Życie w Starym Miasteczku Kosmicznym koło Wrocławia od lat przypominało cieknący kran — coś kapie, coś śmierdzi, ale jak się przyzwyczaisz, to choćby ujdzie za dom. Tamtego ranka niebo wyglądało, jakby ktoś przegryzł je na wylot: bure chmury w dziurach, a między nimi prześwitywała sina maź. Akurat wracałem z nocnej zmiany w sortowni części do dronów, gdy Samotny Lotnik otworzył okno na oścież i podkręcił radio. Fala „Przegrany" nadawała jego ulubiony kawałek — „Pogromca chmur w malinowych gaciach". Sąsiedzi od lat udawali, iż tego nie słyszą.
Zza rogu wyłonił się Dozorca Mietek i Bosa Laura. Ciągnęli fotel dowódcy ze złomowanego transportowca, który gnił na skraju poligonu w Żaganiu.
— Laura otwiera zakład fryzjerski. Salon męski — zameldował Lotnik, wychylając się z okna.
— Spłonie na starcie — mruknąłem. — Tu połowa chłopa łysa od promieniowania.
— W tym cały myk. Wymyśliła „pięćdziesiąt fryzur dla łysego". Rozesłała zaproszenia, wojskowi pisali, iż kupują. A właśnie, wczoraj byli wojskowi.
— Po strzyżenie?
— Nie do końca. Zebrali nas wszystkich z placu. Mówią, iż zgubili rakietę. Szczególnie tajną.
— Kiedy?
— Twierdzą, iż jesienią jeszcze była.
— gwałtownie się zorientowali.
Lotnik pokiwał głową, po czym zszedł na dół. Wyciągnął z kieszeni płaskie pudełko.
— Zostawili nam okulary. Specjalne. Do wzmożonej czujności.
— A co tu wypatrywać? — rozejrzałem się po podwórku. Piach, trzy krzaki, studnia i szyld „Bar u Krychy".
— Chodź — rzucił i pociągnął mnie w stronę nasypu za garażami.
Kazał mi spojrzeć na poligon. Widok zwykły: nasyp, słupy, antena, krzaki, sterta złomu. Potem wcisnął mi do ręki okulary. Były miękkie jak silikonowe płatki. Założyłem.
Za krzakami siedziało dwóch obcych. Każdy wielkości mnie plus pół Lotnika. Przypominali warany z oczami jak talerze. Z pysków kapała im ślina na rozgrzany piasek. Zdjąłem okulary — nikogo. Założyłem — siedzą. Zdjąłem. Założyłem. Siedzą jak wmurowani i patrzą na pas startowy.
— Teraz rozumiesz — powiedział Lotnik. — Wojskowi mówią, iż z kimś walczą, a my nie widzimy z kim.
Wtedy wpadł mi do głowy pomysł, żeby wywinąć okulary na drugą stronę. Przycisnęliśmy je do skroni.
W jednej chwili znaleźliśmy się za plecami obcych. Przed nami po nasypie maszerowały krzaki. Słupy kołysały się jak wahadła. A stara antena na wzgórzu powoli przechylała się w naszą stronę. Kiedy kąt zrobił się niebezpieczny, warany popatrzyły najpierw na siebie, potem odwróciły łby. Coś przebiegło mi po kręgosłupie i schowało się pod kością ogonową.
Rzuciliśmy się do ucieczki. Lotnik zgubił po drodze swoje druciane sandały, które sam spawał z anteny satelitarnej. Kiedy dopadliśmy podwórka, Dozorca Mietek właśnie zjeżdżał z beczki. Potem wdrapał się z powrotem i zaczął dźgać miotłą niebo. Trafił na coś twardego, stracił równowagę i zleciał. I znowu wlazł. Okazało się, iż rozgania stwardniałe warstwy atmosfery. Na nosie dyndały mu identyczne okularki.
— Wiesz co — oddałem Lotnikowi swój egzemplarz — nic więcej od wojska nie bierz.
Kiwnął głową.
— Jedną parę damy Bosej Laurze. Niech strzyże obcych. Będzie zysk.
— Niech strzyże.
Gdzieś za plecami rozległo się przeciągłe „kum". Obróciliśmy się. Pustą drogą od strony Martwego Lasu szła Jednonoga Lucyna. Bez wojskowych.
— Chyba nie wszyscy wyszli z okrążenia — mruknął Lotnik.
Pokiwałem głową. I wtedy zrobiłem jedyną sensowną rzecz tego dnia: wyjąłem z kieszeni telefon i zadzwoniłem do sortowni. Powiedziałem, iż biorę urlop na żądanie. Wszystkie dwadzieścia sześć dni naraz.
— Zwariowałeś — zdziwił się Lotnik. — Za co będziesz żył?
— Za to, co mam — odparłem. — A ty rób, co chcesz.
Wieczorem spakowałem torbę. Do środka wrzuciłem paszport, trzy pary skarpet, ładowarkę i okulary, które po cichu podwędziłem Lotnikowi z parapetu, gdy poszedł szukać sandałów. Nie po to, żeby na nich zarobić. Po to, żeby mieć dowód. Bo nikt nie uwierzy w historię o waranach przy pasie startowym, dopóki sam ich nie zobaczy.
Nocą wyszedłem na przystanek. Autobus do Wrocławia miał przyjechać o 4:47, ale nie przyjechał wcale. Zamiast tego po drugiej stronie drogi zamigotało światło. Takie, jakiego nie daje żadna latarnia. Włożyłem okulary.
Za przystankiem stało trzech obcych. Tym razem mieli przy sobie coś, co wyglądało jak moja rakieta — mała, srebrna, szczególnie tajna. Jeden z nich trzymał ją w łapie jak parasol. I patrzył prosto na mnie.
Nie uciekłem. Zdjąłem okulary. Przetarłem szkła rękawem. Włożyłem z powrotem.
Obcy zniknął. Została tylko rakieta — wbita pionowo w ziemię obok wiaty przystankowej, z wciąż migającym czerwonym światełkiem na czubku.
Zadzwoniłem na numer, który Lotnik zapisał mi markerem na wewnętrznej stronie pudełka. Zgłosił się gruby głos.
— Mówi sąsiad. Znalazłem waszą rakietę. Stoi przy przystanku w Starym Miasteczku. Możecie zabrać. Ale okulary zostają u mnie.
W słuchawce zapadła cisza. Potem usłyszałem tylko: „Proszę się nie ruszać z miejsca".
Nie ruszyłem się. Stałem tak do rana, patrząc na rakietę i myśląc o tym, iż za dwadzieścia sześć dni urlopu mogę nie dożyć pierwszego śniadania. Ale przynajmniej nikt już mi nie powie, iż nie wiem, z kim wojuję.












