Słuchaj, wiesz tą moją starszą siostrę, której zawsze się czepiałam? Pamiętam jak raz: „Nie waż się dotykać mojej lalki!” — zapiszczała Zuzia, wyrywając z rąk siostry porcelanową piękność ze złocistymi loczkami. — Mamo! Weronika znowu bierze moje zabawki!
— Daj spokój sknero! — warknęła ośmioletnia Weronika, ale lalkę i tak puściła. — Wielka mi księżniczka!
— Dziewczynki, co to za krzyki od samego rana! — Halina Stanisławska wyszła z kuchni, wycierając ręce w ścierkę. — Weronika, daj siostrze spokój. Masz pełno własnych rzeczy.
— U mnie same stare, a u niej nowe! — oburzyła się Weronika. — To niesprawiedliwe!
— Bo ja jestem młodsza — z zadowoleniem oznajmiła Zuzia, przytulając lalkę. — Mama sama tak mówiła.
Weronika zacisnęła zęby i milczała. Tak, mama rzeczywiście tak mówiła. I babcia też. I ciocia Jola. Wszyscy dookoła tylko powtarzali: „Zuzienka mała, trzeba jej ustąpić”, „Zuzienka chorowita, trzeba o nią dbać”, „Zuzienka taka grzeczna dziewczynka”.
A co z Weroniką? Weronika duża, Weronika silna, Weronika powinna rozumieć. Zawsze musi rozumieć i ustępować.
— Chodźcie na śniadanie — powiedziała zmęczonym głosem ich matka. — I zawołajcie siostrę.
W szkole Weronika starała się zapomnieć o domowych kłopotach, ale choćby tam gonił ją cień młodszej siostry. Pani Nowak z polskiego często pytała, co u Zuzienki, czy nie choruje, czy już niedługo idzie do pierwszej klasy.
— A ty, Weroniko, pomagasz siostrzyczce przygotować się do szkoły? — zapytała kiedyś po lekcji.
— Pomagam — skłamała Weronika.
W rzeczywistości nie znosiła tych lekcji. Zuzia marudziła, nie chciała uczyć się liter, narzekała, iż jest zmęczona. A mama za każdym razem mówiła: „To czego się do niej czepiasz? Widzisz, iż dziecko padnięte”.
— Zuziu, litera „A” nie pisze się tak! — wściekała się Weronika, ścierając krzywo narysowaną szlaczkę. — Patrz, jak trzeba!
— Nie chcę! — marudziła siostra. — Ręka mnie boli!
— Nic cię nie boli! Po prostu obibok z ciebie!
— Mamo! Weronika mnie wyzywa! — natychmiast wrzeszczała Zuzia.
I mama, rzecz jasna, beształa Weronikę. Zawsze beształa Weronikę.
Kiedy Zuzia poszła do szkoły, Weronika miała nadzieję, iż teraz siostra zrozumie, jak to jest — uczyć się, starać, dostawać dwóje i tróje. Ale nic z tego. Zuzia uczyła się lekko, same piątki, a nauczyciele byli nią zachwyceni.
— Jaka zdolna jest twoja siostra! — zachwycała się wychowawczyni Weroniki. — Prawdziwa prymuska. A ty powinnaś się od niej uczyć, jak się przykładać.
Weronika milczała, zaciskając pięści. Co tu powiedzieć? Że Zuzia nie jest zdolna, tylko ma farta? Że wszystko jej przychodzi lekko, bez wysiłku? A Weronika musi kuć do nocy, żeby dostać choć czwórkę.
W domu też nie było spokoju. Zuzia rosła na prawdziwą piękność — jasnowłosa, niebieskooka, o delikatnej cerze. Sąsiadki padały na kolana: „Oj jaka lalunia! Jak aniołek!”.
A Weronika? Weronika była przeciętna. Nie piękność, nie brzydula — zwyczajna dziewczyna z kasztanowymi włosami i szarymi oczami. Jak tysiące innych.
— Nasza Zuzienka będzie aktorką — marzyła mama, czesząc córce włosy. — Albo modelką. Z taką urodą grzech nie skorzystać.
Weronika udawała, iż nie słyszy, ale każde słowo boleśnie raniło. Wynikało więc, iż z jej wyglądem nie ma problemu? Że z niej nic sensownego nie wyrośnie?
— A ja będę lekarzem — powiedziała cicho pewnego dnia.
— Lekarzem? — zdziwiła się mama. — No, jeżeli ci się uda. Trzeba się jednak przyłożyć.
„Jeśli się uda”. Nie „na pewno zostaniesz” czy „dasz radę”, ale „jeśli się uda”. Jakby mama choćby w nią nie wierzyła.
Zuzia tymczasem rosła i piękniała. W liceum już roiło się od adoratorów. Kokietowała, robiła słodkie oczy, dostawała prezenty i kwiaty. Weronika patrzyła na to z goryczą i zazdrością.
— Patrz, jakie kolczyki dostałam od Marcina! — szczebiotała Zuzia, wirując przed lustrem. — Mówi, iż pasują do oczu!
— Ładne — przecisnęła przez zęby Weronika.
A przecież i ona marzyła, żeby ktoś robił jej prezenty, mówił komplementy. Ale któż by zwrócił uwagę na szarą myszkę, gdy obok błyszczy taka piękność?
— Werka, ty czego taka kwaśna? — zapytała Zuzia, zauważywszy minę siostry. — Tobie też kupić kolczyki?
— Nie trzeba — odcięła Weronika.
Nie chciała jałmużny. Nie chciała litości. Chciała, żeby ktoś ją samą zauważy
I ta myśl, iż od tej pory będzie inaczej, napełniła obie kobiety dziwnym, nowym spokojem, a mała Kinga, nieświadoma wagi tej chwili, włożyła małą rączkę w dłoń cioci Weroniki, ciągnąc ją do stołu z tortem.