Kobieta z miarką krawiecką na szyi weszła do mojego zakładu we wtorek o dziesiątej dwadzieścia rano. Miałam w ustach szpilkę i stopę na pedale maszyny — kończyłam obrębiać zieloną suknię dla pani Krystyny, która za tydzień obchodziła siedemdziesiąte urodziny. Za oknem walcowski targ na Zamenhofa właśnie się rozkręcał, słychać było stukot skrzynek z jarzynami i czyjś pies szczekał gdzieś od strony bramy.
— Przyszłam w sprawie maszyn — powiedziała.
Wyjęłam szpilkę z ust.
— Jakich maszyn?
Spojrzała w stronę Grażyny, mojej wspólniczki od siedemnastu lat, potem znowu na mnie.
— Przemysłowych. Wszystkich czterech. I overlocka też.
— Chyba pomyliła pani adres.
— Nie pomyliłam. — Wyjęła telefon. — Pani mąż mi je pokazał.
Grażyna przestała kroić materiał. Znała mnie wystarczająco długo, żeby wiedzieć, iż moje milczenie oznacza coś złego.
Kobieta pokazała mi ekran. Moje stoły krojcze. Moje maszyny. Regały z tkaninami. choćby tę małą niebieską lampkę, którą kiedyś, jeszcze w liceum, pomalowała moja córka Ola. Pod zdjęciami widniało ogłoszenie: *Kompletny sprzęt krawiecki na sprzedaż. Właściciele przechodzą na emeryturę.*
— Kto pani dał pozwolenie tu przyjść? — spytałam.
Otworzyła wątek wiadomości. Numer mojego męża, Wiesława. Zawahała się.
— pozostało wiadomość głosowa.
— Proszę odtworzyć.
Głos Wiesława wypełnił pracownię: „Żona jest już zmęczona, tylko sama nie wie, jak to zakończyć. Niech pani przyjedzie, obejrzy wszystko, ja się z nią jakoś dogadam".
Kobieta natychmiast wyłączyła nagranie.
— Bardzo przepraszam.
Patrzyłam na te maszyny. Spłacałam je latami. Karmiły naszą rodzinę, opłacały szkołę Oli, ratowały nas w chudych miesiącach, gdy pensja Wiesława ze spółdzielni ledwo starczała do pierwszego.
— Jak się pani nazywa?
— Marta. — Chciała otworzyć własny zakład krawiecki, szukała używanego sprzętu przemysłowego. Ogłoszenie wydawało jej się idealne. Potem dodała, patrząc gdzieś w bok: — Dałam mu już zadatek. Trzy tysiące złotych.
Przez chwilę nie mogłam wydusić słowa. Poprosiłam, żeby niczego nie zabierała i przysłała mi wszystkie potwierdzenia. Zgodziła się od razu. Przy drzwiach zatrzymała się jeszcze.
— To pani jednak sprzedaje te maszyny, czy nie?
Spojrzałam na swoje ręce, na kredę krawiecką rozmazaną na palcu.
— Nie wiem.
Ta odpowiedź zawstydziła mnie bardziej, niż się spodziewałam. To był mój zakład. Moja praca. A obca kobieta wiedziała o jego przyszłości więcej niż ja.
Gdy Marta wyszła, Grażyna podeszła bliżej.
— Tereska. Zamykamy?
Nie zapytała „czy zamykasz zakład". Powiedziała „zamykamy". Bo ta pracownia była też jej życiem — jej dochodem, jej klientkami, jej grafikiem, za pomocą którego mogła wozić męża na rehabilitację do przychodni na Kościuszki.
— Niczego nie zdecydowałam — odpowiedziałam.
Skinęła głową, ale żadna z nas już w to nie wierzyła.
Wiesław wrócił na obiad z siatką mandarynek z warzywniaka. Umył ręce, usiadł.
— Co ugotowałaś?
Położyłam przed nim telefon z jego ogłoszeniem na ekranie. Ledwie drgnął. To zabolało bardziej niż jakiekolwiek kłamstwo.
— Chciałem ci powiedzieć wieczorem.
— Zanim ktoś wywiózłby moje maszyny ciężarówką, czy po?
— Ona dziś niczego nie brała.
— Wziąłeś od niej pieniądze.
— Zadatek.
— Za mój sprzęt.
— Nasz sprzęt, Tereska. — Odchylił się na krześle. — Nie udawaj, iż nie mam nic wspólnego z tym biznesem.
Nie kłóciłam się. Pierwszą maszynę kupiliśmy razem, z moich oszczędności i tego, czego mi brakowało od niego. Ale kolejne przyszły później. Po latach zleceń, po ratach, po nocach, kiedy bark bolał tak, iż musiałam co dwadzieścia minut wstawać od maszyny i się rozciągać. Prawnik pewnie potrafiłby wyliczyć, czyje pieniądze co kupiły. Ja wiedziałam tylko jedno — kto codziennie rano siadał przed tymi maszynami.
— Dlaczego je sprzedajesz?
— Bo wreszcie zaczniemy żyć.
Omal się nie roześmiałam.
— Żyć?
Zaczął opowiadać o Mielnie. Mały domek blisko morza, dwa pokoje, taras, ogródek, mewy rano. Kolega z dawnej pracy go znalazł. Chciał wynająć go na rok, sprawdzić, jak nam się będzie żyło nad morzem. Nasze mieszkanie na Zamenhofa mielibyśmy wynająć. Żyć z jego emerytury. Pieniądze ze sprzedaży mojego sprzętu miały pokryć przeprowadzkę. Przemyślał wszystko. Oprócz jednego — nie zapytał mnie.
— A co z zakładem?
— Wystarczająco się napracowałaś.
— Nie mówiłam, iż chcę przestać.
— Skarżysz się na ręce.
— Czasem bolą. To nie znaczy, iż chcę skończyć.
Już wprowadziłam zmiany — lżejsze nożyczki, wyższe krzesło, mniej sukni na zamówienie, więcej drobnych przeróbek. Szukałam sposobu, jak dalej pracować. On szukał sposobu, jak to zakończyć.
— Poza tym mama pojedzie z nami — dodał.
— Twoja matka?
— Oczywiście.
Teściowa, pani Zofia, miała osiemdziesiąt cztery lata. Mieszkała sama, piętnaście minut drogi stamtąd, ale potrzebowała coraz więcej pomocy — z posiłkami, lekami, kąpielą, praniem. Wiesław i jego siostra Bogusia dzielili się dotąd tymi obowiązkami, sąsiadka pomagała rano.
— Twoja mama chce jechać do Mielna?
— Omówimy to.
— A kto się nią tam zajmie?
— Będziemy oboje w domu.
— Nie o to pytałam. Kto pomoże jej się umyć?
Milczał.
— Ty się lepiej na tym znasz — powiedział wreszcie.
I to było to. Jego wersja emerytury miała morskie powietrze, wędki, powolne śniadania, domino z kolegami na molo. Moja miała harmonogram leków i kąpieli.
Poszłam po folder, który leżał obok niego na stole. W środku: wyliczenia czynszu z wynajmu naszego mieszkania, koszty przeprowadzki, szacowana cena każdej maszyny, budżet miesięczny. Planował to od dawna. Na ostatniej stronie znalazłam grafik tygodniowy. Pierwsza kolumna: *poniedziałek — Wiesław: ryby. Wtorek — Wiesław: domino. Środa — Wiesław: poranek na molu.* Potem kolumna z moim imieniem: *Tereska — kąpiel mamy. Tereska — śniadanie i obiad. Tereska — leki. Tereska — pranie. Tereska — sprzątanie. Tereska — kolacja.*
Szukałam jednego wolnego poranka. Jednego popołudnia zaznaczonego moim imieniem i niczym więcej. Nie było ani jednego.
Wieczorem przyjechała Ola. Usiadła naprzeciwko mnie przy stole, telefon leżał między nami wyłączony.
— Tata mówił, iż się zgodziłaś.
— Nigdy nie rozmawialiśmy o zamknięciu zakładu.
Milczała długo, wpatrując się w obrus.
— Powiedział, iż sama nie umiesz przestać brać zleceń.
— A ty w to uwierzyłaś?
— Przepraszam, mamo.
Nie krzyczałam. Wstałam, zaparzyłam herbatę, postawiłam trzy kubki, chociaż Wiesław siedział w salonie i udawał, iż nie słucha. Powiedziałam do córki spokojnie, iż nazajutrz idę do notariusza na Placu Wolności — nie po to, żeby coś burzyć, tylko po to, żeby sprawdzić, co faktycznie do mnie należy.
Umówiłam się z Martą na środę. Przyniosła wszystkie potwierdzenia przelewu, wydruk ogłoszenia, zrzuty ekranu z rozmowy. Oddałam jej zadatek z własnego konta — te same trzy tysiące, co do złotówki — i podziękowałam, iż przyszła zamiast po prostu podpisać umowę za moimi plecami. Powiedziała, iż rozumie, iż to nie jej sprawa, ale iż coś jej nie pasowało od początku, skoro właścicielka zakładu choćby nie wiedziała o transakcji.
Do notariusza poszłam z fakturami za maszyny sprzed lat, z umową najmu lokalu podpisaną wyłącznie na moje nazwisko, z księgą przychodów prowadzoną od dwudziestu trzech lat. Notariusz, pan Krawczyk, spojrzał na dokumenty i powiedział wprost: lokal i działalność są moje, mąż nie miał prawa nikomu niczego obiecywać ani przyjmować zadatku bez mojej zgody. Sporządziliśmy pismo, w którym formalnie unieważniałam wszelkie umowy zawarte w moim imieniu bez mojego podpisu, i zmieniłam pełnomocnictwo do konta firmowego, z którego Wiesław dotąd mógł swobodnie korzystać.
Wróciłam do domu z teczką pod pachą. Wiesław siedział przy tym samym stole, obierał kolejną mandarynkę.
— Byłaś u notariusza — powiedział, bo widocznie zadzwoniła do niego Ola.
— Byłam. Zakład zostaje. Maszyny zostają. Konto firmowe od dziś prowadzę sama, bez pełnomocnictwa dla ciebie.
Poczerwieniał.
— To jest nasze wspólne życie, Tereska.
— Wspólne życie to nie grafik, w którym ty łowisz ryby, a ja myję twoją matkę. jeżeli chcesz jechać do Mielna — jedź. Ale beze mnie i bez moich maszyn. Twoją mamą zajmiemy się tak, jak dotąd — ty, Bogusia i opiekunka z ośrodka na Kościuszki, którą już umówiłam na rozmowę na piątek.
Nie krzyknął, nie trzasnął drzwiami. Odłożył mandarynkę i wyszedł na balkon z telefonem, dzwonić chyba do kolegi w sprawie domku nad morzem — sama nie wiem, czy jeszcze go wynajął.
W piątek przyszła do nas pani Halina z ośrodka opieki, usiadła z Zofią przy herbacie i ustaliły grafik wizyt na trzy razy w tygodniu. W poniedziałek otworzyłam zakład o ósmej, jak zawsze. Grażyna czekała już przy stole krojczym z nożyczkami w ręku.
— No to szyjemy? — spytała.
Włączyłam maszynę, przyszyłam ostatni guzik do zielonej sukni pani Krystyny i odłożyłam ją na wieszak przy oknie, gotową do odbioru.













