Siedem minut po szesnastej
Pracuję w zakładzie pogrzebowym na Grochowie od dziewięciu lat. zwykle ludzie przychodzą załatwić formalności i wychodzą. Czasem ktoś płacze przy ladzie. Ale tamtego listopadowego wtorku, pamiętam dokładnie, bo padał deszcz ze śniegiem i w sali śmierdziało mokrymi płaszczami, zjawił się mężczyzna, który nie chciał zamówić trumny.
Chciał zamówić modlitwę za zmarłego.
Miał na sobie ciemną kurtkę, taką z przetarciami na rękawach, i trzymał w ręku złożoną kartkę — wyglądała na wydruk z internetu. Stanął przed naszym biurem, popatrzył na cennik, potem na drzwi. W końcu wszedł.
— Dzień dobry. Ja nie w sprawie pogrzebu — powiedział od razu, jakby się bał, iż go wyrzucę.
Kiwnęłam głową. U nas ludzie różne rzeczy mówią. Raz przyszła kobieta z pytaniem, czy możemy schować psa razem z mężem, bo „on by chciał”. Innym razem facet chciał włożyć do trumny telefon komórkowy z włączonym dzwonkiem. Nie dziwię się już niczemu.
— Słucham — powiedziałam.
— Mój kuzyn umarł trzy dni temu. Marek. Czterdzieści osiem lat. Serce, nagle, w nocy. — Mężczyzna mówił szybko, jakby powtarzał to zdanie w głowie od rana. — Nie chodził do kościoła. adekwatnie to… no, nie wierzył. Całe życie mówił, iż Bóg to bajka dla słabych.
Zamilkł. Za oknem przejechał tramwaj linii 24 i szyba zadrżała. W naszym biurze zawsze słychać tramwaje — to stary budynek przy alei Waszyngtona, tynk odpada przy futrynie, a kaloryfer grzeje tak, iż zimą trzeba uchylać okno.
— I co pan chce zrobić? — spytałam, chociaż już się domyślałam.
— Chcę, żeby ktoś się za niego pomodlił. Żeby… no, żeby Bóg go przyjął. Po śmierci. Jest taki ksiądz w internecie, co pisze, iż można się modlić za zmarłych i to pomaga. Wydrukowałem sobie. — Pomachał kartką. — Ale nie wiem, jak to załatwić.
Położyłam długopis na biurku. To był długopis reklamowy z napisem „Zakład Kamieniarski Kwiecińscy — nagrobki od 1908 roku”. Leżał u nas od lat, nikt go nie zabierał.
— Panie — powiedziałam — ja tu tylko przyjmuję zlecenia. Nie jestem księdzem. Ale coś panu powiem, bo sama przez to przeszłam.
Mężczyzna podniósł oczy znad kartki.
— Mój ojciec umarł piętnaście lat temu. Miałam wtedy dwadzieścia trzy lata. Też nie wierzył. Całe życie powtarzał, iż po śmierci nie ma nic, iż człowiek to mięso i kości, i koniec. — Przetarłam blat rękawem, chociaż nie był mokry. — I wie pan, co zrozumiałam po jego śmierci?
— Co?
— Że już nic nie mogę zrobić. Mogę iść do księdza, mogę zamówić mszę, mogę zapalić tysiąc zniczy na Powązkach. Ale decyzja była jego. I on ją podjął za życia.
— To bzdura — powiedział nagle, głośniej niż wcześniej. — Przepraszam, ale to bzdura. Pani mówi, iż mam nic nie robić? Że mam siedzieć i czekać, aż on… aż go nie będzie na zawsze?
— Nie powiedziałam, żeby pan nic nie robił.
— To co mam robić?! — Wstał, kartka wypadła mu z ręki na podłogę. — Przyszedłem tu, bo myślałem, iż w takim miejscu ktoś będzie wiedział, jak to załatwić. A pani mi mówi, iż nie da się załatwić. To po co ja tu w ogóle jestem.
Sięgnął po kurtkę zawieszoną na krześle. Ręce mu się trzęsły, chociaż w biurze było dwadzieścia cztery stopnie, grzejnik pracował na pełnej mocy.
— Niech pan usiądzie — powiedziałam.
— Nie mam po co.
— Niech pan usiądzie, bo ja panu jeszcze nie powiedziałam najważniejszego.
Zatrzymał się z ręką na klamce. Nie odwrócił się od razu, ale też nie wyszedł.
— Wie pan, jak to jest z egzaminem? — zapytałam do jego pleców. — Jak pan zdaje maturę czy prawo jazdy, to kiedy się pan modli, żeby zdać? Przed egzaminem, nie?
Milczał, ale ręka zsunęła się z klamki.
— A po egzaminie, jak już są wyniki, może pan pójść do egzaminatora i powiedzieć: proszę mi poprawić ocenę, bo ja teraz się pomodlę?
— Nie — mruknął, wciąż tyłem do mnie.
— No właśnie. Życie to jest ten czas przed egzaminem. Dopóki człowiek oddycha, może zmienić odpowiedzi. Po śmierci nie ma już tarczy do zamazania.
Odwrócił się powoli. Podniósł kartkę z podłogi, ale jej nie schował, tylko trzymał w obu rękach, jakby ważył.
— To znaczy, iż Marek… — zaczął i przerwał.
— To znaczy, iż nie wiem, co jest z Markiem. Nie siedzę w niebie i nie prowadzę rejestru. Ale wiem jedno: Bóg nie handluje czasem. Nie można po śmierci kupić tego, czego się nie chciało za życia. Bo inaczej cała wiara byłaby jak zaliczka na trumnę wpłacona po pogrzebie — bez sensu.
Wrócił do krzesła. Usiadł, ale na brzegu, jakby wciąż był gotów wstać.
— To po co w ogóle żyć uczciwie — mruknął — skoro i tak nic nie można potem zmienić?
— Właśnie po to. Bo to jest jedyny moment, kiedy można cokolwiek zmienić. Potem już nie.
Wstałam i podeszłam do czajnika. Zaproponowałam mu kawę, ale pokręcił głową. Nalałam sobie. Kubek miałam z napisem „Najlepsza ciocia na świecie” — dostałam go od chrześnicy na urodziny. Nikt w biurze nie zwraca na niego uwagi, a ja od trzech lat piję tylko z niego.
— Niech się pan nie gniewa, iż tak mówię — rzuciłam przez ramię. — Ale modlitwa za tych, co zostali, to co innego. Za jego żonę, za matkę. Za pana. Żebyście mieli siłę. To ma sens.
— Skąd pani wie, iż ma sens?
— Bo mój ojciec umarł piętnaście lat temu, a ja do dzisiaj chodzę na Wszystkich Świętych. Nie modlę się, żeby Bóg zmienił zdanie o nim. Modlę się, żebym ja nie zapomniała, co jest w życiu ważne.
Nie powiedziałam mu wszystkiego. Nie powiedziałam, iż po śmierci ojca przez trzy miesiące nie mogłam wejść do kościoła, bo za każdym razem widziałam jego twarz i słyszałam, jak mówi „bajki dla naiwnych”. Nie powiedziałam, iż ksiądz, który mnie kiedyś spowiadał niedługo potem, miał brudne okulary i pachniał cebulą, i iż właśnie przez to poczułam, iż Bóg nie wymaga teatru.
Ale powiedziałam mu to, co ważne:
— Niech pan jedzie do jego żony. Dzisiaj. Nie jutro, nie za tydzień. Niech pan jej zawiezie obiad i posiedzi z nią w ciszy. Bo ona teraz potrzebuje kogoś, kto nie ucieknie od tego, co się stało.
Mężczyzna wstał. Tym razem spokojnie. Schował kartkę do kieszeni kurtki. Potem wyjął z portfela dwieście złotych i położył na biurku.
— Za co to? — zapytałam.
— Za rozmowę.
Oddałam mu pieniądze.
— Jak chce pan coś zrobić dla Marka, to niech pan kupi kwiaty jego żonie. Albo zapłaci rachunek za prąd u jego matki. To jest modlitwa, którą Bóg słyszy od razu.
Popatrzył na mnie długo, schował banknoty, mruknął „dziękuję” i wyszedł. Drzwi zamknęły się cicho, a ja zostałam sama z zapachem mokrej kurtki i niedopitą kawą.
Zerknęłam na zegar nad biurkiem: szesnasta zero siedem. Zanotowałam to machinalnie na karteczce obok telefonu — u nas zapisuje się godzinę każdej wizyty, taki nawyk z pracy.
Godzinę później zadzwonił telefon. Ten sam mężczyzna. Mówił, iż kupił róże i pojechał do wdowy, i iż siedział u niej trzy godziny, i iż po raz pierwszy od pogrzebu ona zapytała, co u niego słychać.
Nie powiedziałam mu, iż tego samego dnia, zanim on przyszedł, zdjęłam z tablicy ogłoszeń w naszym biurze stary nekrolog mojego ojca. Wisiał tam od piętnastu lat, przypięty zszywką, przyżółcony od papierosowego dymu po poprzedniej właścicielce.
Zwinęłam go w rulonik, schowałam do torebki i odłożyłam słuchawkę.











