Samotność i ból w sercu, ale przypadkowe spotkanie odmieniło moje życie na zawsze

polregion.pl 1 tydzień temu

Miałem trzydzieści trzy lata i czułem się samotny oraz zagubiony. Minęło piętnaście lat od ukończenia szkoły, a życie nie przyniosło mi ani szczęścia, ani rodziny, ani stabilności. Żadnej żony, dzieci, ani choćby stałej pracy. Dorywcze zajęcia, wynajmowane mieszkanie i chroniczne zmęczenie stały się moją codziennością. W duszy czułem się pusty. Sam dla siebie stałem się nieobecny.

Kiedy koledzy z klasy zaczęli organizować zjazd absolwentów, nie miałem ochoty świętować. Dołożyła się jeszcze wiadomość “na domiar złego” — dwa dni przed spotkaniem zostałem zwolniony. Pracy już nie było. Moja samoocena była na dnie.

Postanowiłem stanowczo, iż nie pójdę. Ale mój przyjaciel ze szkolnych czasów, Wojtek, nie pozwolił mi się poddać.
— Andrzeju, musisz tam być! Chociażby, żeby zobaczyć, jak wszyscy się postarzeliśmy! — śmiał się przez telefon.

W końcu przyjechał po mnie, dał mi koszulę i zabrał ze sobą. Poszedłem — bez wielkiego entuzjazmu, z ciężarem w piersi.

W restauracji było gwarno. Blichtr, śmiech, garnitury, eleganckie fryzury, zdjęcia dzieci, mężów, działek i samochodów. Moi koledzy jakby rywalizowali, kto jest bardziej udany. A ja stałem tylko, nieśmiały, popijając wino małymi łykami. Miałem wrażenie, iż jestem obcy wśród swoich.

Po godzinie zrobiło mi się duszno. Wyszedłem więc na zewnątrz zaczerpnąć świeżego powietrza. Cisza i ciemność otuliły mnie. Usiadłem na ławce, zmęczony zamknąłem oczy. Usłyszałem wtedy… cichy szloch.

Na schodach siedział chłopczyk. Mały, może 5–6-letni. Zapłakany, z obtłuczonym kolanem.

— Co się stało? — zapytałem cicho.

— Zabrali mi rower… Byli starsi ode mnie… — odpowiedział, łkając. — Mama będzie zła. Kazała mi nigdzie nie odchodzić…

Okazało się, iż chłopiec miał na imię Artur. Uciekł od babci, zabrał nowy rower — prezent urodzinowy — i postanowił pojechać do mamy, która pracowała właśnie… w tej restauracji.

— Jest tu kelnerką, — dodał cicho. — Tęskniłem…

Wziąłem go za rękę.
— Chodź, znajdziemy twoją mamę. Nie możesz sam być w ciemności.

Weszliśmy z powrotem. Poprosiłem kierownika o zawołanie kelnerki, Elżbiety. I wtedy wyszła za rogu — niska, z potarganymi włosami, w fartuchu, z wyrazem paniki na twarzy. Gdy zobaczyła syna, przytuliła go do siebie, płacząc — na oczach wszystkich. I w tym momencie zobaczyłem coś więcej niż matczyną troskę.

— To wy go znaleźliście? — wyszeptała. — Zniknął, oszalałam z niepokoju…

— Usłyszałem jego płacz. Też jestem na zjeździe absolwentów… I tak się tu znalazłem.

— Dziękuję. Widać, iż nie jest panu obojętny los innych, — powiedziała cicho i uśmiechnęła się — szczerze, przez łzy.

Już miałem odejść, ale chłopiec przytrzymał mnie za rękę:
— Przyjdzie pan jeszcze?

Zamilkłem na chwilę. Pierwszy raz od dawna nie miałem ochoty uciekać. Wręcz przeciwnie – chciałem zostać. Elżbieta wyciągnęła serwetkę, na której gwałtownie napisała numer.

— jeżeli będziesz miał ochotę — wpadnij. Choćby na kawę.

Następnego dnia napisałem. A dzień później wstąpiłem. Godzinami rozmawialiśmy z Elżbietą. Opowiedziała, iż owdowiała dwa lata temu, mąż zginął w wypadku. Samotnie wychowuje Artura, bez żadnej pomocy. Pracuje niezwykle ciężko, ale się nie poddaje.

Nie udawała. Nie pokazywała sukcesów. Po prostu była — żywa, zmęczona, prawdziwa. I to mi w pełni wystarczyło.

Minęło siedem lat. Jesteśmy małżeństwem. Artur nazywa mnie tatą. Urodziła nam się córeczka. Mam stałą pracę — dzięki znajomości z właścicielem restauracji, gdzie wtedy spotkałem Elżbietę. Zbudowaliśmy nowe życie — proste, bez pseudo-blichtru, ale ciepłe, prawdziwe, oparte na wzajemnej pomocy.

Teraz już wiem na pewno — choćby gdy jesteś na dnie, nie można ignorować głosu, który szepcze: „Spróbuj jeszcze raz”. Właśnie w takim momencie może pojawić się ktoś, kto wyciągnie cię z ciemności — za rękę. Tak jak wtedy wyciągnąłem Artura.

Idź do oryginalnego materiału