Sąsiad wiedział za dużo
— Halina Stanisławówna! Halina Stanisławówna, zaczekajcie! — krzyczał sąsiad Wojciech Janowicz, wymachując rękami i niemal biegnąc za kobietą przed klatką. — Dokąd tak się śpieszycie? Musimy porozmawiać!
— Nie mam czasu, Wojciechu Janowiczu, muszę odebrać wnuczkę z przedszkola. — Halina próbowała go wyminąć, ale mężczyzna zagrodził jej drogę.
— Wnuczka poczeka. Sprawa poważna, dotyczy waszego Stanisława Wojciechowicza. — Oczy sąsiada błyszczały podejrzanym blaskiem. — Wiecie, gdzie wasz mąż był wczoraj?
Halina zastygła. W piersi poczuła nieprzyjemną gorycz, ale starała się nie okazywać niepokoju.
— Oczywiście, iż wiem. Na działce. Ziemniaki okopywał.
— Na działce? — Wojciech Janowicz uśmiechnął się szyderczo. — Ciekawe. A ja widziałem go o trzeciej na Orzeszkowej. Pod apteką numer siedem. Z jakąś kobietą. Rozmawiali bardzo… blisko.
Słowa uderzyły Halinę jak obuchem. Stanisław rzeczywiście wyjechał wczesnym rankiem, mówił, iż wróci na kolację. Wieczorem przyszedł zmęczony, brudny, narzekał na ból pleców po pracy w ogrodzie.
— Pomylił się pan — szepnęła. — Mój mąż cały dzień spędził na działce.
— Pomyliłem? — Wojciech Janowicz wyciągnął telefon. — A oto i zdjęcie. Trochę rozmazane, bo z daleka, ale Stanisława Wojciechowicza widać.
Halina nie chciała patrzeć na ekran, ale oczy same pobiegły za niewyraźnym obrazem. Rzeczywiście, sylwetka przypominała męża. Ta sama zgarbiona postawa, ten sam sposób trzymania rąk w kieszeniach.
— Kto to jest? — wyszeptała.
— Tego jeszcze nie wiem. Ale się dowiem. Mam znajomości, Halino Stanisławówno. Wszędzie ludzie siedzą. — Schował telefon i spojrzał na nią z fałszywym współczuciem. — Nie martwicie się za bardzo. Faceci to słabi ludzie, ulegają pokusom. Może nic poważnego.
Halina odwróciła się i weszła do klatki, czując, jak drżą jej nogi. Za plecami usłyszała zadowolony głos sąsiada:
— Jak coś wykombinuję, od razu wam powiem! Jesteśmy przecież sąsiadami, musimy sobie pomagać!
W domu Halina usiadła w kuchni i długo wpatrywała się w okno. Czterdzieści trzy lata małżeństwa. Czterdzieści trzy! Dwoje dzieci wychowali, dwoje wnuków. Czy naprawdę w ich wieku takie głupoty?
Stanisław wrócił z pracy jak zwykle, pocałował żonę w policzek, umył ręce i zasiadł do kolacji.
— Jak na działce? — niewinnie spytała Halina, obserwując męża.
— Normalnie. Ziemniaki okopane, marchew podlana. Zmęczyłem się, bolą mnie plecy. — Stanisław przeciągnął się, trzeszcząc kręgami. — Jutro znowu jadę, trzeba chwasty wyrywać.
— A do miasta nie wstępowałeś? Może do apteki po maść na plecy?
Mąż spojrzał na nią zdziwiony.
— Po co do miasta? Wszystko, co potrzebne, wziąłem. Coś chciałaś, żebym kupił?
Halina odwróciła się do kuchenki. Albo mąż kłamie jak najęty, albo Wojciech Janowicz się pomylił. Ale zdjęcie…
— Stasiu, widziałeś dziś Wojciecha Janowicza?
— Naszego sąsiada? Tak, rano w windzie się mijali. Dziwny się zrobił, wypytywał, dokąd jadę, po co. Jakby śledczy. — Stanisław zmarszczył brwi. — A co wam mówił?
— Nic ważnego. Tylko się przywitał.
Nocą Halina nie spała. Przewracała się z boku na bok, nasłuchując oddechu męża. Czterdzieści trzy lata śpią obok siebie, a teraz te wątpliwości. Czy naprawdę może być inna kobieta? W ich wieku?
Rano Stanisław jak zwykle wyjechał na działkę. Pocałował żonę, wziął termos z herbatą i paczkę z jedzeniem.
— Wrócę wieczorem — powiedział. — Może rybę kupię po drodze, jeżeli będzie dobra.
Halina odprowadziła go do windy i wróciła do mieszkania. Nie minęło pół godziny, gdy zadzwonił domofon. Wojciech Janowicz stał w progu z triumfalną miną.
— Halino Stanisławówno, mogę wejść? Mam nowe informacje.
— Proszę — westchnęła kobieta.
Sąsiad usiadł w kuchni, znacząco odkaszlnął.
— A więc, co do tej kobiety — wszystko wyjaśniłem. Nazywa się Barbara Witoldówna Nowak. Pracuje w przychodni numer trzy, jako pielęgniarka. Owdowiała trzy lata temu. Mieszka sama, dzieci w innym mieście. — Przerwał, delektując się efektem. — Znają się z waszym Stanisławem Wojciechowiczem od pół roku. Poznali się w kolejce do lekarza.
— Skąd to wiecie? — cicho spytała Halina.
— Moja żona ma kuzynkę w rejestracji tej przychodni. Wie wszystko o wszystkich. Mówi, iż często ich widuje razem. Raz w stołówce siedzą, raz na ławce przed wejściem rozmawiają. — Pochylił się bliżej. — I jeszcze powiedziała, iż wasz mąż chodzi do lekarza co tydzień. Do kardiologa. A wy o tym wiecie?
Halina zbladła. Stanisław nigdy nie narzekał na serce. Zawsze mówił, iż zdrowy jak dąb.
— Nie wiedziałam — przyznała.
— Widzicie! Ukrywa przed wami. A po co ukrywać, jeżeli wszystko jasne? — Wojciech Janowicz z zadowoleniem pokiwał głową. — Radzę wam go śledzić. Jutro na przykład. Sprawdzić, czy naprawdę jedzie na działkę.
— Nie będę śledzić własnego męża! Toż to wstyd…
— Co za wstyd? Jesteście prawowitą żoną, macie prawo znać prawdę. — Sąsiad wstał. — No cóż, wasza sprawa. Ja swój sąsiedzki obowiązek spełniłem, ostrzegłem.
Po jego wyjściu Halina usiadła przy stole i rozpłakała się. Czterdzieści trzy lata ufała mężowi bezgranicznie. Nigdy choćby przez myśl jej nie przeszło, iż mógłby ją zdradzić. A teraz…
Wieczorem Stanisław rzeczywiście przywiózł rybę — piękne leszcze. Oczyszczał je w kuchni, opowiadał, jak brały, jaka była piękna pogoda. Zwyczajny, znajomy, swój. Czy naprawdę zdolny do kłamstwa?
— Stasiu — zaczęła ostrożnie Halina. — A do lekarzy w ostatnim czasie nie chodziłeś? Może coś cię boli?
Mąż zastygł z nożem w rękuHalina uśmiechnęła się przez łzy, gdy Stanisław wyjął z kieszeni receptę i powiedział: „Chciałem ci oszczędzić zmartwień, ale teraz widzę, iż milczenie czasem boli bardziej niż prawda”.