Buraki na talerzu Zosi
Zaczęło się od tego, iż moja synowa nie odezwała się do mnie przez telefon, tylko wysłała wiadomość na grupę rodzinną z życzeniami z okazji imienin teściowej – ale nie moich. Adresatką była jej własna matka. Ja się dowiedziałam po fakcie, iż w niedzielę u nich w domu było przyjęcie z okazji awansu Moniki, i iż siedziało tam dwanaście osób, a mnie zabrakło.
Mam siedemdziesiąt jeden lat, mieszkam w Rzeszowie od czterdziestu trzech lat, od kiedy wyszłam za mąż. Mój syn Tomasz ożenił się z Moniką osiem lat temu, mają córkę Zosię, teraz ma siedem lat. Od początku pilnowałam się, żeby nie być teściową z anegdot – tych, co to wchodzą bez pukania, mówią jak wychowywać wnuki, komentują, co ktoś ugotował na obiad. Nigdy nie zjawiłam się u nich bez zapowiedzi. Nigdy nie skomentowałam, iż Zosia je za dużo słodyczy albo iż telewizor za długo włączony. Myślałam, iż to się liczy.
O tym przyjęciu dowiedziałam się od Zosi. Przyszła do mnie w środę po szkole, bo w te dni zawsze ją odbieram i mamy dwie godziny, zanim Tomasz wraca z pracy w hurtowni części samochodowych na Załężu. Pokazała mi zdjęcie na tablecie – ciasto z napisem „Gratulacje, Kierowniczko", rodzice Moniki, jej brat z żoną, sąsiadka z klatki, jakaś koleżanka z pracy. Zapytałam Zosię, czy babcia Halina, czyli moja rówieśniczka, matka Moniki, tam była. Powiedziała, iż tak, siedziała obok taty.
Nie zadzwoniłam do Moniki. Zadzwoniłam do syna. Tomasz zaczął tłumaczyć coś o tym, iż to był spontaniczny pomysł, iż nie planowali dużego przyjęcia, aż w końcu przyznał – Monika nie chciała mnie zapraszać. Zapytałam dlaczego. Powiedział, iż chodzi o tamtą rozmowę przy Wielkanocy, kiedy powiedziałam, iż Zosia ma taki sam grymas jak Tomasz, gdy był mały, kiedy nie chciał jeść buraczków. Ponoć Monika uznała to za kolejny dowód, iż próbuję „zawłaszczyć" wnuczkę, zaznaczyć, iż jest bardziej z naszej strony rodziny niż z ich.
Stałam z telefonem przy uchu, a czajnik akurat zaczynał gwizdać. Pomyślałam, iż to zdanie o burakach powiedziała chyba każda babcia w tym kraju. Tomasz powiedział: „Mamo, daj spokój, wiesz jaka ona jest, jak się nakręci". Zdjęłam czajnik z gazu i postawiłam go z powrotem, bez wody w szklance. To zdanie syna zabolało bardziej niż samo niezaproszenie. Bo on nie bronił mnie – on prosił, żebym udawała, iż nic nie zauważyłam, żeby jemu było wygodniej.
Udawałam. Przez cztery tygodnie nie poruszałam tego tematu, kiedy odbierałam Zosię, kiedy Tomasz wpadał po nią wieczorem, kiedy Monika pisała mi „dziękuję" pod zdjęciem wnuczki w konkursie recytatorskim. Odpisywałam krótko. Nie było między nami żadnej rozmowy, tylko grzeczność jak między sąsiadkami, które kiedyś się kłóciły o miejsce parkingowe.
W piątek pod koniec czerwca ktoś zapukał do drzwi mojego mieszkania przy ulicy Hetmańskiej, koło godziny siedemnastej. Za drzwiami stała Monika, sama, bez Zosi, w tej samej kurtce co zawsze, ale z twarzą, jakby nie spała trzy noce. Powiedziała, iż jej matka ma za tydzień operację – guz w piersi, nie złośliwy, ale trzeba go usunąć – i iż ojciec chce być z nią cały czas w Klinicznym Szpitalu Wojewódzkim numer 2. Tomasz akurat dostał delegację do Krakowa na cztery dni, nie może odwołać. Monika nie miała komu zostawić Zosi po szkole.
Zapytała, czy mogłabym wziąć wnuczkę na cztery popołudnia i dwie noce. Mogłam powiedzieć nie. Przez chwilę, stojąc w progu z ręcznikiem kuchennym, którym właśnie wycierałam dłonie po zmywaniu, rozważałam to poważnie. Ale choroba jej matki nie była wymysłem, a Zosia nie miała nic wspólnego z tym, co jej rodzice postanowili o mnie milczeć. Powiedziałam, iż wezmę dziewczynkę.
Monice ulżyło tak bardzo, iż aż usiadła na progu, nie czekając na zaproszenie do środka. Powiedziała: „Wiedziałam, iż mogę na ciebie liczyć". Wtedy ją zatrzymałam. Powiedziałam, iż Zosią się zajmę, ale iż musimy porozmawiać, kiedy to wszystko minie. Że nie chcę być osobą wystarczająco bliską, żeby rozwiązywać kłopoty rodzinne, i wystarczająco daleką, żeby nie siadać przy stole, kiedy wszystko idzie dobrze.
Matka Moniki przeszła operację bez powikłań. Zosia spędziła u mnie te dni zachwycona – zrobiłyśmy razem placki ziemniaczane, poszłyśmy do parku Sybiraków karmić kaczki, a jednej nocy spałyśmy obie w salonie, bo uparła się obejrzeć do końca jakąś bajkę o smokach. W sobotę rano, kiedy jadłyśmy śniadanie, zapytała mnie, dlaczego nie było mnie na przyjęciu u mamy. Powiedziałam jej, iż dorośli czasem się kłócą o głupstwa, i iż to nie jej sprawa się tym martwić. Zjadła jeszcze jedną kanapkę i zapytała, czy może wziąć dokładkę dżemu.
Tydzień później, kiedy matka Moniki wróciła już do domu i wszystko się uspokoiło, Monika przyszła do mnie znowu, tym razem umówiona, w sobotnie popołudnie. Usiadłyśmy przy stole w kuchni. Postawiłam przed nią filiżankę, ale sama swojej nie tknęłam. Najpierw się broniła – iż nie planowała tego jako afrontu, iż po prostu nie chciała napięcia przy stole.
Wtedy powiedziałam jej o burakach. Że tamtego dnia przy Wielkanocy nie myślałam o niczym poza tym, iż Zosia zmarszczyła nos dokładnie tak samo jak Tomasz w jej wieku, i iż to mnie ucieszyło, bo tak wygląda rodzina – w drobiazgach, nie w dokumentach. Że przez osiem lat starałam się nie zajmować za dużo miejsca, żeby nikt nigdy nie musiał mnie stamtąd wypraszać, a i tak mnie wyproszono, na milczący apel jednego zdania o warzywach.
Monika odstawiła filiżankę tak gwałtownie, iż trochę kawy wylało się na spodek. Powiedziała, iż przesadziła, iż od miesięcy nosiła w sobie coś, co nie miało z burakami nic wspólnego – iż boi się, iż Zosia bardziej lgnie do mnie niż do niej, iż kiedy córka mówi „u babci było lepiej", to boli bardziej, niż Monika chciała kiedykolwiek przyznać. Głos jej się załamał w połowie zdania i musiała wstać, podejść do okna, stać tam plecami do mnie przez dłuższą chwilę, zanim dokończyła.
Wstałam, wzięłam ściereczkę i wytarłam kawę ze spodka, zamiast czekać, aż ona to zrobi. Powiedziałam, iż wykluczenie mnie bez rozmowy było okrutne, nie „spontaniczne", i iż to zdanie chciałam jej powiedzieć prosto w oczy, a nie przez syna. Monika kiwnęła głową, wciąż odwrócona, i powiedziała cicho, iż wie.
We wrześniu, dwudziestego, na urodzinach Zosi w ogrodzie za blokiem, siedziałam przy stole między Tomaszem a Haliną, matką Moniki, która już wróciła do siebie na tyle, żeby przynieść własnoręcznie upieczone ciasto drożdżowe. Pachniało jeszcze ciepłym maślanym spodem, kiedy Halina kroiła je równymi kawałkami i podawała mi pierwszy kęs na talerzyku w kwiatki. Monika podeszła do mnie z talerzem barszczu, postawiła go przede mną i usiadła obok, tak blisko, iż nasze ramiona się stykały. Powiedziała, iż zaprasza mnie także na Wigilię, iż chce, żebyśmy usiadły razem wcześniej i ustaliły, kto co przynosi, zamiast dowiadywać się z grupy na komunikatorze. Zosia podbiegła z pustym talerzykiem i krzyknęła, iż chce dokładkę uszek, tych, które robi babcia, a ja nabrałam jej pełną chochlę, zanim zdążyła dokończyć zdanie.












