Sama sobie na głowę sprowadziłam — Tato, co to za nowe zdobycze? Okradłeś antykwariat? — Z niedowierzaniem uniosła brwi, oglądając białą, szydełkową serwetkę na swoim komodzie. — Nigdy bym nie pomyślała, iż lubisz takie starocie. Gust masz jak babcia Zośka… — Oj, Krystynko? Co Ty tu robisz bez zapowiedzi? — pan Olek wyszedł z kuchni. — My… tzn. ja, nie spodziewałem się Ciebie… Ojciec wyraźnie próbował wyglądać na pogodnego, ale jego spojrzenie zdradzało jakąś winę. — Tak, widzę, iż się nie spodziewałeś — Krystyna nadąsana zacisnęła usta i ruszyła do salonu, gdzie czekały ją nowe odkrycia. — Tato… Skąd to wszystko? Co tu się dzieje? Krystyna nie poznawała już własnego mieszkania. …Gdy tylko dostała lokal od babci, wnętrze wyglądało ponuro. Stare meble PRL, wypukły telewizor na obdartej szafce, zardzewiałe grzejniki, miejscami odklejające się tapety… Ale to była jej własna kawalerka. Do tego czasu Krystyna miała już trochę oszczędności. Wrzuciła je w remont i nie byle jaki – wybrała styl skandynawski: jasne kolory i minimalizm sprawiły, iż dwupokojowe mieszkanie wydawało się przestronniejsze. Z taką miłością dobierała akcenty, szukała odpowiednich zasłon, rozkładała puszyste dywany… Teraz zamiast jej ciężkich, niemal nieprzepuszczających światła zasłon wisiał zwykły nylonowy tiul, a włoska sofa była zasypana syntetycznym kocem w tygrysa. Na ławie do kawy stała jaskraworóżowa plastikowa waza ze sztucznymi różami w tym samym kolorze. I to jeszcze pół biedy. Najbardziej niepokoiły Krystynę zapachy. Z kuchni dochodziło smażenie na oleju i rybia woń. Śmierdziało tytoniem. A przecież jej ojciec nie palił… — Krystynko, wiesz… — w końcu odezwał się Olek. — Sprawa jest taka… Nie jestem tutaj sam. Chciałem Ci powiedzieć wcześniej, ale no… wyszło jak wyszło. — Jak to „nie sam”? — zbaraniała Krystyna. — Tato, tak się nie umawialiśmy! — Krystynko, przecież rozumiesz, iż z mamą życie mi się nie skończyło. Jestem jeszcze młody, choćby na emeryturę się nie kwalifikuję. Nie mam prawa do prywatnego życia? Krystyna zaniemówiła ze zdumienia. Ojciec miał prawo spotykać się z innymi kobietami, ale przecież nie w jej mieszkaniu! …Rodzice rozwiedli się rok temu. Mama zniosła zdradę spokojnie, jakby pozbyła się ciężaru, i rzuciła się w wir samorozwoju. Przyjaciółki miała tłumy, więc na smutki nie było czasu. Ojciec za to skowyczał. Wrócił do swojej kawalerki sprzed małżeństwa i przeraził się. Przez dziesięć lat wynajmował ją studentom, aż w końcu jeden z nich zasnął z papierosem. Nie miał kasy na remont i w rezultacie zapomniał o tym mieszkaniu. Dla bezpieczeństwa nie sprzedawał, ale też nie planował tam zamieszkać. Szczerze mówiąc, tam nie dało się żyć. Ściany pokryte sadzą, wybite szyby, pleśń na parapetach… Wyglądało to bardziej na kryptę z horroru niż na mieszkanie. — Oj, Krystynka, nie wiem, jak mam tu żyć… — żalił się wtedy ojciec, ciężko wzdychając. — Tu przebywać to niebezpieczne, a przed zimą z remontem nie zdążę. I tyle pieniędzy nie mam, by wszystko naraz zrobić. No trudno, zamarznę… Widać taki mój los. Krystyna nie wytrzymała. Nie mogła pozwolić, by człowiek, który ją wychował, mieszkał w takich warunkach. A gdyby coś mu się stało? Tym bardziej, iż jej mieszkanie teraz stało puste. Niedawno wyszła za mąż i przeprowadziła się do męża. Mając na uwadze złe doświadczenia ojca z wynajmowaniem, nie miała zamiaru go powtarzać. — Tato, zamieszkaj u mnie — zaproponowała. — Wszystko gotowe, wszystkie wygody są. Remont u siebie zrobisz na spokojnie, potem się przeprowadzisz. Ale jeden warunek — żadnych gości. — Naprawdę mogę? — zdziwił się ojciec. — Córeczko, dziękuję Ci ogromnie! adekwatnie mnie uratowałaś. Obiecuję, będzie cicho i spokojnie. No cóż. Spokojnie… Gdy Krystyna przypominała sobie tę rozmowę, drzwi do łazienki otworzyły się, wypuszczając obłok zapachowego pary. Z wnętrza wyszła kobieta około pięćdziesiątki. W jej własnym frotowym szlafroku. Ulubionym. Teraz ledwo zakrywał pełne kształty nieznajomej. — O, Olesiu, mamy gości? — zapytała tubalnym, przepalonym głosem dama, pokpiwając. — Mógłbyś uprzedzić, bo jestem w domowym… — Przepraszam, kim Pani adekwatnie jest? — zmrużyła oczy Krystyna. — I czemu ma Pani na sobie mój szlafrok? — Jestem Żaneta, ukochana Twojego ojca. Czemu się tak denerwujesz? No wzięłam szlafrok. I tak wisiał nieużywany. Serce Krystyny zadrżało ze złości. — Proszę go natychmiast zdjąć — syknęła. — Krystyna! — zapłakał ojciec, stając między nimi. — Nie zaczynaj cyrku! Żaneczka tylko… — Żaneta tylko wzięła cudzy ciuch w cudzym domu! — przerwała Krystyna. — Tato, oszalałeś? Wciągnąłeś tu swoją kochankę, pozwoliłeś jej grzebać w moich rzeczach bez pytania?! Żaneta wywróciła ostentacyjnie oczami i przeszła do salonu, ciężko siadając na koc w tygrysa. — Ale z Ciebie niewychowana dziewucha — oznajmiła. — Gdybym była Olkiem, dałabym Ci lanie, mimo Twojego wieku. Jak Ty się odzywasz do ojca? To, iż mieszka z inną kobietą, nie powinno Cię obchodzić, kochanieńka. Krystyna zaniemówiła. Jakaś obca kobieta, siedząca na jej sofie, próbowała ją pouczać. — Nie powinno — zgodziła się. — Dopóki nie dzieje się to w moim domu. — W Twoim? — Żaneta uniosła brwi i spojrzała pytająco na Olka. Stał pod ścianą, wciśnięty w ramiona, przenosił wystraszone spojrzenie z rozjuszonej córki na bezczelną kochankę. Liczył chyba, iż burza sama się rozejdzie, ale prognoza właśnie się pogorszyła. — Aaa… Tata zapomniał Pani o tym powiedzieć? — Krystyna zimno się uśmiechnęła. — No to ja powiem. On tu jest nikim. Gość. To moje mieszkanie i wszystko tu, do ostatniego garnka, kupiłam ja. Pozwoliłam mu się tutaj zatrzymać, ale nie przypuszczałam, iż zacznie sprowadzać swoje… wybranki. Żaneta spłonęła rumieńcem. — Olek?.. — jej głos stał się lodowaty. — Co ona plecie? Przecież mówiłeś, iż to Twoje mieszkanie. Kłamałeś? Ojciec wcisnął się w ścianę, prawie stapiając się z tapetą. Uszy mu płonęły ze wstydu. — No… Żaneczko, nie o to mi chodziło. Źle mnie zrozumiałaś — mam swoje mieszkanie, tylko inne, nie to. Nie chciałem Cię obarczać szczegółami. — Nie chciałeś obarczać?! No, dzięki! Przez Ciebie słucham tutaj niemiłych uwag! Krystynie skończyła się cierpliwość. — Proszę wyjść — powiedziała cicho. — Co? — zdziwiła się Żaneta. — Wynocha. Oboje. Macie godzinę. o ile nie opuścicie mieszkania, porozmawiamy formalnie. Wpuściłam, nazywa się, do mojego domku… Krystyna ruszyła do drzwi, ale Olek nagle oderwał się od ściany i rzucił do niej. — Córeczko! Chcesz własnego ojca na ulicę wyrzucić? Przecież wiesz, co tam u mnie się dzieje! Przecież tam zamarznę! Ojciec złapał ją za rękaw, a serce Krystyny na moment zadrżało. Dziecięce wspomnienia, poczucie obowiązku, współczucie dla niemal już starszego rodzica… Poczuła gulę w gardle. Ale spojrzała na Żanetę. Siedziała tam, w cudzym szlafroku, patrząc na Krystynę z tak straszną wrogością, iż wszystkie wątpliwości zniknęły. Gdyby Krystyna teraz odpuściła, jutro ta kobieta zmieniłaby zamki i tapety. — Tato, jesteś dorosły. Wynajmij sobie mieszkanie — powiedziała, uwalniając rękę. — Sam sobie winien. Umawialiśmy się, iż będziesz mieszkał sam, a Ty wziąłeś tutaj obcą kobietę, pozwoliłeś jej nosić moje rzeczy i zasyfiłeś mój dom… — Oj, brzydko tak się cieszyć swoim domem! — przerwała jej Żaneta. — Chodź Olek. Nie poniżaj się przed nią. Wychowałeś niewdzięcznicę… Po pół godzinie pakowania sprawa była załatwiona. Ojciec odchodził milcząco, zgarbiony, jakby postarzał się o dekadę. Na zawsze zapamiętała jego wzrok — wzrok bitego psa, którego wyrzucono na deszcz. Ale Krystyna wytrzymała to dzielnie, nie drgnęła nawet. Gdy wyszli, pierwsze co zrobiła, to otwarła okna, by pozbyć się smrodu ryby, fajek i tanich perfum. Zebrała szlafrok, koc i wszystko, co zostawiła Żaneta. Wszystko trafiło do śmietnika. Następnego dnia wezwała firmę sprzątającą i ślusarza do wymiany zamków. Brzydziła się dotykać czegokolwiek, czego używała tamta kobieta. Zwłaszcza tej. …Minęły cztery dni. Teraz w mieszkaniu Krystyny nie było nic zbędnego. Żadnych sztucznych kwiatków, żadnych przykrych „aromatów”. Mieszkała już oczywiście u męża, ale i tak czuła ulgę. Z ojcem nie rozmawiała już więcej. Na czwarty dzień to on do niej zadzwonił. — Halo, — odebrała niechętnie, odkładając wzrok. — No i co, Krystyna… — zaczął ojciec chrypiącym głosem. — Jesteś zadowolona? Szczęśliwa? Żaneta odeszła. Zostawiła mnie i poszła… — Ale niespodzianka — nie wytrzymała córka. — Pozwól, iż zgadnę. Stało się to, gdy zobaczyła Twoje prawdziwe mieszkanie i zrozumiała, iż trzeba będzie harować? Ojciec pociągnął nosem. — Tak… Postawiłem farelkę. Spałem na dmuchanym materacu. Wytrzymała trzy dni… Rano powiedziała, iż jestem gołodupiec i oszust, zabrała rzeczy i wyjechała do siostry. Powiedziała, iż strata czasu… A my się przecież kochaliśmy! — Jaka to tam miłość? Ty szukałeś wygody, ona — też. Po prostu się przeliczyliście. Zapadła cisza. Ojciec ewidentnie nie skończył. — Źle mi tu samemu, córeczko… — w końcu powiedział. — Tu jest strasznie… Mogę wrócić? Będę sam, przysięgam! Naprawdę! Krystyna spuściła wzrok. Jej ojciec siedział gdzieś tam, w ruinie i zimnie. Ale tę ruinę zbudował sam: najpierw zdradził matkę, potem oszukał córkę, a potem okłamał Żanetę. Tak, było jej żal ojca. Ale to współczucie mogłoby zniszczyć ich oboje. — Nie, tato. Nie wpuszczę Cię — odpowiedziała Krystyna. — Zatrudnij ekipę, zrób remont. Naucz się żyć w warunkach, które sam stworzyłeś. Jedyne, czym mogę pomóc, to polecić solidnych fachowców. Przepraszam. Jak będziesz chciał, daj znać. Po tym rozłączyła się. Okrutne? Może. Ale Krystyna nie chciała już, by ktoś zostawiał plamy na jej szlafroku i duszy. Nie każdą brud da się usunąć, czasem trzeba go po prostu do siebie nie wpuszczać…

polregion.pl 10 godzin temu

Wpuściłam sobie na głowę

Tato, a co to za nowe rzeczy? Zwinąłeś sklep z antykami? Kinga z niedowierzaniem uniosła brwi, przyglądając się białej, szydełkowanej serwetce na swojej komodzie. Nigdy bym nie powiedziała, iż lubisz takie starocie. Twój gust naprawdę przypomina babcię Zofię…
Ojeju, Kingusiu? Co tu robisz bez zapowiedzi? Edward Zieliński wyszedł z kuchni, wyraźnie zaskoczony. Nie… To znaczy… nie spodziewałem się ciebie…

Ojciec próbował zachować pogodę ducha, ale w jego oczach widać było coś na kształt winy.

No, widzę, iż nie czekałeś powiedziała Kinga z irytacją, zaciskając usta. Ruszyła do salonu, gdzie czekały na nią kolejne niespodzianki. Tato… Skąd to wszystko? Co tu się dzieje?

Kinga nie poznawała własnego mieszkania.

…Kiedy dostała lokum po babci, sytuacja była opłakana. Stare meble z PRL-u, wypaczony telewizor na obdrapanej szafce, rdza na kaloryferach, odłażące tapety… Ale to była jej własna kawalerka.
Kinga zdążyła już uzbierać trochę oszczędności. Przeznaczyła je na remont i to porządny. Wybrała styl skandynawski: jasne kolory i minimalizm dawały poczucie przestrzeni. Z troską dobierała dodatki, szukała odpowiednich zasłon, kładła puszyste dywany…

A teraz zamiast jej grubych, zaciemniających firan wisiał tani, przezroczysty tiul. Włoska kanapa była przykryta syntetycznym kocem z szczerzącym się tygrysem. Na ławie stał różowy plastikowy wazon z równie jaskraworóżowymi sztucznymi różami.

Najgorsze jednak były zapachy. Z kuchni docierał tłusty aromat smażonej ryby, do tego woń papierosów. A przecież jej ojciec nie palił…

Kingusiu, rozumiesz… w końcu odezwał się Edward. Rzecz w tym… Nie mieszkam sam. Chciałem ci powiedzieć wcześniej, ale jakoś nie wyszło.
Jak to nie sam? Kinga zgubiła się w sytuacji. Tato, przecież tak się nie umawialiśmy!
Kingo, przecież rozumiesz, iż moja historia z mamą się zakończyła. Jestem jeszcze młody, nie mam choćby emerytury. Czy nie mam prawa do szczęścia?

Kinga zamarła ze zdziwienia. Ojciec miał prawo spotykać się z innymi kobietami. Ale czy musiał to robić w jej mieszkaniu?

…Rodzice rozstali się rok temu. Mama przeszła nad zdradą ojca do porządku dziennego, jakby zrzuciła brzemię, i rzuciła się w wir samorozwoju. Koleżanek miała tyle, iż nie było czasu w nudę.
Ojciec natomiast załamał się. Vrócił do swojego przedmałżeńskiego mieszkania i przeraził się. Przez dziesięć lat wynajmował je lokatorom. Ostatni z nich zasnął z zapalonym papierosem. Brak pieniędzy na remont sprawił, iż ojciec porzucił mieszkanie. Nie chciał go sprzedać, ale mieszkać tam też nie zamierzał.
Tak naprawdę nie dało się tam żyć. Ściany czarne od sadzy, powybijane okna, pleśń na parapetach… Bardziej przypominało to krypty z horroru niż dom.

Kinga, nie wiem, jak mam tu żyć… żalił się ojciec, wzdychając. Tu jest niebezpiecznie, do zimy nie zdążę z remontem, nie mam na to pieniędzy. W końcu zamarznę… No nic, taki mój los.

Wtedy Kinga nie wytrzymała. Nie mogła pozwolić, by człowiek, który ją wychował, żył w takich warunkach. A co, jeżeli coś mu się stanie? Jej mieszkanie stało teraz puste. Niedawno wyszła za mąż i przeniosła się do męża. Po przykrych doświadczeniach z wynajmowaniem nie chciała znowu wynajmować.

Tato, zamieszkaj chwilowo u mnie zaproponowała. Wszystko tam jest, wygodnie. Powoli sobie zrobisz remont, a potem wrócisz. Tylko jeden warunek: żadnych gości.
Naprawdę mogę? zdziwił się ojciec. Kingo, jesteś wspaniała! Uratowałaś mi życie! Obiecuję, będzie spokojnie i bez niespodzianek.

Oj, spokojnie…

Gdy Kinga przypominała sobie ich rozmowę, drzwi do łazienki otworzyły się, wypuszczając obłok pachnącej pary. Wyszła z nich kobieta około pięćdziesiątki, w szlafroku Kingi. Jej ulubionym. Teraz ledwo krył krągłości nieznajomej.

O, Edziu, mamy gościa? zapytała kobieta ochrypłym, zadymionym głosem, pogodnie się uśmiechając. Mógłbyś uprzedzić, bo tak chodzę po domu.
Przepraszam, ale kim pani jest? zmarszczyła brwi Kinga. I dlaczego ma pani mój szlafrok?
Jestem Grażyna, ukochana kobieta twojego taty. A co się denerwujesz? Wzięłam tylko szlafrok, bo wisiał nieużywany.

Kinga poczuła, jak w skroniach pulsuje jej złość.

Proszę go zdjąć natychmiast powiedziała z zimną siłą.
Kinga! zaprotestował ojciec, ustawiając się między nimi. Nie rób scen! Grażynka tylko…
Grażynka tylko założyła cudzą rzecz w cudzym domu! przerwała mu Kinga. Tato, czy ty jesteś normalny? Przyprowadziłeś tutaj swoją kochankę i pozwoliłeś jej grzebać w moich rzeczach bez pytania?!

Grażyna demonstracyjnie wywróciła oczami i klapnęła na kanapę, na kocu z tygrysem.

Jaka z ciebie gburka stwierdziła. Ja na miejscu Edwarda dałabym ci lekcję wychowania, bez względu na wiek. Jak ty się zachowujesz wobec ojca? To, z kim mieszka, nie powinno cię obchodzić, kochanieńka.

Kinga była oszołomiona. Jakaś obca kobieta, siedząc na jej kanapie, beształa ją jak dziecko.

Nie powinno, dopóki nie dzieje się to w moim domu.
W twoim? Grażyna zmarszczyła brwi i spojrzała pytająco na Edwarda.

Ojciec stał pod ścianą, skulony, przenosząc przerażony wzrok z wściekłej córki na bezczelną partnerkę. Jakby liczył, iż burza rozejdzie się sama, choć prognoza właśnie uległa dramatycznemu pogorszeniu.

Ach… Tata zapomniał ci to wyjaśnić? Kinga rzuciła lodowate spojrzenie. Powiem sama. On tu nikt. Gość. To mieszkanie jest moje, wszystko tu kupiłam sama. Pozwoliłam mu tu mieszkać, ale nie pomyślałam, iż będzie przyprowadzać swoje… ukochane kobiety.

Grażyna poczerwieniała ze złości.

Edward?… głos miała lodowaty. O czym ona mówi? Przecież mówiłeś, iż to twoje mieszkanie. Kłamałeś mi?

Ojciec przykleił się do ściany, rumieniąc się do granic możliwości.

No, Grażynko, nie to miałem na myśli… Nie zrozumiałaś mnie. Mam własne mieszkanie, po prostu nie to. Nie chciałem cię obciążać szczegółami.
Nie chciałeś obciążać?! Dziękuję bardzo! Teraz przez ciebie muszę słuchać przytyków!

Cierpliwość Kingi się skończyła.

Wyjdźcie powiedziała cicho.
Co? zdziwiona Grażyna.
Proszę wyjść. Oboje. Daję wam godzinę. jeżeli nie znikniecie, wszystko załatwię zgodnie z prawem. Miało być gościnnie…

Kinga skierowała się do drzwi, gdy ojciec wreszcie oderwał się od ściany i pobiegł za nią.

Córeczko! Wywalisz mnie na ulicę? Przecież wiesz, co tam się dzieje! Zginę tam!

Ojciec złapał ją za rękaw, a serce Kingi się ścisnęło. Wspomnienia z dzieciństwa, poczucie obowiązku, współczucie… Łzy cisnęły się do gardła.

Ale wzrok padł na Grażynę.

Ta siedziała z nogą na nodze, w jej szlafroku, patrząc na Kingę z taką nienawiścią, iż wątpliwości zniknęły. Gdyby ustąpiła teraz, jutro ta kobieta wymieniłaby zamki i przemalowała ściany.

Tato, jesteś dorosłym człowiekiem. Wynajmij mieszkanie ucięła Kinga, wyrywając rękaw. Sam jesteś sobie winien. Umawialiśmy się, iż będziesz mieszkał sam, a tymczasem zaprosiłeś tu obcą kobietę, pozwoliłeś jej używać moich rzeczy i zrujnowałeś mój dom…
No to zadław się tym swoim domem! przerwała jej Grażyna. Chodź, Edward, nie poniżaj się. Wychowałaś niewdzięcznika…

Pół godziny pakowania i sprawa była załatwiona. Ojciec wyszedł w milczeniu, zgarbiony jak starzec. W oczach miał spojrzenie zbitego psa. Kinga wytrwała do końca, nie okazując słabości.

Kiedy wyszli, pierwsze co zrobiła, to otworzyła okna, żeby wyrzucić zapach ryby, papierosów i tanich perfum. Potem zebrała szlafrok, koc i wszystkie rzeczy zostawione przez Grażynę i wyniosła je do śmietnika. Następnego dnia zamówiła sprzątanie i ślusarza do wymiany zamka. Brzydziła się dotykać czegokolwiek, czego używała obca kobieta. Zwłaszcza ta.

…Minęły cztery dni.

Teraz w mieszkaniu Kingi nie było już ani sztucznych kwiatów, ani dziwnych zapachów. Mieszkała u męża, ale sama świadomość tego dawała jej siłę.

Nie rozmawiała z ojcem. Czwartego dnia zadzwonił sam.

Halo odebrała niepewnie Kinga.
No i co, jesteś szczęśliwa? zaczął zapitym głosem ojciec. Grażyna odeszła. Zostawiła mnie…
No kto by się spodziewał westchnęła Kinga. Pozwól, iż zgadnę. Stało się, kiedy zobaczyła twoje prawdziwe mieszkanie i policzyła, ile tam roboty?

Ojciec pociągnął nosem.

Tak… Przyniosłem farelkę. Spać musieliśmy na materacu. Grażynie wystarczyły trzy dni… Wytrzymała, potem powiedziała, iż jestem biedakiem i kłamcą. Spakowała walizki i wróciła do siostry. Stwierdziła, iż zmarnowała czas… Ale my się kochaliśmy, Kinga!
Co ty tam wiesz o miłości? Chciałeś sobie ułatwić życie, ona też. Po prostu oboje się przeliczyliście.

Przez chwilę było cicho. Ojciec ewidentnie jeszcze nie skończył.

Ciężko mi tu samemu, Kingusiu powiedział w końcu. Tu strasznie… Mogę wrócić? Będę sam, obiecuję, przysięgam!

Kinga spuściła wzrok. Wiedziała, iż ojciec siedzi gdzieś tam, w ruinie i chłodzie. Ale tę sytuację zgotował sobie sam: zdradził matkę, okłamał córkę, oszukał Grażynę.

Tak, żal jej było ojca. Ale to współczucie mogło zatruć życie im obojgu.

Nie, tato. Nie wpuszczę cię odpowiedziała Kinga. Wynajmij ekipę, zrób remont. Naucz się żyć w warunkach, które sam sobie stworzyłeś. Jedyne, co mogę zrobić, to polecić ci dobrych fachowców. Przepraszam. jeżeli będziesz potrzebował pomocy z remontem, zadzwoń.

Rozłączyła się.

Surowe? Może. Ale Kinga nie chciała już, by ktokolwiek zostawiał plamy na jej szlafroku i w jej duszy. Czasem nie da się doczyścić brudu, który zostawią po sobie inni trzeba mu po prostu zamknąć drzwi.

Życie nauczyło ją, iż nie wystarczy dobre serce i współczucie. Trzeba też zachować szacunek do siebie i swojego miejsca. Pomagać warto tylko tym, którzy naprawdę tego chcą i nie wykorzystują cudzej dobroci.

Idź do oryginalnego materiału