Siostra Karoliny przyszła po mnie w połowie zmiany, co samo w sobie było dziwne, bo nie pamiętam, żeby kiedykolwiek odwiedzała mnie w aptece. Stała w drzwiach zaplecza, nerwowo skubała rękaw kurtki i powiedziała tylko, iż Karolina potrzebuje pomocy przy czynnościach, których po operacji nie zrobi sobie sama.

polregion.pl 1 godzina temu

Odłożyłam tubkę z maścią i zdjęłam biały kitek. W aptece była kolejka, ale znałam Karolinę dwadzieścia trzy lata i wiedziałam, iż ona nigdy nikogo nie prosi. jeżeli prosi, to znaczy, iż sprawa jest poważna.

Mieszkam w tym samym bloku, co ona, na parterze, pod jej mieszkaniem. Kiedy weszłam po schodach, od razu zobaczyłam, iż drzwi do jej mieszkania są uchylone.

— Karolina? — zawołałam, pchając je ostrożnie.

Z wnętrza dobiegł słaby głos:

— Tu jestem. Uważaj, tam stoi karton.

Weszłam i przez chwilę nie mogłam połączyć tego, co widzę, z tym, co znałam przez dwie dekady. Mieszkanie, które zawsze pachniało świeżo zaparzoną miętą i cementem po kolejnych drobnych remontach, teraz wyglądało jak składzik rzeczy po osobie, która wyprowadziła się w popłochu. Na środku przedpokoju stał karton z zepsutym czajnikiem, dwie plastikowe torby z ubraniami i pusta ramka po zdjęciach. Pod ścianą leżał złożony stelaż od suszarki do ubrań.

Karolinę zastałam w kuchni. Siedziała na taborecie, w rozpiętym szlafroku, z lewą ręką unieruchomioną poduszką ortopedyczną. Prawą ręką próbowała zdjąć z górnej półki słoik z kompotem, robiąc przy tym taki ruch, jakby zaraz miała zsunąć się z taboretu razem z całą zawartością szafki.

— Mówiłam, żebyś dzwoniła po sąsiada — rzuciłam, zabierając jej słoik z dłoni.

— Dzwoniłam. Do ciebie — odparła.

Postawiłam słoik na blacie i usiadłam naprzeciwko niej, na krześle, które kiedyś stało u mnie w pokoju i które oddałam jej, kiedy jej synowi zepsuło się kółko w starym fotelu. To było jeszcze w czasach, kiedy Wojtek mieszkał z matką i codziennie rano zbiegał po schodach, trzymając w zębach kurtkę, bo nigdy nie zdążał jej włożyć.

— Porozmawiamy, czy dalej będziesz udawać, iż to zwykłe sprzątanie? — zapytałam, wskazując brodą na kartony.

Karolina długo milczała. Potem powiedziała coś, czego nie zapomniałam do dziś:

— Wiedziałam, iż przyjdziesz. Bo ty zawsze przychodziłaś, kiedy inni mówili, iż nie mają czasu. A ja ci teraz powiem coś, czego nikomu nie powiedziałam. Wtedy, w dzień ślubu, to nie było serce.

Zamarłam. O historii z jej ślubem wiedziałam tylko tyle, co wszyscy w bloku: iż Karolina została sama z bukietem i welonem, iż narzeczony powiedział jej w urzędzie, iż nie może brać odpowiedzialności za kobietę, która nigdy nie odetnie się od matki. Siedzieliśmy wtedy z mężem na sali, w trzecim rzędzie, obok jego rodziców. Pamiętam zapach goździków, które jej matka przyniosła w folii, i dźwięk, jaki wydaje podłoga w urzędzie, kiedy ktoś wychodzi w pośpiechu.

Ale to, co opowiedziała mi Karolina tamtego popołudnia, w mieszkaniu pełnym kartonów, różniło się od wszystkiego, co przez te lata słyszałam.

— Matka zadzwoniła do mnie, kiedy świadkowa przypinała mi welon — mówiła. — Mówiła, iż umiera, iż dusi się, iż nie oddycha. Wiedziałam, iż to nieprawda. Zawsze tak robiła, kiedy w moim życiu działo się coś, co odciągało moją uwagę od niej. Ale tego dnia nie mogłam po prostu wyjść. Stałam w białej sukience, a ona płakała do słuchawki, iż umiera. Wiedziałam, iż jeżeli nie pojadę, będę córką, która zostawiła matkę na łożu śmierci. A jeżeli pojadę, będę tą, która zostawiła narzeczonego przy ołtarzu. I tak to działało.

Słuchałam, nie przerywając. Ona mówiła dalej.

— Pojechałam. Pożyczyłam samochód od świadkowej, bo mój byl udekorowany. Dojechałam do matki w czterdzieści minut, a ona otworzyła mi drzwi w szlafroku, z plastrem na palcu i powiedziała: „A jednak przyjechałaś. Zobacz, jaki okład zrobiłam na sąsiada z góry, który zalał mi podłogę”. Konkretnie. Ani jednej łzy. Ani śladu po zawałach. A kiedy powiedziałam, iż muszę wracać, bo w urzędzie czeka Michał, dodała coś, czego nie zapomnę do końca życia: „No jedź. Tylko potem nie mów, iż matka ci nie mówiła. On i tak cię zostawi. Widziałam, jak patrzył na tamtą blondynkę z twojej pracy”.

— I zostawił — szepnęłam, choć wcale nie chciałam tego mówić.

— Zostawił — powtórzyła Karolina. — I wiesz, co jest najgorsze? Do dziś nie wiem, czy matka to wymyśliła, czy naprawdę coś widziała. Ale to zdanie weszło we mnie jak drzazga. W urzędzie byłam tak roztrzęsiona, iż nie umiałam choćby spojrzeć na Michała. A kiedy on mnie zobaczył — w sukni, z rozmytym makijażem, spóźnioną o ponad godzinę — powiedział, iż nie chce takiej żony. Że żona powinna wiedzieć, po co wstaje rano. I iż on nie zamierza walczyć z moją matką o mnie. Bo to przegrana walka.

W kuchni zapadła taka cisza, iż słychać było, jak w rurach schodzi woda po moim porannym praniu. Wyjrzałam przez okno. Za nim, po drugiej stronie podwórka, dzieci lepiły bałwana, a jeden malec w czapce z pomponem próbował wcisnąć w głowę bałwana marchewkę. Matka krzyczała na niego, iż ma nie brać śniegu do buzi.

— Co było dalej? — zapytałam, choć wcale nie chciałam już słuchać. Ale wiedziałam, iż jeżeli ją teraz zostawię, to zamknie się na zawsze.

— Dalej było tak, jak zawsze. Matka wprowadziła się do mnie po ślubie, który się nie odbył, bo stwierdziła, iż teraz muszę się nią opiekować. Całe życie mówiła, iż jest chora, iż potrzebuje, iż nikt jej nie rozumie. A ja płaciłam za jej leki, za wizyty, za telewizję, za wszystko. W końcu straciłam pracę w przychodni, bo dwa razy nie przyszłam, kiedy ona akurat miała „atak”. Potem wzięłam kredyt na remont, bo stwierdziła, iż mieszkanie trzeba przygotować pod jej rehabilitację. A teraz… — tu Karolina podniosła prawą rękę, jakby chciała objąć całą kuchnię, ale nie byłam pewna, czy jej nie zabolało, bo przez twarz przebiegł jej skurcz. — Teraz dowiedziałam się, iż jestem chora. Naprawdę. Nie wymyślnie. Rak piersi. Zoperowana tydzień temu. A matka, kiedy się o tym dowiedziała, powiedziała, iż nie ma czasu w cudze choroby, bo właśnie odziedziczyła po swoim zmarłym bracie mieszkanie w Otwocku i musi je sprzedać, bo tam jest meldunek do wyczyszczenia. I wyjechała.

Znowu zapadła cisza. Tym razem słychać było tylko, jak z kartonu w przedpokoju zsuwa się pusta butelka po płynie do płukania tkanin.

— Ona wróci — powiedziałam. — Zawsze wraca. Ile razy już tak było? Wyjeżdżała, obrażona, a po miesiącu pukała do drzwi, bo miała zawał, zawroty głowy, bo sąsiad zatrzasnął jej drzwi i została na klatce.

Karolina potrząsnęła głową i położyła dłoń na opatrunku, tam gdzie pod szlafrokiem widać było wypukłość.

— Wróci. Ale ja już nie otworzę. Bo ja się dzisiaj dowiedziałam, iż matka w tym samym czasie, kiedy ja szłam do operacji, przepisała na siebie mieszkanie po moim ojcu. To było jedyne, co po nim zostało. Ja nie wiedziałam, iż tak się da, ale ona znalazła sposób. Akt notarialny. W dniu mojej operacji. Notariusz miał przyjechać do szpitala, bo podobno kogoś tam miał na sąsiednim oddziale. Matka to załatwiła. Zawsze wszystko załatwiała.

Poczułam, jak robi mi się zimno, chociaż kaloryfery tego dnia grzały tak, iż można było suszyć na nich skarpety. Wyobraziłam sobie, jak Karolina leży pod respiratorem, a jej matka w tym samym czasie składa podpis pod dokumentem, który odbiera córce to, co po jej ojcu zostało.

— Co ty teraz zrobisz? — zapytałam, bo nic innego nie przyszło mi do głowy.

Karolina spojrzała na mnie pierwszy raz od początku rozmowy, i w jej oczach nie było rozpaczy, tylko coś w rodzaju chłodnego spokoju.

— Podasz mi komórkę? Jest pod ładowarką na parapecie.

Podałam jej. Odblokowała, stuknęła kilka razy w ekran.

— Co robisz? — zapytałam znowu.

— Zamykam sprawę — powiedziała, nie odrywając wzroku od ekranu.

Zeszłam do siebie dopiero po siódmej, kiedy z apteki zadzwoniła kierowniczka z pytaniem, czy mam zamiar wrócić po fartuch, bo jednak zmieniła grafik i roczna inwentura jest jutro o szóstej rano. Wyszłam z mieszkania Karoliny bez słowa, bo nie wiedziałam, co mogłabym powiedzieć.

A następnego dnia po południu na klatce schodowej spotkałam listonosza. Dał mi list do Karoliny, bo akurat byłam przy skrzynce. Koperta była granatowa, z pieczęcią kancelarii notarialnej, a pod spodem dopisek: „Dot.: zrzeczenie się praw do nieruchomości, Otwock, ul. Andriollego 12”. Wzięłam list i poszłam z nim na górę.

Karolina otworzyła po czwartym dzwonku. Nie zapytała, co to za pismo. Wzięła je, obróciła w palcach i wsunęła do kieszeni szlafroka, jakby czekała na nie od dawna. W przedpokoju nie było już kartonów. Na wieszaku wisiała jedna, ciemnogranatowa kurtka.

— Wejdziesz? — zapytała.

— Nie. Ale zjedz coś, bo w aptece przez cały dzień brałaś tylko kawę i dwie pastylki na gardło.

Uśmiechnęła się. To był pierwszy uśmiech, jaki widziałam u niej od tygodnia.

Wieczorem zeszłam po coś do piwnicy. Drzwi od mieszkania Karoliny były zamknięte, a pod wycieraczką leżał pęk kluczy. Wiedziałam, iż to klucze jej matki, bo stara pani miała przy pęku zawieszony breloczek w kształcie wyścigówki, który kiedyś zabrała z mojego dywanowego wieszaka, twierdząc, iż to jej. Wzięłam je i schowałam do kieszeni fartucha, chociaż nikt mnie o to nie prosił.

A trzy dni później, wracając z apteki, usłyszałam na klatce głos matki Karoliny. Stała przed drzwiami córki i dzwoniła. Dzwoniła długo, potem zaczęła pukać. W końcu kucnęła przy wycieraczce i zaczęła jej szukać palcami, przeklinając pod nosem. Nie znalazła. Wtedy odwróciła się i zobaczyła mnie na schodach.

— Ty jej powiedziałaś, żeby nie otwierała — warknęła.

— Nie, to pani doktor powiedział. Onkolog. Że po operacji potrzebuje spokoju — odparłam, choć nic takiego nie miało miejsca.

— Ty… — zaczęła, ale nie dokończyła. Otworzyła torebkę, wyjęła z niej pogniecione papierosy i zapaliła, chociaż w całym bloku od lat obowiązuje zakaz palenia na klatce.

Zeszłam na dół, nie oglądając się. W kieszeni miałam pęk jej kluczy. Ale zamiast jej je oddać, podeszłam do kosza na śmieci przy wejściu do klatki i z całej siły wrzuciłam je do środka. Breloczek z wyścigówką uderzył o metalowy brzeg kosza, wydając dźwięk, który jeszcze długo mi się śnił.

Idź do oryginalnego materiału