Grażyna stała na balkonie, trzymając w palcach niedopałek. Nie paliła od jedenastu lat, ale dzisiaj wyciągnęła z szuflady starą paczkę, którą trzymała na czarną godzinę. Czarna godzina najwyraźniej nadeszła o wpół do dziesiątej rano, kiedy na stole w kuchni znalazła kartkę.
*"Pojechałem z chłopakami na Mazury. Wrócę w niedzielę. Marek"*
Chłopakami. Marek miał czterdzieści siedem lat, pracował jako kierownik zmiany w fabryce mebli pod Wrocławiem, a jego "chłopakami" byli dwaj koledzy z działu transportu, którzy od dziesięciu lat planowali wspólny wyjazd na ryby. Tylko iż Grażyna dowiedziała się o tym wyjeździe z kartki. Nie z rozmowy. Nie z pytania. Z kartki.
Zgasiła niedopałek o poręcz i schowała go do doniczki z pelargonią, żeby nie zostawiać śladów. Sąsiadka z dołu, pani Halina, i tak widziała wszystko przez swoje firanki. Całe osiedle widziało wszystko.
—
Wieczorem Grażyna siedziała w salonie, przerzucając kanały. Na jednym leciał program o ludziach, którzy remontują stare domy na Suwalszczyźnie. Na drugim teleturniej, w którym uczestnicy zgadywali ceny pralek. Wyłączyła telewizor i w tej ciszy usłyszała, jak w korytarzu kapie kran. Od trzech miesięcy prosiła Marka, żeby wymienił uszczelkę. Od trzech miesięcy słuchała kapania.
Zadzwoniła do siostry.
— No i co? — zapytała Ewa, jakby od razu wiedziała, o co chodzi. — Pojechał?
— Zostawił kartkę.
— Jak zwykle.
— Nie jak zwykle. Zwykle chociaż mówił, iż planuje. A teraz… — Grażyna przerwała, bo zabrakło jej słowa. Nie "kłamał". Nie "zdradził". Może "zlekceważył" było najbliżej.
— Posłuchaj — Ewa mówiła tym tonem, którego Grażyna nienawidziła najbardziej. Tonem starszej siostry, która już dawno wszystko przeżyła. — Albo się z tym pogodzisz, albo coś zrobisz. Tylko nie dzwoń do mnie co weekend i nie płacz. Mam swoją robotę.
Ewa prowadziła biuro rachunkowe w Poznaniu i uważała, iż każdy problem da się rozwiązać, jeżeli się go odpowiednio "przepracuje". Grażyna wolała problemy dusić w sobie, a potem wyciągać je po kawałku przy niedzielnym obiedzie. Tylko iż w tę niedzielę obiadu nie będzie, bo Marek łowi ryby na jakimś pomoście, a ona siedzi w mieszkaniu, w którym kapie kran.
—
Dwa dni później Grażyna zrobiła coś, czego nie planowała. Wzięła z szafy siedem walizek. Nie miała siedmiu walizek — miała dwie. Ale w piwnicy, za regałem z przetworami, stały jeszcze torby podróżne, plecak z czasów studenckich i stara walizka po matce, z urwaną rączką. Wyciągnęła wszystkie. Ustawiła je w przedpokoju, jedna przy drugiej, jak żołnierzy.
Potem otworzyła szafę Marka i zaczęła pakować.
Nie robiła tego w gniewie. Nie trzaskała drzwiami, nie rzucała koszul. Składała każdą rzecz starannie: bawełniane podkoszulki, dżinsy z wyblakłymi kolanami, sweter z golfem, który dostał od matki na imieniny. Układała to wszystko tak, jakby pakowała dziecko na kolonie, a nie męża do wyprowadzki.
Zajęło jej to trzy godziny. Pod koniec bolały ją plecy, a na środkowym palcu prawej ręki zrobił się odcisk od zamka torby. Usiadła na podłodze, oparła głowę o ścianę i patrzyła na te siedem walizek. Wyglądały jak dekoracja do sztuki, której żadne z nich nie chciało grać.
Wieczorem przyszedł esemes od Marka: *"Biorą klenie. Wrócę późno w niedzielę."*
Nie odpisała. Włożyła telefon do szuflady w kuchennym stole i poszła do łazienki. Kran kapał. Zakręciła go mocniej — przestał.
—
Niedziela. Grażyna obudziła się przed siódmą, chociaż nie nastawiała budzika. Zrobiła kawę, wypiła ją przy oknie, patrząc na parking, na którym mył samochód ten młody z parteru. Miał na sobie żółtą koszulkę z napisem po angielsku i słuchawki na uszach. Mył szybę okrężnymi ruchami, jakby to była najprzyjemniejsza czynność świata.
O trzynastej usłyszała klucz w zamku.
Marek wszedł z plecakiem na ramieniu i reklamówką z marketu, w której brzęczały puszki. Spojrzał na przedpokój. Na siedem walizek. Na swoją kurtkę, którą Grażyna położyła na wierzchu, bo była pierwsza w szafie.
— Co to ma być? — zapytał.
— Twoje rzeczy. Spakowane.
— Grażyna, co ty wyczyniasz?
— Wyprowadzasz się.
Powiedziała to tak spokojnie, iż sama się zdziwiła. Jakby mówiła: "Chleb jest w sklepie", "Wyrzuć śmieci", "Idę do apteki".
Marek postawił plecak na podłodze. Chwilę stał bez ruchu, a potem zaczął się śmiać — najpierw cicho, potem głośniej, jakby to był dowcip, który mu opowiedziała.
— Przecież ja nigdzie się nie wyprowadzam. To moje mieszkanie. Moi rodzice mi je przepisali.
I wtedy Grażyna zrobiła to, na co czekała, zdaje się, całe życie. Nie podniosła głosu. Nie rzuciła w niego talerzem. Podeszła do szafki w przedpokoju, wyjęła z niej teczkę, a z teczki — plik papierów przewiązany gumką recepturką. Położyła go na walizkach.
— To akt małżeński — powiedziała, dotykając pierwszego dokumentu. — To umowa kredytu, który spłacaliśmy razem, chociaż ty wpłacałeś raty ze swojego konta. To faktura za wymianę okien, sierpień dwa tysiące dziewiętnastego. To rachunek za remont łazienki. A to opinia rzeczoznawcy, którą zamówiłam w piątek, kiedy ty łowiłeś ryby.
Marek przestał się uśmiechać.
— Jaka znowu opinia?
— Mieszkanie jest wspólne, Marek. Nieważne, kto ci je przepisał. Jedenaście lat małżeństwa, wspólny kredyt, wspólne nakłady. Po rozwodzie połowa należy mi się z mocy prawa.
— Grażyna, ja nie chcę rozwodu.
— Wiem. Ty nie chcesz niczego. Ani rozwodu, ani żony, z którą trzeba rozmawiać. Chcesz mieć mieszkanie, w którym zawsze ktoś ugotuje, i wolne weekendy, w których zawsze można gdzieś pojechać. To się nie składa.
Otworzyła drzwi wejściowe. Ciepłe popołudniowe powietrze wpadło do środka, niosąc zapach skoszonej trawy z osiedlowego klombu.
— Walizki są spakowane. Resztę rzeczy możesz zabrać w sobotę. Tylko zadzwoń wcześniej.
— A jak nie zadzwonię?
— To cię nie wpuszczę. Zmienię zamek.
Marek chwycił plecak i reklamówkę. Nie wziął walizek — może nie wierzył, iż to się dzieje naprawdę, może chciał zostawić sobie pretekst do powrotu. Zszedł po schodach, a jego kroki odbijały się echem na klatce, którą Grażyna przez jedenaście lat zamiatała co drugi wtorek.
Zamknęła drzwi. Przez chwilę patrzyła na siedem walizek, które teraz stały jak siedem niemych wyrzutów. Potem weszła do łazienki, odkręciła kran i uśmiechnęła się — po raz drugi tego dnia nie kapał.
—
Tydzień później do drzwi zadzwonił kurier. Przyniósł przesyłkę od Ewy: mały pakunek zawinięty w szary papier i kartka.
*"W załączniku klucz do mojego mieszkania w Poznaniu, na wypadek gdybyś chciała się zastanowić. E."*
Grażyna odwinęła papier. Klucz był nowy, błyszczący, z naklejką firmy, która wymieniała zamki. Schowała go do szuflady pod telefonem. Na razie nie chciała się zastanawiać. Na razie chciała tylko umyć podłogę w przedpokoju, na którym przez tydzień stały walizki.
Wieczorem, kiedy ścierała kurz z parapetów, usłyszała telefon. Marek.
— Grażyna… ja się namyśliłem.
— Tak?
— Może byśmy… porozmawiali? Jak dorośli ludzie?
— Porozmawiajmy.
— Mogę przyjść?
— Możesz. W sobotę, jak odbierzesz walizki.
— Grażyna, przecież…
— W sobotę, Marek. O jedenastej. I weź jakiś wózek, bo winda znowu nie działa.
Odłożyła słuchawkę, zanim zdążył odpowiedzieć. Potem wyjęła z szuflady telefon, otworzyła aplikację banku i sprawdziła saldo. Cztery tysiące dwieście trzydzieści siedem złotych i osiemnaście groszy. Dość, żeby wymienić zamek, zapłacić pierwszą ratę za prawnika i kupić nową walizkę — może czerwoną, z kółkami, taką, w których jeździło się na wakacje, a nie stało w przedpokoju jak oskarżenie.
Podeszła do okna. Na parkingu młody z parteru znowu mył samochód, tym razem bez słuchawek. Podniósł głowę, zobaczył ją w oknie i pomachał. Grażyna uniosła dłoń — nie wiedziała, czy na powitanie, czy na pożegnanie. Ale to nie miało znaczenia.
Najważniejsze, iż kran nie kapał.











