Mój syn zarezerwował stolik w restauracji rybnej przy Długim Targu w Gdańsku. Nie byle jaka knajpa, tylko taka, gdzie za samo nakrycie płaci się więcej, niż ja kiedyś wydawałam tygodniowo na zakupy. Z okazji moich siedemdziesiątych urodzin. Pół godziny przed umówioną porą stałam przed lustrem i próbowałam poprawić kołnierzyk bluzki. Bluzka była nowa, granatowa, kupiona na wyprzedaży w Reserved na Madison. Kolczyki — proste srebrne gwoździki, których nie nosiłam od jego ślubu — miałam już w uszach. choćby pomalowałam usta. Zwykle tego nie robię.
Damian już czekał, gdy weszłam. Wstał, podał mi rękę zamiast pocałować w policzek, i od razu zaczął mówić o korku na obwodnicy. Koszula opinała mu się na brzuchu, a twarz miał czerwoną. To po ojcu, pamiętałam. Damian ma teraz czterdzieści osiem lat. Adwokat w kancelarii w centrum, żonaty z kobietą, którą lubię, ale nigdy tak naprawdę nie poznałam. Rozmawiają o rzeczach, o których nie mam pojęcia: inwestycjach, IKE, leasingu. Jego poprzednie auto to było szare BMW. Tego nie wiem, jakie ma teraz. Nie pytam.
Jedliśmy. Opowiadał o sprawie, którą wygrał, o planach budowy domu, o dziecku, które ma się urodzić. Spodziewają się córki. Wiedziałam już z grupowego czatu, gdzie jego żona co tydzień wrzuca zdjęcie brzucha. Powiedziałam, iż się cieszę. Bo naprawdę się cieszyłam. Tylko coś wisiało w powietrzu, a ja nie wiedziałam co.
Po drugim daniu odsunął talerz. Sięgnął po teczkę, która przez cały posiłek stała oparta o nogę stołu. Wyjął z niej gładką niebieską teczkę kartonową i położył ją obok mojego kieliszka. Kelner w tym momencie tłumaczył przy sąsiednim stoliku, które wino pasuje do sandacza. Słyszałam, jak mówi o mineralności i posmaku. To była ostatnia zwyczajna sekunda tego wieczoru.
— Mamo — powiedział Damian. — Chcę ci coś pokazać.
W teczce były dokumenty. Akt darowizny. Moje mieszkanie na Zaspie, szóste piętro, widok na podwórko z jedną nędzną brzózką. Spłacone jedenaście lat temu, po dwudziestu latach pracy na nie. Na początku podwójne zmiany w opiece domowej. Weekend po weekendzie, podczas gdy inne samotne matki chodziły z dziećmi do zoo. Nigdy nie mogłam zabrać Damiana do gdańskiego zoo, bo wtedy nie mogłabym pracować, a wtedy nie spłaciłabym kredytu. To jest rachunek, do którego samotna matka dochodzi sama.
— To tylko dla bezpieczeństwa — powiedział. — Bank chce więcej zabezpieczenia pod nowy dom. Wymagają poręczenia. Twoje mieszkanie idealnie się do tego nadaje.
Przyniesiono deser. Tiramisu. Nie tknęłam go. Przeczytałam papiery trzy razy, od góry do dołu, ale słowa się nie zmieniały. Było ich dużo. Na marginesie karteczki samoprzylepne, pismem jego żony. Poznałam je po okrągłych literach. „Tu parafka" — pisało. „Dołączyć kopię dowodu teściowej." W stosie zszytym razem była też kopia mojego testamentu. Sporządziłam go dwadzieścia lat temu u notariusza na Oliwie. Okazało się, iż miał jego kopię. Nie wiedziałam nawet, iż wie, iż coś takiego istnieje.
— Rozmawialiście już z notariuszem — powiedziałam.
— To było tylko wstępne rozeznanie.
— O moim mieszkaniu.
— Mamo, nie dramatyzuj. To formalność. Zostajesz tam mieszkać. Nic się nie zmienia. — Wziął kawałek chleba z koszyczka i zaczął go rozdrabniać na okruchy. — Mówi się, iż oszczędzanie już się nie opłaca, ale to jest właśnie mądra konstrukcja. Pomagasz nam, a ciebie to nic nie kosztuje.
— A jeżeli nie będziecie mogli spłacać kredytu?
Odłożył chleb. — Zawsze to twoje czarnowidztwo. Mamy dwie dobre pensje. Wszystko będzie dobrze. Poza tym… — Zawiesił głos, upił wina, i powiedział to. — Poza tym i tak prędzej czy później to będzie nasze. Więc równie dobrze możemy to załatwić teraz. Żeby wszyscy wiedzieli, na czym stoją.
Przy stole zapadła cisza. Przy sąsiednim stoliku młody mężczyzna zaśmiał się za głośno z czegoś, co powiedziała jego randka. Kelner przeszedł obok z tacą pełną pustych muszli. Widziałam światła portu, dźwigi jak szkielety na tle ciemnego nieba. Gdańsk zawsze pracuje. Gdzieś niedaleko usłyszałam tramwaj.
— Nie powinieneś był mnie o to najpierw zapytać? — zapytałam.
— Nie chcieliśmy cię obciążać. To bardzo nieprzyjemne myśleć o takich sprawach. Tak masz to od razu z głowy. — Wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki drogie pióro. Położył je na stole, dokładnie obok mojego kieliszka. — Musisz tylko podpisać. Tu i tu. I na ostatniej stronie. To wszystko. Pięć minut. Potem zamówimy kawę.
Patrzyłam na to pióro. Ciężkie, z jakimś logo. Na białym obrusie wyglądało jak przedmiot, który się tu nie mieści. Pomyślałam o hydrauliku ze spółdzielni, który dwa tygodnie wcześniej udrożnił mi odpływ w prysznicu. Pomyślałam o pani Krawczyk z czwartego piętra, która zeszłej zimy leżała w szpitalu i zostawiła mi swojego psa. Pomyślałam o dźwięku windy, który słyszę w nocy, gdy nie mogę spać i chcę się upewnić, iż wszyscy sąsiedzi bezpiecznie wrócili do domu.
Odsunęłam teczkę.
— Nie chcę tu podpisywać, w restauracji — powiedziałam.
Damian ściągnął brwi. Spojrzał na teczkę, potem na mnie. — To naprawdę tylko podpis, mamo. Za bardzo to komplikujesz. Kasia się tym stresuje. To nie jest dobre dla dziecka. — Pochylił się i mówił ciszej. — Chcesz przecież, żeby twoja wnuczka miała dom z ogrodem? To chyba nie za wiele żądać? jeżeli teraz powiesz tak, nigdy więcej o tym nie będziemy rozmawiać. Obiecuję. Wszystko wróci do normy.
Wszystko wróci do normy. Jakbym robiła z igły widły. Jakby dwadzieścia lat spłacania, z zaciągniętymi zasłonami przed zimnem i ogrzewaniem na szesnaście stopni, to była zwykła cena za miejsce, w którym można się zestarzeć. Sto trzydzieści dwie raty. Dopiero potem dom, który był mój. A teraz miałam to przekreślić jednym pociągnięciem, żeby notariusz z jego kancelarii mógł nazajutrz sporządzić akt.
Wstałam i wzięłam płaszcz. Łyżeczka spadła na podłogę. Wydała dźwięk, który zdawał się rozbrzmiewać po całej sali.
— Idę do domu, Damianie. Możemy porozmawiać innym razem. Nie w ten sposób.
Został przy stole, z ustami lekko otwartymi, gdy szłam między stolikami. Przy drzwiach nie płaciłam. Nie musiałam, bo to on rezerwował. Schody do parkingu pachniały mokrym betonem i spalinami. Oddychałam nierówno. Na trzecim stopniu musiałam się zatrzymać i oprzeć rękę o ścianę.
Od tamtego wieczoru dzwoni codziennie. Na początku rozmowy były miłe, z żartem o pogodzie albo korkach. Potem zaczęły się wyrzuty. Że Kasia źle sypia. Że termin zakupu domu może przepaść. Że blokuję im życie. Wczoraj stanął nagle w moich drzwiach z wazonem tulipanów i butelką wina z Biedronki. Powiedział, iż oszalał od napięcia i iż mu przykro. Zapytałam, czy przeprasza tylko z powodu mieszkania. Wtedy się rozzłościł i wyszedł. Tulipany zostawił. Stoją na parapecie i zaczynają więdnąć.
Dziś rano znalazłam w skrzynce kopertę, na której było napisane tylko moje imię. Nie było w niej listu. Tylko formularz z urzędu skarbowego, wypełniony do połowy, na jego nazwisko, a nad nim karteczka: „Pomyśl też o prawie wizytacji. Musimy to załatwić w piątek, inaczej oferta przepadnie." Tych słów nie zrozumiałam. Może o to właśnie chodziło.
Kopertę schowałam w szafie, pod stosem moich papierów. Leży tam też moja polisa ubezpieczeniowa i oryginał testamentu. Lampka przy łóżku wciąż się pali, gdy na dworze robi się ciemno.
Dziś po południu znów zadzwonił. Słyszałam tramwaj na ulicy i wołanie dzieci na szkolnym boisku po drugiej stronie. Powiedział, iż to niesprawiedliwe. Że inne matki pomagają swoim dzieciom. Że ja tam siedzę w tym mieszkaniu, marznąc, podczas gdy oni potrzebują domu dla mojej własnej wnuczki. Nic nie powiedziałam. Słyszałam jego oddech po drugiej stronie linii i skrzypienie fotela biurowego.
Gdy dziesięć minut później się rozłączył, wzięłam torbę z pocztą sąsiadów z trzeciego piętra. Odbieram ją codziennie o ósmej rano i zostawiam pod ich drzwiami. Robię to od sześciu lat, odkąd pani Wesołowska miała operację obu bioder. Mówi, iż jestem za dobra dla tego świata.
Może ma rację. Ale bycie dobrym to co innego niż mówienie „tak" na wszystko.
Tego wieczoru nastawiłam wodę na herbatę. Czajnik stał na gazie i wydawał znajomy wysoki dźwięk, który powoli narastał w gwizd. Nalałam wody do kubka, za szybko, i rozlała się na blat. Dopiero wtedy zauważyłam, iż wzięłam kubek Damiana. Przywiózł go, gdy wyprowadzał się na studia, i przez przypadek zostawił tutaj. Biały kubek z wyszczerbioną krawędzią.
Wytarłam blat. Potem poszłam do szafki na liczniki. Na dole, za odkurzaczem, stała stara blaszana puszka po herbatnikach. Trzymam tam zapasowy klucz do piwnicy i trochę gotówki na wszelki wypadek. Wyjęłam z niej pudełeczko. Minęły lata, odkąd je otwierałam. Były w nim stare zdjęcia, srebrna bransoletka po mojej matce i klucz do skrzynki pocztowej z mieszkania, w którym Damian spędził pierwsze osiemnaście lat życia. Nie tego mieszkania, tylko małego lokum na Oruni, gdzie klatka schodowa zawsze pachniała kapustą i pastą do butów.
Wzięłam klucz, wyszłam i poszłam do kontenera na szkło na rogu ulicy. Była wpół do jedenastej. Nad miastem wisiała pomarańczowa poświata od latarni przy obwodnicy. Trzymałam klucz w dłoni przez chwilę. Zrobił się ciepły. Potem włożyłam go do koperty z na wpół wypełnionym formularzem z urzędu skarbowego, zakleiłam ją i napisałam drukowanymi literami Archiwum Państwowe w Gdańsku.
Potem poszłam z powrotem. Nadjechał tramwaj i zahamował z sykiem. Nie wsiadłam. Postałam chwilę na przystanku i patrzyłam na ludzi za szybami. Chłopak w czapce. Dziewczyna z pudełkiem pod pachą. Zwykli ludzie, w drodze do domu.
Jestem teraz w środku. Tulipany od Damiana wciąż stoją na parapecie. Zdejmuję wazon z okna, wylewam wodę i kładę łodygi na gazecie. Potem biorę telefon. Jest już nowa wiadomość: „Jutro o 9 u notariusza? Wyślę adres. Nie zostaw mnie tak, mamo."
Piszę odpowiedź: „Nie przyjdę. To zostaje moje. Zatrzymajcie tę ofertę dla siebie." A potem, po krótkiej przerwie: „Gratulacje z okazji dziecka." Potem odkładam telefon, idę do sypialni i siadam na brzegu łóżka. Jestem sama. Kaloryfer stuka. Na zewnątrz tramwajowa sieć trakcyjna strzela iskrą. Sto trzydzieści dwie raty, myślę. Leżą na półce nad wezgłowiem, w teczce, w której poza tym jest tylko decyzja podatkowa i wygasła karta miejska. Kartę wkładam do torebki na jutro. Pójdę na targ na Zaspie. A potem, może, kupię sobie nowy kubek. Dla siebie. Na wypadek, gdyby Damian znów przyszedł.













