pożyczysz mi osiemdziesiąt tysięcy? — spytała, jakby chodziło o sól.
— Co?!
— No wiesz, na wesele. Wpłaciliśmy zaliczkę, a reszta do końca tygodnia. Bo inaczej przepada.
Spojrzałam na mamę. Ta tylko wzruszyła ramionami i wytarła blat ścierką w koguty, którą dostała kiedyś na imieniny od ciotki z Białegostoku.
Pieniądze miałam. Czterysta tysięcy dostałam po sprzedaży mieszkania po tacie. Odkładałam na własne cztery kąty, na czynsz, na życie, którego jeszcze nie zdążyłam ułożyć. Krystyna o tym wiedziała. Wiedziała też, iż zawsze ustępowałam.
— Krystyna, to są moje oszczędności.
— No przecież wiem. Oddam, słowo. Po weselu, jak nam się zwróci z kopert.
Zgodziłam się. W głębi ducha czułam, iż robię głupotę, ale to była moja siostra. Tydzień przed świętami, a ja nie potrafię jej odmówić. Zawsze tak było.
Przelałam. Nie dzwoniła przez miesiąc. Na weselu nie byłam, bo „sala na pięćdziesiąt osób, sama rozumiesz”. Matkę zaprosiła, ojca nie, bo się pokłóciła o kolor obrusów. Normalna rodzina.
Potem zobaczyłam zdjęcia na jej profilu. Sala w dworku pod Krakowem, fontanna z szampanem, fajerwerki, pokaz iluzjonisty. I komentarz pod postem: „wesele marzeń! wszystko same zorganizowałyśmy z mężem, rodzina tylko patrzyła”.
Napisałam do niej wiadomość: „Cześć. Jak wygląda sprawa z oddaniem?”
Odpowiedź przyszła po trzech dniach:
„Martynka, no wiesz, jak jest. Nie mamy teraz. Musisz zrozumieć, to był nasz najważniejszy dzień”.
Zadzwoniłam do mamy. Ta westchnęła i powiedziała, żebym się nie kłóciła, bo święta za pasem. Że rodzina ważniejsza. Że Krystyna odda, jak będzie miała. Że nie powinnam była dawać, skoro nie umiem pożyczać.
Wtedy coś we mnie zgasło. Nie w sensie takim, iż siedziałam i płakałam w poduszkę. Po prostu poczułam, jak wewnątrz robi się zimno, jakby ktoś zakręcił wodę.
Zaczęłam liczyć.
Osiemdziesiąt tysięcy. Za moje życie przez ostatnie dwanaście lat. Za to, iż w wieku szesnastu lat wzięłam nocne zmiany w piekarni, żeby Krystyna miała korepetycje z matematyki. Za to, iż oddałam jej swój pokój na trzy lata, bo ona „musiała mieć warunki do nauki”. Za to, iż zrezygnowałam ze studiów w Krakowie, bo mama powiedziała, iż siostrę trzeba wspierać. Za jej słowa na każdych świętach: „Martyna jest taka odpowiedzialna, ona sobie poradzi”. Za to, iż mam trzydzieści jeden lat, siedem tysięcy na koncie i kartę w punkcie lojalnościowym w piekarni na rogu.
Wzięłam telefon i wyjęłam kartkę z szuflady, tę, na której mama zapisała mi kiedyś adres babci. Babcia mieszkała w domu opieki w Tarnowie, dwa autobusy z przesiadką w Bochni. Nie odwiedzałam jej od dawna. Nikt z nas nie odwiedzał.
Pojechałam w sobotę rano. Padał deszcz ze śniegiem, ten, co w Małopolsce potrafi padać cały dzień. Zabrałam ze sobą cytryny, bo pamiętałam, iż babcia zawsze piła herbatę z cytryną, i pudełko ciastek z makiem, chociaż nie wiedziałam, czy może jeść.
Dom opieki pachniał kapustą i perliną. Babcia siedziała na wózku, ale mnie poznała. Złapała za rękaw i powiedziała:
— Chodź, pokażę ci coś.
W jej pokoju, pod materacem, trzymała kopertę. Brązową, z zeszytu, przewiązaną gumką recepturką.
— Jak umrę, to się wam należy. Ale ty pierwsza przyjechałaś, to ty decyduj.
W środku był akt notarialny. Okazało się, iż babcia przez całe życie miała mieszkanie w Krakowie, na Kazimierzu. Nie wiedziałam. Nikt nie wiedział. Wynajmowała je jakiejś kobiecie, która prowadziła tam pralnię, i dzięki temu miała na ten dom opieki.
— Babciu, dlaczego nikt o tym nie wiedział?
— Bo by się pozabijali. A tak, to myślałam, iż może kiedyś ktoś po mnie przyjedzie nie po pieniądze.
Siedziałam do wieczora. Piłam z nią herbatę z cytryną, słuchałam, jak opowiada o przedwojennym Krakowie, o swoim mężu, który handlował skórami, o tramwajach, które inaczej dzwoniły.
W niedzielę zadzwoniła Krystyna. Krzyczała do słuchawki, iż podobno zrobiłam coś, co ją szokuje. Że jestem bez serca. Że to nie są moje pieniądze, tylko nasze wspólne, i iż ona też ma prawa.
— Krystyna, ja nic nie zrobiłam — powiedziałam.
— Właśnie miotałaś się po Tarnowie! Wiem wszystko! Babcia zadzwoniła do mamy!
Rozłączyła się.
W poniedziałek wzięłam dzień wolnego. Pojechałam do notariusza. Napisałam babci oświadczenie, iż zrzeka się praw do tej nieruchomości na rzecz mnie, w zamian za dożywotnią opiekę.
Nie wzięłam jej podstępem. Powiedziałam wprost:
— Babciu, jeżeli mi to podpiszesz, zrobię remont. Znajdę ci opiekunkę do domu. Będę cię odwiedzać co tydzień. A jeżeli nie podpiszesz, niech to weźmie ktoś, komu ufasz.
Babcia popatrzyła na mnie długo. Potem wzięła długopis i podpisała. Bez czytania. Tak jakbym zdała egzamin, o którym nie wiedziałam, iż go zdaję.
Krystyna przyjechała do mnie we wtorek. Stanęła w progu, w płaszczu z białym kołnierzem, z torebką, która kosztowała więcej niż moje czynszowe zadatki. Bez pukania, bo przecież znała zamek u drzwi.
— Martyna, coś ty narobiła?! Babcia tak po prostu przepisała na ciebie mieszkanie?! To jest chore!
— Pożyczyłaś ode mnie osiemdziesiąt tysięcy, Krystyna — powiedziałam. — Na wesele. Zapłaciłaś iluzjonistę.
— No i co z tego?!
— Nic. Nie musisz oddawać.
Widziałam, jak jej twarz zmienia się, jak powoli dociera do niej, co powiedziałam.
— Naprawdę? — zapytała.
— Naprawdę. Właśnie spłaciłaś.
Trwała chwilę w ciszy, a potem powiedziała coś, czego nigdy nie zapomnę:
— I tak bym oddała.
— Wierzę ci — powiedziałam.
I to była najgorsza rzecz, jaką mogłam powiedzieć, bo obie wiedziałyśmy, iż to nieprawda.
Po tygodniu zadzwoniła mama. Przez telefon słychać było, iż płacze. Mówiła, iż Krystyna zagroziła, iż zabierze babcię do siebie, iż odda sprawę do sądu, iż znajdzie adwokata.
— A ty nie odezwiesz się do siostry? — zapytała mama.
— Nie.
— Ale przecież rodzina.
— Mamo, ona mi nie oddała.
— A ty jej zabierasz mieszkanie!
— Nie zabieram. Dostałam. Od babci. Swojej matki.
Mama długo milczała. Potem powiedziała, iż chyba mnie jednak nie zna.
— To dobrze — powiedziałam.
W sobotę pojechałam do babci. Siedziała na parapecie w świetlicy, patrzyła przez szybę na parking. Na stoliku stał zimny rosół.
— Krystyna dzwoniła — powiedziała babcia.
— Wiem.
— Mówiła, iż jestem stara i nie wiem, co podpisuję.
— Podpisałaś.
— Martyna — babcia wzięła mnie za łokieć. — A ty jej odpuściłaś? Te pieniądze?
— Odpuściłam.
— To dobrze. Bo to twoja siostra.
— Nie, babciu. To nie tak.
Spojrzała na mnie, zaskoczona.
— Odpuściłam dług. Nie siostrę.
Siedziałyśmy w milczeniu, aż weszła pielęgniarka z herbatą. Tylko po jednej torebce na dwie filiżanki, bo tak oszczędzali. Babcia wrzuciła swoją do mojej.
— Jak mi zrobisz ten remont, to musisz wymienić kaloryfer — powiedziała nagle. — Ten to grzeje tylko od święta.
Roześmiałam się. Wiadomo było, iż w tej rodzinie święta nie znaczą nic.
W poniedziałek w pracy weszłam na stronę banku i zleciłam przelew ostatnich trzech tysięcy na konto domu opieki. Dopisałam w tytule: „Zaliczka za luty, pokój numer czternaście, Rubaszna Helena”.
A potem znalazłam ofertę w serwisie z ogłoszeniami. Czteropokojowe mieszkanie w Krakowie, od frontu, z widokiem na synagogę. Kosztowało prawie cztery razy tyle, co babcine. Ale to nie miało znaczenia.
Wziełam urlop. W piątek rano poszłam do banku i poprosiłam o spotkanie z doradcą kredytowym. Położyłam na biurku ten sam akt notarialny, który babcia trzymała pod materacem.
— Chcę wziąć kredyt hipoteczny — powiedziałam. — Kupuję mieszkanie.







