Siedem warstw Ireny z Bytomia

polregion.pl 1 dzień temu

Nazywam się Tomasz Wolarek, mam czterdzieści jeden lat i jestem chirurgiem w Szpitalu Specjalistycznym numer 1 w Bytomiu. Piszę to, bo moja żona, Irena, wciąż powtarza, iż nikt jej wtedy nie wierzył — a ja byłem jedynym, który stał obok stołu operacyjnego i widział wszystko na własne oczy.

To było jedenaście lat temu, w lutym, kiedy na sali porodowej pachniało środkiem dezynfekującym i mokrą wełnianą czapką, którą Irena wciąż miała na głowie, bo w korytarzu wiało od okna. Nasza córka Zosia rodziła się przez cesarskie cięcie — poród nie postępował, tętno dziecka spadało, anestezjolog liczył sekundy głośno, jakby recytował coś na pamięć. Ja stałem po drugiej stronie parawanu, trzymałem Irenę za rękę i patrzyłem, jak zespół przecina kolejno skórę, tkankę tłuszczową, powięź, mięśnie, otrzewną, macicę i wreszcie pęcherz owodniowy. Siedem warstw. Nikt mi wcześniej nie powiedział, iż ich jest dokładnie siedem — dowiedziałem się tego dopiero po fakcie, kiedy sam zacząłem to sprawdzać, bo nie mogłem przestać o tym myśleć.

Po porodzie Irena przez pół roku nie chciała choćby spojrzeć na bliznę. Zasłaniała ją ręcznikiem, kiedy się przebierała, unikała lustra w łazience. Powiedziała mi kiedyś przy kolacji, mieszając zupę widelcem zamiast łyżką, iż czuje się „rozcięta na kawałki, które ktoś potem po prostu zszył z powrotem, byle jak". Ja próbowałem tłumaczyć jej to od strony medycznej — iż każda z tych warstw goi się osobno, iż blizna to nie jedna rana, tylko siedem różnych, nałożonych na siebie procesów — ale to nie było to, czego wtedy potrzebowała.

Zmieniło się to przypadkiem, w zeszłym roku, kiedy Zosia miała dziesięć lat i w telewizji leciał program o konkursach piękności. Pokazywali zawodniczkę z Ugandy, Elle Muhozę, w sukni zaprojektowanej przez Keeshę Abdallah — sukni, która warstwami tkanin w różnych kolorach odtwarzała dokładnie to, co ja widziałem wtedy na sali operacyjnej: skórę, tłuszcz, mięśnie, otrzewną, macicę, worek owodniowy. Projektantka mówiła w wywiadzie, iż sama urodziła przez cesarskie cięcie i chciała pokazać to, co zwykle zostaje ukryte pod prześcieradłem. Irena siedziała na kanapie z filiżanką w ręce i nie odzywała się przez dobre pięć minut. Potem wstała, poszła do sypialni i wróciła z pudełkiem po butach, w którym trzymała stare zdjęcia ze szpitala — te, których nigdy mi wcześniej nie pokazała.

Tydzień później zapisała się na zajęcia krawieckie w domu kultury przy ulicy Chorzowskiej. Nie mówiła mi dlaczego, a ja nie pytałem, bo wiedziałem, iż jeżeli zapytam za wcześnie, to się zamknie. Przez trzy miesiące przynosiła do domu resztki materiałów — beżowy len, kremowy jedwab, coś w kolorze wina, coś prawie przezroczystego jak folia — i układała je warstwami na stole kuchennym, jakby budowała coś z klocków. Zosia pomagała jej przycinać brzegi, siedząc na krześle z podwiniętymi nogami, i pytała, dlaczego mama szyje sukienkę, która „nie ma w ogóle rękawów".

Na koniec kursu, w maju, było pokazanie prac. Irena zaprosiła mnie i Zosię, nic więcej nie mówiąc. Kiedy weszła na małą scenę domu kultury w sukni, którą sama uszyła — siedem warstw, od beżu przez ciemniejące odcienie aż po głęboką czerwień na samym spodzie, widoczną tylko przy ruchu — sala przez chwilę nie wiedziała, co powiedzieć. Prowadząca zajęcia, pani Danuta, zapytała ją przez mikrofon, co ta suknia przedstawia. Irena odpowiedziała bez wahania, iż to jest droga, jaką przeszło jej ciało, żeby na świat mogła przyjść jej córka, i iż przez jedenaście lat wstydziła się tej drogi, a teraz chce ją nosić.

Nazajutrz zadzwoniła do notariusza — do kancelarii przy placu Sikorskiego, w której załatwialiśmy kiedyś sprawy spadkowe po jej ojcu — i umówiła się na wizytę. Miała ze sobą kopertę z dokumentami działki po rodzicach w Miasteczku Śląskim, którą od lat trzymała „na wypadek, gdyby Zosia kiedyś chciała tam zbudować dom". Zamiast tego przepisała działkę na fundację zajmującą się kobietami po skomplikowanych porodach, z którą skontaktowała się po tamtym pokazie — na tę konkretną, z siedzibą w Katowicach, której numer konta wypisała odręcznie na kartce i wsunęła do tej samej koperty po dokumentach. Działka miała wartość sto dwadzieścia tysięcy złotych. Notariusz zapytał, czy jest pewna, bo to jednak spory kawałek ziemi po rodzicach. Irena odpowiedziała, iż przez jedenaście lat płaciła za tę bliznę wstydem, i iż teraz wolałaby, żeby ta ziemia zapłaciła komuś innemu za to samo cięcie, tylko żeby nie musiał czekać jedenastu lat, żeby przestać się go wstydzić.

Ja stałem wtedy w progu kancelarii, trzymając w ręku parasol, bo na zewnątrz zaczynało padać, i patrzyłem, jak moja żona podpisuje akt notarialny długopisem, który drżał jej lekko w palcach — nie ze strachu, tylko dlatego, iż pisała szybko, żeby zdążyć, zanim się rozmyśli. Kiedy wyszliśmy na plac Sikorskiego, wzięła mnie pod rękę i powiedziała tylko, iż jest głodna i czy zjemy coś w tej pierogarni na rogu, tej samej, do której chodziliśmy jeszcze zanim urodziła się Zosia. Nie mówiła nic więcej o bliźnie, o sukni, o działce. Zamówiła pierogi z mięsem i kompot, i przez chwilę patrzyła przez okno na ludzi idących z parasolami, zanim zapytała mnie, czy pamiętam, jak lekarz powiedział jej po operacji, iż urodziła zdrową córkę.

Idź do oryginalnego materiału