Siedzisz w domu, a czas płynie bezczynnie

newsempire24.com 21 godzin temu

„Tylko siedzisz w domu i nic nie robisz…”

— Mamo, pójdziemy pobawić się samochodzikami? Obiecałaś… — pięcioletni Kacperek znów zajrzał do kuchni, patrząc na matkę wyczekująco.

Karolina spojrzała najpierw na synka, potem na stertę brudnych naczyń i kurczaka, który cierpliwie czekał na swojej desce do krojenia. Znowu spojrzała na chłopca. On też wpatrywał się w nią uparcie, czekając na odpowiedź, która była raczej prośbą niż pytaniem.

— Kacperku, jeszcze troszkę poczekaj, dobrze? Za chwilę przyjdę… — wyszeptała, jakby sama nie wierzyła, iż to „za chwilę” nadejdzie.

— Znowu tak mówisz! — krzyknął chłopiec. — Zawsze obiecujesz i nie przychodzisz! Nie chcę się bawić sam!

Rzucił się w stronę pokoju, a jego krzyk obudził roczną Zosię, która natychmiast oznajmiła swoje przebudzenie płaczem. Karolina opadła na krzesło, chwytając się za głowę, jakby próbowała zatkać uszy. Zamknęła oczy.

…Kiedyś marzyła o dzieciach i kochała je nad życie. Ale teraz chciałaby znaleźć się gdzieś daleko, gdzie nie ma wiecznego sprzątania, gotowania, pieluch, logopedy, spacerów, kąpieli, kolacji, bajek na dobranoc…

Inne kobiety też tak żyją, ale większość ma pomoc — babcie, dziadków, mężów, którzy wracają wcześniej. Karolina nie miała nikogo. Rodzice mieszkali tysiąc kilometrów stąd, teściowa pracowała i zajmowała się sobą, a mąż, Marek, przychodził z pracy, gdy dzieci już zasypiały. Jadł kolację, siadał przed komputerem lub telewizorem. Nie pomagał. Ostatnio ich relacje stały się napięte, niemal bolesne…

— Maaaaamo… — rozległ się przeciągły głosik Zosi.

— Idę, kochanie! — Karolina poderwała się i pospieszyła do pokoju dziecięcego.

Poświęciła czas dzieciom, zrobiła trochę sprzątania. Po południu Kacper miał zajęcia z logopedą. Gdy się uczył, Karolina z Zosią poszły na plac zabaw.

Wróciły pod wieczór. Kąpiel, kolacja dla dzieci, dla siebie tylko kubek gorącej herbaty. Spojrzała na kurczaka i wydała wyrok: „dziś nie zdążę”. Dla Marka ugotowała pierogi.

Marek wrócił około dziewiątej. Od dawna przychodził w złym humorze.

— Jestem! Nikt mnie nie wita? — warknął z przedpokoju.

— Marku, proszę, nie krzycz, Zosia już śpi… — Karolina starała się mówić łagodnie, by nie pogarszać sytuacji.

— No tak, witaj w domu! Cisza, jakby mnie nie było! — mruknął i poszedł do łazienki.

Karolina nakryła do stołu — pierogi, śmietana, zielona pietruszka. Zagotowała wodę na herbatę, pokroiła chleb.

— Karol, znowu te pierogi na promocji? Mam jeść śmieci, bo oszczędzasz? — spytał ironicznie Marek.

— Dziś jeszcze pierogi, jutro, jak obiecałam, usmażę kurczaka… — odpowiedziała przepraszająco.

— To ostatni raz! W poniedziałek były, dziś znowu! — Marek wbił widelec w pierogi, choćby nie pytając, czy żona w ogóle coś dziś jadła.

— Marku, oderwij się od telefonu na chwilę. Jak tam w pracy?

— A co tam? Tak samo. Jestem zmęczony, a ty chcesz, żebym jeszcze w domu o tym gadał! — odciął się i znowu wpatrzył w ekran.

— To smacznego. Idę do dzieci.

— Idź.

Karolina położyła dzieci, zgasiła światło i wróciła do kuchni.

— Idę spać. — Marek wstał, nie odrywając wzroku od telefonu.

— Dobranoc… — szepnęła w pustkę.

Kiedyś całował ją na dobranoc, życzył słodkich snów. Po położeniu Kacpra do łóżka godzinami rozmawiali, pili herbatę, oglądali filmy…

Te czułe, bliskie chwile Karolina zaczynała już zapominać. Ostatnio Marek żył własnym światem — pracą, sprawami, do których nie miała wstępu.

Po urodzeniu Zosi Karolina była wykończona. Miała nadzieję, iż Kacper pójdzie do przedszkola, ale w grupie logopedycznej zabrakło miejsc. Został w domu, chodził na prywatne terapie.

Westchnęła. Pół do dwunastej! Musi posprzątać ze stołu, umyć się i iść spać.

Gdy weszła do sypialni, Marek już spał. Jego telefon zadzwonił cicho — SMS.

„Kto pisze o tej porze?” — pomyślała, ale uznała, iż to pewnie reklama.

Ledwo zamknęła oczy, gdy obudził ją budzik.

„Szósta rano? Jakbym wcale nie spała…” — Wstała, narzuciła szlafrok, umyła się, zaparzyła kawę i zabrała się za śniadanie.

— Znowu owsianka i kanapki?! — Marek choćby nie powiedział „dzień dobry”.

— Dobrze, iż mama smażyła mi racuchy… A od ciebie nic się nie doczekam! — Wepchnął łyżkę w owsiankę ze złością.

— Marku, w weekend smażę, ale w tygodniu… To niezdrowo, jeść smażone codziennie.

— No tak, teraz mam się tym paskudztwem zadławiać! Choćby jajecznicę…

— Po pierwsze, nie krzycz, obudzisz dzieci. Po drugie, zapomniałam kupić jajek!

— Jaka z ciebie żona? Zapominalska, nieudacznica! Siedzisz w domu, nie pracujesz, a choćby tego nie potrafisz! Moja mama ma rację…

Nie dokończył, bo Zosia zaczęła płakać.

— Od dawna podejrzewam, iż twoja mama cię przeciwko mnie nastawia! — Karolina nie wytrzymała.

— Nie mieszaj mojej matki! Idź lepiej do dzieci! — Marek rzucił sztućce i wyszedł.

Zanim Karolina wróciła z pokoju dzieci, Marek się zebrał i wyszedł bez pożegnania. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem.

Żałowała tej kłótni. Relacje i tak były napięte, a teraz jeszcze te drobne sprzeczki… Dzień potoczył się jak zwykle — mycie, śniadanie, sprzątanie, gotowanie obiadu i kolacji jednocześnie, ciągłe prośby dzieci…

Po obiedzie wyszli na spacer.

— Mamo, chodźmy na tamten plac zabaw! — Kacper wskazał huśtawki w sąsiednim podwórku.

— Dobrze, chodźmy.

— Karol! Hej, dawno was nie widziałam! — ktoś zawołał z tyłu.

— O, Anka! Witaj! — Karolina pogładziła syna przyjaciółki.

— Aleś zmizernZ czasem Karolina odnalazła spokój — sama, z dziećmi, w mieście, które znów stało się jej domem.

Idź do oryginalnego materiału