Nazywam się Bożena Kubik, mam sześćdziesiąt jeden lat i od dwudziestu trzech pracuję jako pielęgniarka na oddziale paliatywnym w szpitalu przy ulicy Grunwaldzkiej w Toruniu. Widziałam więcej pożegnań, niż potrafię zliczyć. Ale ta historia, o pani Halinie Werner i jej córce Monice, została ze mną na dłużej niż inne. Może dlatego, iż przez trzy tygodnie nocnych dyżurów siedziałam obok tego łóżka, podając wodę, mierząc ciśnienie, i słyszałam wszystko, co mówiły do siebie, kiedy myślały, iż śpię na krześle w kącie sali.
Pani Halina miała siedemdziesiąt osiem lat, raka trzustki, i dwa miesiące życia, o których nikt na głos nie mówił. Monika przyjeżdżała codziennie z Bydgoszczy, czterdzieści kilometrów w jedną stronę, zaraz po pracy w biurze rachunkowym. Zwykle siadała na tym samym krześle przy oknie, z którego było widać parking i kasztanowiec przycięty tak nierówno, iż wyglądał jak ktoś obgryzał go z jednej strony. Przynosiła termos z rosołem, którego pacjentka i tak nie jadła, i siedziała, obierając mandarynkę powoli, jakby to była jedyna rzecz, nad którą jeszcze miała kontrolę.
Nie odzywały się do siebie. Nie w sensie kłótni — po prostu milczały tak, jakby między nimi leżała szyba. Zapytałam kiedyś Monikę, gdy wyszła na korytarz zapalić papierosa, którego i tak nie paliła, tylko trzymała nieodpalonego między palcami. Powiedziała mi wtedy, iż jej ojciec zmarł jedenaście lat temu i iż matka nigdy jej nie wybaczyła, iż nie zdążyła przyjechać na czas do szpitala w Inowrocławiu, bo utknęła w korku na trasie A1. Jedenaście lat ciszy za trzydzieści minut spóźnienia.
Pewnej nocy, było już dobrze po dwudziestej trzeciej, pani Halina nie mogła spać. Ból przebijał przez morfinę, więc usiadłam przy niej, wymieniłam wkłucie, i zaczęła mówić — nie do mnie adekwatnie, bardziej do sufitu, do tej plamy po zaciekaniu, która od miesięcy nie znikała mimo remontu.
— Ona myśli, iż ja się na nią gniewam za tamten dzień — powiedziała. — A ja się gniewam na coś innego. Na to, iż przez te wszystkie lata trzymałam to w sobie jak kamień i nie umiałam go wypuścić. Teraz już nie ma czasu, żeby go wypuszczać powoli.
Zapytałam ją, czy chce, żebym zawołała córkę, która akurat wyszła do bufetu na kawę z automatu, tę okropną, za dwa złote pięćdziesiąt, którą i tak wszyscy piją, bo bufet zamykają o dwudziestej pierwszej. Pokręciła głową. Powiedziała, iż najpierw musi coś zrobić, i poprosiła, żebym podała jej torebkę ze schowka przy łóżku.
W środku była zwykła teczka z szarej tektury, taka, jakie sprzedają w każdym sklepie papierniczym za kilka złotych. W teczce — akt notarialny mieszkania przy ulicy Mickiewicza, sześćdziesiąt dwa metry, które od śmierci męża pani Halina trzymała zapisane na siostrzeńca, Tomasza, chłopaka, który odwiedzał ją raz w roku, na Wielkanoc, zawsze z tym samym pudełkiem czekoladek z dyskontu i tym samym pytaniem o testament zadanym w przebraniu troski.
Rano, kiedy Monika wróciła z kawą w kubku, na którym zostawił ślad po szmince, zastała matkę siedzącą wyprostowaną, z teczką na kolanach.
— Zadzwoń do notariusza — powiedziała pani Halina. — Pani Ewa Sadowska, kancelaria przy Rynku Nowomiejskim, numer jest w moim telefonie pod literą N. Powiedz jej, iż chcę zmienić zapis. Że mieszkanie ma iść na ciebie. Całe, nie połowę.
Monika stała z kubkiem w ręku, nie stawiając go na stoliku, jakby bała się, iż jeżeli się poruszy, matka zmieni zdanie.
— Mamo, po co teraz…
— Bo jedenaście lat to długo na to, żeby dwie kobiety siedziały w jednym pokoju i nie mówiły do siebie ludzkim głosem — odpowiedziała pani Halina. — Ja nie umiem powiedzieć „przepraszam" tak, jak trzeba. Ale umiem podpisać papier. To jest to, co mam.
Notariusz przyjechała dwa dni później, w piątek, bo w kancelarii akurat miała okienko między dwiema sprawami spadkowymi. Widziałam ją tylko przez chwilę, gdy mijałam się z nią na korytarzu — kobieta w średnim wieku, w płaszczu w kolorze butelkowej zieleni, z aktówką, która wyglądała, jakby ważyła więcej niż ona sama. Podpisanie trwało niecałe dwadzieścia minut. Byłam wtedy akurat na sali, sprawdzałam kroplówkę, i widziałam, jak pani Halina drżącą ręką postawiła podpis trzy razy, bo za pierwszym razem długopis nie chciał pisać.
Tomasz dowiedział się dwa tygodnie później, już po pogrzebie, kiedy zadzwonił do notariusza w sprawie, jak to ujął, „formalności". Nie przyjechał na pogrzeb, bo akurat miał urlop w Chorwacji, zarezerwowany, jak mówił, jeszcze przed tym, „jak wszystko się pogorszyło". Podobno stał wtedy w kuchni swojego mieszkania w Grudziądzu z telefonem przy uchu, i pani Sadowska powtórzyła mu spokojnie, iż akt notarialny został zmieniony za życia spadkodawczyni, zgodnie z jej wolą, i iż nie ma tu nic do kwestionowania.
Widziałam się z Moniką jeszcze raz, cztery miesiące później, przypadkiem, w kolejce do apteki na Szosie Chełmińskiej. Powiedziała, iż sprzedała mieszkanie po Mickiewicza, bo nie umiała w nim mieszkać, za dużo tam było ścian, które pamiętały ciszę. Kupiła za to coś mniejszego, bliżej córki, w bloku z windą, tam gdzie zimą nie trzeba nosić zakupów po schodach. Powiedziała to bez uśmiechu, ale i bez łez — takim tonem, jakim mówi się o czymś, co po prostu trzeba było zrobić.
Nie zapytała mnie, czy pamiętam tę noc w szpitalu. Ja też nie wspomniałam. Ale kiedy wracałam do domu, minęłam ten sam kasztanowiec pod oknem sali, w której leżała jej matka — ktoś w końcu przyciął go równo, po obu stronach.













