Pod blokiem przy Grunwaldzkiej w Bydgoszczy stoi kasztanowiec, którego liście już od tygodnia zaściełają chodnik, a Wanda Ostrowska za każdym razem, przechodząc obok, kopie je czubkiem buta jak dziewczynka — mimo siedemdziesięciu trzech lat na karku. Sąsiadka z parteru, pani Grażyna, kiedyś zapytała ją wprost, stukając w barierkę balkonu: „Wandziu, ale jak ty tak sama, bez towarzystwa, nie boisz się?". Wanda tylko wzruszyła ramionami i odpowiedziała, iż akurat wybiera się po bułki i musi lecieć.
Mąż odszedł jedenaście lat temu, córka mieszka w Dublinie i dzwoni w niedziele o osiemnastej, punktualnie jak budzik. Reszta tygodnia należy do Wandy.
Rano wstaje, kiedy chce, nie kiedy musi. Robi sobie kawę w dużej filiżance w słoneczniki, którą kupiła sobie na Allegro, bo ładna była i tyle. Zjada śniadanie, oglądając przez okno, jak listonosz przeklina zepsuty domofon w klatce obok. Potem maluje usta — zawsze tą samą pomadką, Pat McGrath, jaskrawoczerwoną, którą wnuczka nazwała kiedyś „za bardzo krzykliwą jak na babcię". Wanda odpowiedziała jej wtedy, iż babcia może nosić, co chce, i zamknęła temat.
W markecie na Fordońskiej przymierza ogromne okulary przeciwsłoneczne w stylu lat siedemdziesiątych, choć na dworze pochmurno i szaro jak zwykle w listopadzie. Kupuje je, bo w lustrzanym odbiciu witryny podoba jej się kobieta, którą widzi.
Dziś poszła na Wełniany Rynek bez pośpiechu. Przymierzyła cztery rzeczy, których wcale nie potrzebowała, i kupiła trzy — te, przy których spojrzała w lustro przymierzalni i pomyślała: to jestem ja. Sprzedawczyni, dziewczyna może dwudziestopięcioletnia, zapytała, czy to na jakąś okazję. Wanda odpowiedziała, iż okazją jest wtorek.
Czasem ktoś zerka na nią dłużej niż powinien — na przystanku tramwaju numer 4, w kolejce do kasy. Odpowiada uśmiechem. Kupuje sobie drogą kawę w kawiarence przy Starym Rynku, tam gdzie flat white kosztuje dwadzieścia trzy złote, i nakłada perfumy, choćby jeżeli wybiera się tylko do warzywniaka.
Historia Wandy mogłaby się na tym zakończyć — pocztówką o kobiecie w czerwonej szmince. Ale rok temu było inaczej. Rok temu córka Wandy, Marta, zadzwoniła nie w niedzielę, tylko we wtorek wieczorem, głosem, który od razu zdradzał, iż coś jest nie tak.
Dwa tygodnie wcześniej Wanda spadła ze stołka, na który weszła, żeby zdjąć zasłony do prania. Nic się nie stało — siniak na biodrze, wielkości dłoni, i strach, który przyszedł dopiero później, w nocy, kiedy leżała bez ruchu na podłodze kuchni i liczyła, ile czasu minęłoby, zanim ktokolwiek by ją znalazł. Zadzwoniła wtedy do Marty i, nie chcąc jej martwić, powiedziała tylko, iż lekko się potknęła. To wystarczyło. Marta wyczuła więcej, niż matka chciała powiedzieć.
„Mamo, może byś się przeprowadziła do nas, do Dublina. Sama tam siedzisz, w tym mieszkaniu, po co ci to wszystko."
Wanda siedziała przy stole kuchennym z filiżanką w słoneczniki i patrzyła na zdjęcie męża, Zenona, stojące na kredensie — zdjęcie z wesela córki, gdzie oboje śmieją się do obiektywu. Biodro wciąż ją bolało, kiedy siadała za szybko.
Przez czterdzieści dwa lata małżeństwa Zenon decydował, gdzie jadą na wakacje, co Wanda ma na sobie na imieniny u szwagierki, czy stać ich na nową kanapę. Nie był złym człowiekiem — po prostu takim był, z tamtego pokolenia, gdzie mężczyzna mówił, a kobieta się dostosowywała. Wanda dostosowywała się tak długo, iż w pewnym momencie zapomniała, jaki to ma smak — chcieć czegoś dla siebie.
Kiedy Zenon zmarł, pierwsze miesiące były piekłem. Ale gdzieś w środku tego piekła, między papierami spadkowymi a pustym miejscem po jego stronie łóżka, Wanda kupiła sobie bluzkę w maki — taką, jaką on nazwałby „za jaskrawą, ludzie się będą gapić". Włożyła ją od razu, jeszcze w przymierzalni nie zdejmując metki, bo bała się, iż jeżeli zaczeka do domu, zabraknie jej odwagi.
Marta w telefonie ciągnęła swoje: iż w Dublinie jest lepsza opieka zdrowotna, iż wnuki by ją odwiedzały częściej, iż nie musiałaby sama dźwigać zakupów po schodach na trzecie piętro bez windy, iż gdyby znowu upadła, nikt by nie wiedział. Argumenty były rozsądne. Wszystkie prawdziwe.
Wanda powiedziała córce, iż się zastanowi. Przez trzy noce nie spała dobrze. Wyjmowała walizkę z szafy, otwierała ją na łóżku, patrzyła na nią pustą i chowała z powrotem. Za oknem stukał obluzowany parapet, którego nikt jej nie naprawił, i przez chwilę myślała, iż może Marta ma rację, iż łatwiej byłoby się poddać, mieć kogoś, kto zadzwoni domofonem, kto sprawdzi, czy żyje. Raz choćby zaczęła szukać w internecie cen biletów do Dublina i siedziała z tą stroną otwartą przez dwadzieścia minut, zanim zamknęła laptopa.
Zadzwoniła do koleżanki, Ireny, z którą pracowała kiedyś w spółdzielni — chciała z kimś pogadać, usłyszeć, iż nie jest głupia, zostając sama. Numer był już nieaktualny. Syn Ireny, którego Wanda w końcu dodzwoniła się przez sąsiadkę, powiedział, iż matka wyprowadziła się do niego, do Poznania, trzy miesiące temu, bo już nie dawała rady sama. Wanda odłożyła słuchawkę i długo siedziała przy stole, myśląc, iż oto jedna po drugiej znikają kobiety, z którymi mogłaby się porównywać, z którymi mogłaby się bać razem.
Czwartego dnia, w środę, poszła jednak do fryzjerki na Śniadeckich i powiedziała jej, żeby obcięła włosy krótko, po ramiona — tak jak chciała od lat, a Zenon zawsze mówił, iż długie bardziej mu się podobają. Fryzjerka, Ola, zapytała, czy to na jakąś specjalną okazję. Wanda odpowiedziała, iż tak — na resztę życia.
Wieczorem zadzwoniła do Marty. Nie krzyczała, nie robiła sceny. Powiedziała, iż zostaje w Bydgoszczy, w swoim mieszkaniu, przy swoim kasztanowcu pod oknem, i iż jeżeli córka chce ją odwiedzać częściej — bilety do Bydgoszczy są tańsze niż się wydaje, a w gościnnym pokoju zawsze będzie posłane łóżko. Dodała, iż zamontuje sobie uchwyt przy wannie i kupi telefon z przyciskiem alarmowym, bo tego akurat się nie wstydzi. Marta jeszcze próbowała przekonywać, mówiła, iż mama będzie żałować, iż samotność ją w końcu przygniecie. Wanda odpowiedziała tylko, iż wolałaby żałować własnej decyzji niż cudzej.
Minął rok. Ma teraz swój rytm: wtorki na targu, środy u fryzjerki albo w kawiarni na Starym Rynku, piątki na spacer nad Brdę, tam gdzie stare spichrze odbijają się w wodzie, a ona zawsze przystaje na moście Uniwersyteckim, żeby popatrzeć, jak światło zmienia kolor rzeki z szarego na miedziany.
Miesiąc temu spotkała tam, na moście, dawnego sąsiada, pana Ryszarda, wdowca, który wyprowadzał jamnika o imieniu Bosman, wiecznie zasapanego i niechętnego do spacerów. Zagadali się o pogodzie, o cenach na targu, o tym, iż w tym roku kasztany urodziły wcześniej niż zwykle. Pan Ryszard, żegnając się, zapytał, czy nie miałaby ochoty czasem wypić razem kawy — tak bez zobowiązań, po sąsiedzku. Wanda odpowiedziała, iż może, zobaczy, jak będzie miała czas we wtorek albo środę. Rozeszli się bez wymiany numerów. Idąc dalej wzdłuż rzeki, sama nie wiedziała, czy żałuje, czy jest jej ulżyło.
Wczoraj Marta zadzwoniła znowu, w niedzielę, o osiemnastej. Zapytała, jak mama się czuje, czy dobrze śpi. Wanda odpowiedziała, siedząc w fotelu przy oknie, z filiżanką w słoneczniki w dłoni, iż u niej wszystko po staremu, iż biodro już nie boli, iż jutro idzie na targ po pory na rosół.
Po rozmowie odłożyła telefon na parapet. Zdjęcie Zenona stało na kredensie tak, jak zawsze — uśmiechnięte, z tamtego wesela sprzed lat. Wanda wzięła torebkę, sprawdziła w kieszeni telefon z przyciskiem alarmowym, którego jeszcze ani razu nie użyła, i wyszła na spacer, zamykając drzwi na klucz. Na chodniku pod kasztanowcem leżał świeży liść, duży, w kolorze rdzy. Kopnęła go czubkiem buta i poszła dalej, w stronę mostu.













