Sąsiadka ciągle pożyczała sól, cukier i jajka, ale nigdy nie oddawała. Kiedy przyszła po mąkę, przedstawiłam jej rachunek za wszystkie produkty

polregion.pl 1 tydzień temu

Jest takie polskie powiedzenie: Głupota gorsza od złodziejstwa. Kiedyś wydawało mi się ono przesadzone, ale życie gwałtownie pokazało mi, jak bardzo jest prawdziwe.

Pół roku temu wprowadziła się naprzeciwko mnie nowa sąsiadka. Kobieta po czterdziestce, zadbana, zawsze uśmiechnięta. Spotykaliśmy się przy windzie, wymienialiśmy uprzejmości zwykła, sąsiedzka grzeczność.

Pierwszy raz zapukała do moich drzwi jakieś dwa tygodnie po przeprowadzce. Było koło dziewiątej wieczorem. Otworzyłem, a tam pani Małgorzata z przepraszającym wyrazem twarzy i pustą filiżanką.

Przepraszam, iż przeszkadzam zaczęła cicho. Proszę sobie wyobrazić, zaplanowałam usmażyć naleśniki, już wszystko przygotowane, a tu się okazało, iż nie mam soli! Pożyczy pan łyżeczkę? Jutro oddam na pewno!

Jak tu odmówić w takiej sytuacji? Nasypałem jej prawie pół solniczki, podziękowała i zniknęła za drzwiami.

Ale na tym się nie skończyło. Po kilku dniach znowu tym razem przyszła po cukier.

Tak mi się zachciało herbaty z cukrem westchnęła, otulona w szlafrok. Na zewnątrz leje, późno Pożyczy pan szklankę? Oczywiście oddam i kupię choćby większe opakowanie!

Nie żałowałem, ale powoli zaczęły mnie nachodzić podejrzenia. Mieszka tu już prawie miesiąc mogła chyba kupić najpotrzebniejsze rzeczy? Sól, cukier, masło, zapałki To podstawa w każdym domu. Jednak machnąłem ręką.

Po tygodniu przyszła po jajka. Potem po trochę oleju, cebulę, połówkę cytryny, torebkę herbaty, tabletkę przeciwbólową, a choćby rolkę papieru toaletowego.

Zawsze ten sam schemat: wieczór, skruszony uśmiech, historia, jak to zapomniała kupić, i obietnica oddania jutro. Ale nic z tego, co pożyczyła, nie wracało do mnie. Pamięć pani Małgorzaty była wybitnie wybiórcza: świetnie zapamiętała, iż zwykle jestem w domu, ale o swoich długach natychmiast zapominała, jak tylko zamykały się za nią drzwi.

Raz sam potrzebowałem marchewki do zupy. Wiedziałem, iż Małgorzata jest w domu, więc zapukałem. Otworzyła, wysłuchała mnie i zrobiła minę niewiniątka:

Oj, mam, ale sama właśnie gotuję i jest mi potrzebna. Nie mogę pożyczyć.

Po tym wydarzeniu przelała się czara goryczy. Czyli moje produkty są wspólne, ale jej marchewka nietykalny rezerwuar? Postanowiłem: koniec z pożyczaniem.

Usiadłem z notesem i z pamięci spisałem wszystko, co sąsiadka ode mnie wzięła: cukier, jajka, kawa, olej, cebula, tabletka, cytryna, proszek. Wyszło ponad 200 złotych.

Zostawiłem kartkę na komodzie w przedpokoju. Przeczuwałem, iż niedługo się przyda. I nie myliłem się.

W sobotę szykowałem się do pieczenia szarlotki. Nagle dzwonek. W wizjerze pani Małgorzata z miską.

Wziąłem głęboki oddech, nałożyłem uprzejmy, ale chłodny uśmiech i otworzyłem drzwi.

Dzień dobry! zagaiła radośnie. Ratuj! Chciałam zrobić racuchy, kefir już końcówka, a mąki w ogóle nie mam! Pożyczysz 300 gramów? Oddam wszystko potem!

Mąka? powtórzyłem. Jasne, mam.

Super! Wiesz przecież, zawsze oddaję!

Małgosiu, oczywiście. Ale najpierw rozliczmy się za wszystkie wcześniejsze produkty.

Wręczyłem jej przygotowaną wcześniej listę. Sąsiadka zamrugała zdezorientowana. Normalnie bez słowa dostawała co chciała, a tu jakaś weryfikacja.

Popatrz powiedziałem, wskazując na spis. Zanotowałem wszystko, co od Ciebie pożyczyłem w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Sprawdźmy. Jajka piętnaście sztuk. Zgadza się?

No nie liczyłam wymamrotała, a jej uśmiech zniknął.

A ja liczyłem. Cukier cztery razy po szklance. Masło, kawa, proch, cytryna, cebula. Wszystko się zgadza?

Milczała już, w oczach zobaczyłem złość. Jak śmiem? Przecież to wszystko po sąsiedzku!

Policzylem po średnich cenach, dałem choćby upust. Razem: dwieście złotych.

Wyciągnąłem dłoń.

Jak tylko się rozliczymy, od razu nasypię Ci mąki. choćby przesieję, jak chcesz.

Serio? wyrzuciła w końcu, zaniemówiwszy. Wystawiasz mi rachunek? Za sól i zapałki?! Dobrze się pan czuje?!

Bardzo dobrze przytaknąłem. Jak się coś bierze, trzeba oddać. Jak nie oddajesz rozumiem, iż to zakup. Proszę uregulować należność.

Ależ z pana sknera! krzyknęła. Myślałam, iż można po ludzku A pan Centuś!

Skąpstwo to mieć kasę na sushi, a prosić sąsiada o papier toaletowy odpowiedziałem spokojnie.

Twarz Małgorzaty poczerwieniała.

Udław się swoja mąką! wydarła się. Nigdy już niczego od ciebie nie pożyczę!

Trzasnęła drzwiami tak, aż podskoczyły ściany. Zostałem z kartką w dłoni bez złości, raczej z ulgą.

Minęły dwa tygodnie. Małgorzata przestała się ze mną witać udaje, iż coś przegląda w telefonie, gdy widzi mnie w windzie. Słyszałem, jak narzekała do dozorczyni, iż w bloku mieszkają skąpi dziwacy.

Czasem zastanawiam się, czy postąpiłem słusznie. Ja jednak nauczyłem się wtedy, iż warto znać swoją wartość i umieć mówić dość.

Idź do oryginalnego materiału