Mam na imię Ryszard, jestem elektrykiem i od dziewięciu lat mieszkam na trzecim piętrze bloku przy Zielonej trzynaście w Bydgoszczy, piętro nad mieszkaniem Karoliny i Wojciecha Zająców. Piszę o tym, bo tego wieczoru, dwudziestego trzeciego maja, słyszałem przez wentylację więcej, niż powinien słyszeć ktokolwiek, kto akurat próbuje ugotować sobie zupę pomidorową.
Wojciech pracował w firmie budowlanej, miał tę swoją srebrną Skodę Octavię, którą zawsze myje w niedziele na parkingu, i wszyscy w klatce mówili o nim "ten porządny". Karolina uczyła chemii w liceum przy placu Wolności. Małżeństwo bez dzieci, dziesięć lat razem, spokojni ludzie – aż do tego wieczoru, kiedy usłyszałem trzaśnięcie drzwi na parterze i głos kobiety, którego nigdy wcześniej w tej klatce nie słyszałem.
Wychyliłem się przez klatkowe okno, bo akurat wynosiłem worek ze śmieciami, i zobaczyłem Wojciecha z dwiema walizkami i butelką prosecco, a za nim kobietę w beżowym trenczu, w kozakach na szpilce, która na klatce schodowej rozglądała się, jakby szacowała, ile to mieszkanie może kosztować na Otodomie. Pomyślałem sobie: no, teściowa przyjechała w gości. Nie zgadłem.
Zszedłem po worek do zsypu i przez otwarte drzwi ich mieszkania – bo drzwi były otwarte na oścież, jakby ktoś specjalnie chciał, żeby cała klatka słyszała – usłyszałem Wojciecha, jak mówi: "Karolina, poznaj Weronikę." Głos Karoliny nie drżał. To mnie zdziwiło najbardziej. Spytała tylko, spokojnym, prawie urzędowym tonem: "Dlaczego ona ma bagaż?"
Stałem z workiem śmieci w ręku przy windzie i czułem się jak idiota, ale nie odchodziłem.
Wojciech powiedział, iż Weronika zostaje, iż to teraz "otwarte małżeństwo", iż Karolina musi to zaakceptować, bo on jest zmęczony kombinowaniem i ukrywaniem się. Ta Weronika, zresztą, zdążyła już zapytać, czy jej rzeczy mogą wejść do pokoju gościnnego – jakby przyszła oglądać mieszkanie z agentem nieruchomości, a nie wchodziła w czyjeś małżeństwo.
Wiedziałem o Wojtku coś, o czym pewnie nikt w klatce nie wiedział – bo naprawiałem mu kiedyś gniazdko w przedpokoju i widziałem na stoliku rachunek z hotelu w Toruniu, dwie osoby, śniadanie do pokoju. Nie moja sprawa, pomyślałem tamtego dnia. Teraz stałem przy zsypie i rozumiałem, iż to wcale nie była jednorazowa sprawa.
Karolina nie krzyczała. Nie płakała. Powiedziałem sąsiadce z dołu, pani Basi, która wyszła akurat wyprowadzić psa, iż to musi być jakiś dramat u Zająców, a ona machnęła ręką: "Ta Karolina to zawsze była twarda, zobaczysz, iż sobie poradzi." Miała rację bardziej, niż myślałem.
Usłyszałem, jak Karolina mówi coś w rodzaju: "Dobrze, żadnej kłótni." Ta Weronika chyba się zdziwiła, bo zapytała z ironią, czy Karolina nie ma nic do powiedzenia. A Wojciech odpowiedział jej, zadowolony z siebie, iż wiedział, iż ostatecznie będzie rozsądna.
Potem usłyszałem, jak Karolina dzwoni do kogoś. Powiedziała tylko: "Tak, to się dzieje dzisiaj." I odłożyła telefon.
Wróciłem do siebie, wystawiłem zupę z gazu, bo się przypaliła, i czekałem – sam nie wiem na co. Piętnaście minut później, może szesnaście, usłyszałem dzwonek domofonu na dole, potem kroki na schodach – nie skradające się, spokojne, pewne. Wyszedłem na klatkę pod pretekstem, iż sprawdzam skrzynkę na listy.
Do mieszkania Zająców wszedł mężczyzna w ciemnym płaszczu, wysoki, w moim wieku, może starszy. Nie znałem go. Usłyszałem brzdęk szkła o podłogę – jakby komuś wypadł kieliszek – a potem krzyk tej Weroniki, ostry, jakby ją coś poparzyło: "To mój mąż!"
Zamarłem ze skrzynką w ręku.
Przez chwilę było cicho jak w kościele. Potem usłyszałem głos tego mężczyzny, spokojny, ale taki, iż choćby ja, stojąc na klatce, poczułem, jak mi się robi nieprzyjemnie w środku: "Zgadza się, Weronika. A ty mi powiedziałaś, iż jedziesz na szkolenie do Poznania."
Wojciech, jak mi później opowiedziała Karolina, kiedy siedzieliśmy tydzień później na ławce przed blokiem, dosłownie usiadł na kanapie, bo nogi go nie trzymały. Bo okazało się, iż ta Weronika, ta "wolna kobieta", była żoną kolegi Wojtka z tej samej firmy budowlanej – mężczyzny, którego Karolina znalazła przez wspólną znajomą z pracy jeszcze cztery dni wcześniej, kiedy w końcu sprawdziła, kim naprawdę jest kochanka jej męża. Nie zadzwoniła do niego z płaczem. Zadzwoniła spokojnie, powiedziała mu dzień i godzinę, i zaprosiła go do siebie – do własnego mieszkania, na które, jak się okazało, to ona miała główny wkład, bo to jej rodzice dali pieniądze na zakup dziesięć lat temu, a akt notarialny był wypisany tylko na jej nazwisko.
Karolina powiedziała mi to wszystko przy tej ławce, popijając kawę z termosu, bez jednej łzy w głosie: "Ryszard, ja nie musiałam krzyczeć. Miałam papiery."
To, co się stało potem, widziałem już tylko fragmentami, bo w końcu poszedłem do siebie – nie moja klatka do stania w drzwiach cudzego dramatu całą noc. Ale wiem od Karoliny, iż mąż Weroniki zabrał ją tego samego wieczoru, razem z tymi dwiema walizkami, które w ogóle się nie zdążyły rozpakować. Wiem, iż Wojciech próbował tłumaczyć, błagał, mówił, iż to nic nie znaczyło – a Karolina po prostu wyszła do przedpokoju, wróciła z teczką, którą trzymała już przygotowaną od czterech dni, i położyła mu ją na stole.
W teczce była kopia umowy przedwstępnej na wykup jego udziałów w rachunku inwestycyjnym firmy, który prowadziła razem z nim od ośmiu lat i na który przelała sto dwadzieścia tysięcy złotych z własnego mieszkania w Toruniu sprzedanego jeszcze przed ślubem. Był tam też numer telefonu prawniczki z kancelarii przy ulicy Gdańskiej, z którą Karolina miała już umówioną wizytę na poniedziałek. I była kartka z jednym zdaniem napisanym jej równym, nauczycielskim pismem: iż od tej pory Wojciech ma czternaście dni, żeby się wyprowadzić z mieszkania, bo akt notarialny nosi tylko jej nazwisko, a ona nie ma zamiaru z nikim "adaptować się" do niczego.
Wojciech siedział tam chyba do drugiej w nocy, bo widziałem światło w ich oknie, kiedy wracałem z nocnej zmiany zastępczej u sąsiada. Rano zobaczyłem go, jak pakuje bagażnik Octavii – swoje rzeczy, nie jej, bo to on się wyprowadzał, nie ona. Nie spojrzał na mnie. Ja też nie miałem mu nic do powiedzenia.
Karolina do dziś mieszka na drugim piętrze. W niedzielę myje okna, uczy dalej chemii w liceum przy placu Wolności, a na balkonie postawiła nową skrzynkę z geranium, bo, jak mi powiedziała, stara jakoś "nie pachniała już tak, jak powinna".













