„Ścigałem się z sąsiadem, kto lepiej wysprząta grób. Wystarczyło 1 zdanie znajomej, bym sczerwieniał ze wstydu jak burak”

zdrowie.kobieta.pl 2 godzin temu
Zdjęcie: Ścigałem się z sąsiadem, kto lepiej wysprząta grób, fot. Getty Images, zdjęcie ilustracyjne, D-Keine


Wszystko zaczęło się jakieś pięć lat temu, choć wcześniej bym się nie spodziewał, iż zwykłe sąsiedzkie relacje mogą zejść na tak absurdalne tory. Sławek, mój sąsiad z trzeciego piętra, którego kojarzyłem głównie z tego, iż zawsze parkował o centymetry lepiej ode mnie i nigdy nie miał śmieci pod drzwiami, niespodziewanie pochował kogoś z rodziny na cmentarzu komunalnym dokładnie obok grobowca mojej rodziny. Z początku uznałem to za przypadek, ot, życie.

Ale z czasem zdałem sobie sprawę, iż od tej chwili coś się zmieniło nie tylko na cmentarzu, ale i w codziennych relacjach między nami. Wcześniej ograniczaliśmy się do zdawkowego kiwnięcia głową na klatce schodowej, ewentualnie krótkiego „dzień dobry” rzucanego przez zęby. Teraz jednak między nami pojawiło się dziwne, ukryte napięcie. To nie była otwarta wojna, raczej niewypowiedziana nigdy na głos rywalizacja. Zimna wojna na znicze, chryzantemy i pastę do polerowania granitu, w której każde niepozorne działanie miało jakieś podwójne dno.

Żona mówiła, iż to nie Formuła 1

Zawsze uważałem się za człowieka spokojnego, bez szczególnej potrzeby udowadniania czegokolwiek. Pracuję w biurze, po pracy oglądam mecze, czasem pomagam żonie z zakupami czy naprawą kranu. Ale cmentarz wyzwalał we mnie instynkty, o których istnieniu wcześniej choćby nie miałem pojęcia. Nagle liczyło się, kto przyjedzie wcześniej, kto dokładniej umyje płytę, kto postawi bardziej okazały wieniec. Sławek miał tę irytującą manierę bycia we wszystkim o krok lepszym. jeżeli ja myłem pomnik w sobotę rano – on był tam już w piątek wieczorem, a jego płyta lśniła jak nowa. jeżeli ja kupowałem trzy średnie znicze – on stawiał dwa gigantyczne, przypominające kryształowe puchary, które świeciły całą noc.

Pamiętam, jak dwa lata temu uznałem, iż nie dam się przegonić. Zainwestowałem w specjalną pastę do granitu, która miała pozostawiać taflę jak lustro. Gdy następnego dnia przyjechałem zobaczyć efekt mojej pracy, okazało się, iż Sławek już zdążył postawić na swoim grobie lampion, którego światło odbijało się od jego płyty tak, iż mój własny granit wydawał się szary i nijaki. Powietrze na cmentarzu aż drgało od tej napiętej, niewypowiedzianej rywalizacji. Z czasem przestałem choćby rozmawiać o tym z żoną, bo widziałem, iż ona tylko kręci głową i mówi:

– Janusz, czy ty siebie słyszysz? To nie wyścigi Formuły 1.

A jednak dla mnie zaczęło to być ważne. W tym roku postanowiłem, iż nie odpuszczę. Już w połowie października rozpocząłem przygotowania. Znalazłem w Internecie preparat z woskiem Carnauba, dzięki, któremu kurz i pył miał nie osiadać na płycie, a przy okazji sprawić, iż granit nabierze głębi i szlachetności. Zamówiłem też u znajomej kwiaciarki wieniec, jakiego to miasto jeszcze nie widziało – ogromny, z dębowymi liśćmi, bordowymi kwiatami i gałązkami jarzębiny. Kosztował majątek, ale w mojej wyobraźni już widziałem minę Sławka. Wreszcie i ja miałem mieć powód do dumy.

Czułem, jak puls mi przyspiesza

Nadeszły dni przed Wszystkimi Świętymi. Uwielbiam ten specyficzny zapach: ostre, wilgotne powietrze, sucha ziemia, aromat palonego wosku, przebijający się spod warstwy jesiennych liści. Tego ranka zabrałem swoje wiaderko, szmatki, preparat, szczotkę, a wieniec ustawiłem ostrożnie na tylnym siedzeniu samochodu. Po drodze układałem w głowie plan działania: najpierw dokładne mycie, potem polerowanie, na końcu dekoracje. Chciałem, żeby wszystko wyglądało bez zarzutu, zanim Sławek się pojawi.

Na miejscu zamarłem. Sławek już tam był. Stał w rozkroku, z miotłą w ręku, w kurtce lekko rozpiętej, jakby dopiero co skończył najważniejszą robotę świata. Wymiatał najdrobniejsze pyłki z wąskiej ścieżki między grobami, a każdy jego ruch zdawał się demonstrować: „Patrz, jak się robi porządki”. Przez chwilę miałem ochotę odwrócić się na pięcie, ale pokonała mnie wewnętrzna ambicja. Podszedłem bliżej, udając, iż wcale nie przyspieszam kroku na jego widok. Ścieżka między grobami miała może pięćdziesiąt centymetrów szerokości.

– Dzień dobry, sąsiedzie – rzucił Sławek, opierając się na miotle jak zwycięski wódz na mieczu.

– Dzień dobry, panie Sławku. Widzę, iż od rana w gotowości – odpowiedziałem, odstawiając wiaderko z nieco zbyt dużą siłą. Woda lekko chlapnęła na jego but.

Udawał, iż tego nie zauważył, ale widziałem, jak zaciska szczękę. Zabrałem się do pracy, od razu z zacięciem, jakbym brał udział w jakimś cmentarnym konkursie. Szorowałem granit, aż bolały mnie ramiona, a pot ściekał mi po czole, mimo chłodnego poranka. W myślach liczyłem każdy ruch, analizowałem, czy nie można zrobić czegoś jeszcze lepiej, szybciej, bardziej efektownie. Sławek tymczasem zaczął układać swoje dekoracje. Z przerażeniem zauważyłem, iż przyniósł gigantyczną donicę z żółtymi chryzantemami. Miałem wrażenie, iż to nie przypadek, tylko kolejny etap naszego nieformalnego pojedynku. Przez chwilę walczyłem z pokusą, by przesunąć swój wieniec tak, żeby choć trochę zrównoważyć sytuację, ale postanowiłem najpierw zareagować słownie.

– Panie Sławku, ta donica trochę za bardzo wystaje – powiedziałem, nie podnosząc wzroku znad szmatki. – Nie będzie jak przejść.

Sławek poprawił kurtkę, spojrzał na kwiaty, potem na mnie.

– Przecież to tylko kilka centymetrów, panie Januszu. Kwiaty muszą oddychać. Zresztą, pański zeszłoroczny wieniec drapał moją żonę po rajstopach, jak przychodziła zapalić światełko.

– Mój wieniec był w granicach mojej kwatery – odparłem z naciskiem, wstając. – A pana kwiaty jawnie naruszają przestrzeń wspólną.

– Przestrzeń wspólną? Panie, to jest cmentarz, a nie spółdzielnia mieszkaniowa!

Staliśmy naprzeciwko siebie, dwa dorosłe chłopy z rękami brudnymi od pasty polerskiej i ziemi, gotowi skoczyć sobie do oczu o milimetry kwadratowe wylanej betonem ścieżki. Czułem, jak puls mi przyspiesza, a na końcu języka miałem bardzo dosadną ripostę, której nie wypadało powiedzieć na cmentarzu. W tej napiętej chwili nagle usłyszeliśmy za sobą chrząknięcie.

Zimny prysznic z przeszłości

Odwróciliśmy się niemal jednocześnie. Na alejce stała Krystyna, dawna znajoma z naszego osiedla, która wyprowadziła się ładnych parę lat temu. Była wyraźnie postarzała, ubrana w ciemny, skromny płaszcz, a w rękach trzymała zaledwie jeden, mały, szklany znicz. Jej obecność wytrąciła nas z równowagi, jakby nagle cmentarz przypomniał nam, po co naprawdę tu przyszliśmy.

– Janusz? Sławek? – zapytała cicho, mrużąc oczy, by lepiej nam się przyjrzeć. – Dobrze was widzieć, chłopaki. Tak dawno się nie widzieliśmy.

Zrobiło nam się potwornie głupio. Nasze nastroszone pióra natychmiast opadły. Sławek odchrząknął, a ja pospiesznie wytarłem ręce w spodnie, czując, jakby ktoś przyłapał mnie na czymś dziecinnym.

– Cześć, Krysiu. Kopę lat – powiedziałem, próbując brzmieć naturalnie, choć głos mi się lekko łamał.

– Co wy tu tak głośno dyskutujecie? Aż na głównej alei was słychać – uśmiechnęła się słabo. – Piękne macie te pomniki. Takie zadbane. Zawsze wiedziałam, iż wy obaj macie smykałkę do porządku.

– A, bo pan Janusz uważa, iż moja chryzantema za bardzo wystaje – wymamrotał Sławek, ale w jego głosie nie było już jadu, tylko zawstydzenie.

Krystyna spojrzała na donicę, potem na mój wielki, jeszcze nierozpakowany wieniec. Jej twarz spoważniała, a w oczach pojawił się smutek, który od razu zgasił resztki naszej rywalizacji. Wyglądała nagle na bardzo zmęczoną życiem.

– Wiecie po co tu przyszłam? – zapytała, patrząc gdzieś w przestrzeń ponad naszymi głowami. – Pochowałam wczoraj męża. Marian odszedł w poniedziałek. Serce. W jednej chwili był, w drugiej go nie było. Nawet nie zdążyliśmy się pokłócić o to, co zjemy na obiad.

Zapadła cisza. Prawdziwa, gęsta cmentarna cisza, w której słychać wyłącznie szelest spadających liści i własne, przyspieszone bicie serca. Poczułem, jak krew odpływa mi z twarzy. Sławek opuścił wzrok i zaczął nerwowo obracać w dłoniach rączkę od miotły.

– Przyszłam tylko zapalić mu światełko, bo pomnika jeszcze nie ma. Jest tylko usypana ziemia – kontynuowała Krystyna, a jej głos delikatnie drżał. – Jak patrzę na wasze kwiaty i znicze, to myślę sobie, jakie to wszystko piękne. Ale wiecie co? Marian pewnie by wolał, żebym zamiast kupować te wielkie wiązanki, po prostu posiedziała z nim na kanapie o jeden wieczór dłużej. Cieszcie się, iż jeszcze możecie się kłócić na tej klatce schodowej. Bo kiedyś zostanie wam tylko ta wąska ścieżka.

Nie wiedziałem, co powiedzieć. W gardle miałem gulę, której nie mogłem przełknąć. Spojrzałem na Sławka – widziałem, iż i jemu zrobiło się głupio. Krystyna skinęła nam głową i powoli ruszyła w stronę nowej części cmentarza. Jej sylwetka, drobna i przygarbiona, zniknęła między grobami, a ja czułem, iż coś się przewartościowało we mnie bezpowrotnie.

Co po nas zostaje

Staliśmy ze Sławkiem w milczeniu przez dobrą minutę. Wiatr przybrał na sile, przewracając jeden z moich pustych zniczy, ale żaden z nas nie schylił się, by go podnieść. Spojrzałem na swój lśniący, wywoskowany granit, a potem na wielką donicę sąsiada. Nagle to wszystko wydało mi się tak potwornie błahe. Mój wieniec, jego chryzantemy, centymetry ścieżki – jakbyśmy obaj zapomnieli, po co tu naprawdę przychodzimy. Stałem i rozmyślałem, jak łatwo można dać się wciągnąć w bezsensowną rywalizację, w której wygrana nie daje żadnej satysfakcji, a tylko odbiera czas, który można by spędzić z kimś bliskim. W głowie przelatywały mi obrazy: Święta spędzone z rodziną, rozmowy przy kuchennym stole, wspólne oglądanie telewizji, choćby codzienne sprzeczki o drobiazgi. Wszystko to nagle nabierało nowego znaczenia. Sławek chrząknął i pochylił się nad swoją donicą.

– Przesunę ją trochę – powiedział cicho, chwytając za krawędź. – Faktycznie, trochę zawadza.

– Zostaw, Sławek – odpowiedziałem szybko, zaskakując samego siebie tym, iż po raz pierwszy od lat użyłem jego imienia. – Nie przeszkadza. Moja żona i tak zawsze podchodzi od drugiej strony. A te kwiaty... ładne są. Naprawdę ładne.

Sławek spojrzał na mnie, a w jego oczach zobaczyłem ulgę, jakby czekał na takie słowa od dawna.

– Twój wieniec też niczego sobie. Bogaty – przyznał, a w jego tonie nie było już rywalizacji, tylko zwykła ludzka życzliwość.

Resztę porządków dokończyliśmy w ciszy. Pomagałem mu wstawić grabie do jego bagażnika, a on podał mi rękawiczki, które zostawiłem na ławce. Nie zostaliśmy nagle najlepszymi przyjaciółmi, nie umówiliśmy się na mecz, ale coś między nami pękło. Jakby ten absurdalny balon napięcia, który pompowaliśmy przez lata, nagle stracił całe powietrze i pozwolił nam po prostu być obok siebie, bez potrzeby udowadniania czegokolwiek. Wracając do domu, zatrzymałem się przy osiedlowym sklepie. Kupiłem ulubione ciastka mojej żony – te z marmoladą, które zawsze wyjadam jej z puszki, choć potem się przyznaję. Kiedy wszedłem do mieszkania, siedziała w fotelu, czytając książkę, oświetlona miękkim światłem lampki.

– Już skończyłeś? – zapytała, podnosząc wzrok. – Jak poszło z sąsiadem? Znów była bitwa o terytorium?

Uśmiechnąłem się lekko, stawiając ciastka na stole.

– Nie, w tym roku ogłosiliśmy rozejm. Zaparzysz herbaty? Posiedzimy chwilę razem.

Czułem, iż zrobiłem coś ważniejszego, niż najdokładniejsze wyszorowanie pomnika. Zrozumiałem, iż to, jak bardzo lśni nagrobek, nie ma żadnego znaczenia. Liczy się tylko to, z kim możemy napić się herbaty, zanim sami pod nim spoczniemy. I iż czasem wystarczy jeden wieczór więcej, by nie żałować potem zmarnowanych chwil na bezsensowne spory.

Janusz, 59 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

  • „Mąż uparł się, żebyśmy kupili działkę obok jego rodziców. Dopiero po przeprowadzce zrozumiałam, po co mu ta bliskość”
  • „Obiecałam teściowej, iż na starość będę się nią opiekować. Nie sądziłam, iż staruszka wywinie mi w podzięce coś takiego”
  • „Mąż drwił, iż za pensję nauczycielki szkoda rano choćby wstawać z łóżka. Nie zarabiam kokosów, ale należy mi się szacunek”

Idź do oryginalnego materiału