Sądeczanie kupują mądrzej niż kiedykolwiek wcześniej

miastons.pl 2 godzin temu

Jeszcze dwa, trzy lata temu na placach w okolicach Nowego Sącza funkcjonowało takie przekonanie, iż co trzeci sprowadzany zza Odry kombi ma ruszony licznik. Może to była przesada, może nie, ale coś w tym siedziało. Teraz rozmowy na placu wyglądają zupełnie inaczej. Człowiek przychodzi z telefonem, ma już otwarty raport historii pojazdu, wie, kiedy auto było pierwszy raz rejestrowane, wie, jakie miało wpisy serwisowe i bardzo gwałtownie przechodzi do pytania, którego sprzedawcy boją się najbardziej — skąd ta różnica między licznikiem w ogłoszeniu a ostatnim wpisem z niemieckiego warsztatu. Żadnej konferencji prasowej nikt nie ogłaszał. Ta zmiana wyrosła po cichu, gdzieś między 2023 a 2025, i dziś widać ją w dziwnych miejscach — w liczbach skarg, w temperaturze rozmów pod wiatą, w tym, iż część ogłoszeń znika z portali w ciągu doby. Region sądecki, który przez lata uchodził za trudniejszy kawałek polskiego rynku wtórnego, stał się nagle jednym z tych miejsc, gdzie dane wreszcie zaczęły coś znaczyć.

CEPiK w swoich cyklicznych raportach pokazał coś, co branżowi analitycy przyjęli bez większego zdziwienia. W 2025 roku do Małopolski przez cały czas wjeżdżało mnóstwo aut z niemieckiego kierunku, bo ten strumień nie wyschnie, dopóki euro kosztuje tyle, ile kosztuje. Ale odsetek pojazdów, które w pierwszym roku po rejestracji trafiały do warsztatu z niedającym się wytłumaczyć skokiem przebiegu, spadł wyraźnie wobec 2023. O kilkanaście procent rok do roku, jeżeli zestawić dane z historiapojazdu.gov.pl z raportami policji drogowej z regionu. Nie jest to załamanie fraudu — cofki dalej się zdarzają, to nie jest koniec tego biznesu — zmienił się tylko moment wykrycia. Wcześniej kupujący orientował się trzy miesiące po transakcji. Teraz orientuje się zanim w ogóle siądzie za kierownicą.

Marek Gołąb prowadzi plac przy wjeździe do Nowego Sącza od dwunastu lat i powiedział mi w marcu, iż jeszcze w 2022 roku może dwóch na dziesięciu kupujących w ogóle pytało o coś poza ceną i rokiem produkcji. Reszta oglądała lakier, klepała opony i podpisywała umowę. Teraz pytają prawie wszyscy, a co drugi przychodzi uzbrojony w zrzuty ekranu. „Jeden gość w lutym pokazał mi zdjęcia licznika z niemieckiego ogłoszenia sprzed osiemnastu miesięcy. Sam znalazł, sam porównał, sam zdecydował, iż nie kupuje.” Gołąb mówi to bez żalu, raczej z rozbawieniem. Sam zresztą zmienił się w międzyczasie, bo teraz sprawdza każdy pojazd, zanim postawi go na placu. Nie z czystego sumienia, tylko dlatego, że odrzucony klient zostawia opinię w internecie, a taka opinia kosztuje go potem znacznie więcej niż dwa wyjazdy po auto do Dortmundu.

Analityk ds. weryfikacji przebiegu w carVertical w rozmowach z branżą rzucił liczbą, iż udział kupujących w południowej Polsce uruchamiających raport przed transakcją przebił w drugiej połowie 2025 roku czterdzieści procent. Sam zastrzegł, iż to dane platformowe i iż jeden raport często obsługuje całą rodzinę szukającą auta, więc realny procent może być niższy. Trzy lata temu ten sam wskaźnik oscylował bliżej dwudziestu. Ciekawsze jest to, gdzie ten wzrost urósł najmocniej. Najszybciej przy autach z Austrii, bo tam dokumentacja serwisowa jest gęstsza i rozbieżności dużo łatwiej wyłapać. Wolniej przy autach z Niemiec zachodnich. Najwolniej przy wewnętrznym obrocie, gdzie dalej pokutuje zaufanie do sprzedawcy z sąsiedniej wsi.

Pod koniec stycznia rozmawiałem z inspektorką z jednej ze Stacji Kontroli Pojazdów w powiecie nowosądeckim. Powiedziała coś, czego nie da się dobrze skwantyfikować, ale co jej zdaniem jest prawdziwe — że dziś może w co piętnastym aucie z zagranicy widzi rozbieżność, którą rok, półtora roku temu widziała w co szóstym. To nie jest statystyka z akademickiego papieru. To subiektywne wrażenie człowieka, który patrzy na te auta codziennie. Ale takich subiektywnych wrażeń, zebranych z kilku niezależnych źródeł, nazbierało mi się przez ostatnie pół roku tyle, iż zaczęły się zlepiać w coś spójnego. Dodała jeszcze jedno, co warto zapisać — część sprzedawców po prostu przestała próbować wpychać w ten powiat auta z ewidentną cofką, bo wiedzą, iż zostaną namierzeni i zaraz trafią na lokalną grupę facebookową. Rynek sam się czyści. Koszt reputacyjny zaczął być większy niż marża z jednej transakcji.

Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego w raporcie o rynku wtórnym za 2025 rok zwrócił uwagę na coś, co patrzącym z Warszawy mogło umknąć. Świadomość konsumencka w południowej i południowo-wschodniej Polsce przez lata rosła wolniej niż w dużych aglomeracjach, ale po 2024 zaczęła nadganiać szybciej niż gdziekolwiek indziej. SAMAR w którymś ze swoich biuletynów opisał zjawisko nazwane roboczo „efektem sąsiedztwa” — kiedy jeden kupujący w małej miejscowości wykryje cofkę i opowie o tym w kawiarni albo na komunii, w ciągu kilku miesięcy zaczyna sprawdzać cała okolica. Nowy Sącz i okoliczne gminy, z tą swoją gęstą siecią wujków, teściów i znajomych z liceum, okazały się idealnym gruntem dla takiego mechanizmu. Informacja o jednej udanej weryfikacji przechodzi tu przez cztery osoby szybciej niż reklama w radiu regionalnym.

Ciekawe jest też to, co dzieje się po stronie sprzedawców, którzy przetrwali ostatnie dwa lata. Część drobnych handlarzy, może kilkunastu, o których słyszałem albo z którymi kiedyś rozmawiałem, po prostu zamknęła interes. Inni przenieśli się do powiatów, gdzie weryfikacja jeszcze nie stała się standardem. Ci, co zostali w okolicach Nowego Sącza, zaczęli inwestować w papiery. Na placu w Starym Sączu widziałem kiedyś oprawione w foliowe koszulki kopie raportów TÜV zawieszone na haczyku obok samochodu, żeby klient mógł je przejrzeć zanim jeszcze podejdzie do sprzedawcy. Pierwsze wrażenie — trochę zabawne. Drugie, po chwili — absolutnie racjonalne. Ten, kto pierwszy wyłoży komplet dokumentów, wygrywa rozmowę, zanim ta na dobre się zacznie.

Są też rzeczy, które nie ruszyły się z miejsca. Austria trzyma się jako źródło aut z przyzwoitą dokumentacją, ale tam ceny idą w górę i część kupujących przesuwa się w kierunku Niemiec Wschodnich, gdzie ryzyko cofki historycznie było wyższe. Handlarze, którzy omijają weryfikację z premedytacją, wciąż istnieją, tylko jest ich mniej. Kupujący poniżej trzydziestki sprawdzają historię niemal odruchowo, starsi częściej dzwonią do znajomego mechanika i to pokolenie jeszcze przez jakiś czas będzie stanowiło margines podatny na oszustwo. Prokuratura w Nowym Sączu w ubiegłym roku prowadziła kilka postępowań dotyczących zorganizowanych grup cofających liczniki w autach sprowadzanych z Belgii — co akurat tłumaczy się samo, bo przestępczy kawałek rynku zawsze przesuwa się tam, gdzie trafia mniej uważny nabywca.

Czego z tego wszystkiego nie wiemy, to jak długo ta pozytywna dynamika się utrzyma. Rynek reaguje na świadomość, ale oszustwa też ewoluują i ostatnie rozmowy z inspektorami nasuwają podejrzenie, iż pojawiają się coraz bardziej wyrafinowane metody manipulacji danymi w zagranicznych bazach serwisowych — zanim jeszcze auto przekroczy granicę. Na razie jednak kupujący w okolicach Nowego Sącza mają czasową przewagę, której nie mieli w 2021 czy 2022. W warsztacie pod Piwniczną, przy kawie z mlekiem w plastikowym kubku, mechanik z trzydziestoletnim stażem powiedział mi zdanie, które zapamiętałem — iż dziś rzadziej trafia mu się auto, które od razu wygląda jak oszustwo, a częściej takie, które zaczyna coś zdradzać dopiero po drugiej wizycie w serwisie. Co to znaczy dla klienta końcowego, nie do końca wiadomo.

Artykuł sponsorowany.

Idź do oryginalnego materiału