Człowiek, który miał dość biura
Gunther Holtorf urodził się 4 lipca 1937 roku w Getyndze. Przez wiele lat był związany z lotnictwem, pracował między innymi dla Lufthansy, mieszkał poza Niemcami i dobrze znał życie w drodze. W latach 60. i 70. przenosił się z rodziną między kolejnymi krajami, między innymi Argentyną, Chile, Hongkongiem, Indonezją i Urugwajem. Nie był więc człowiekiem, który po raz pierwszy zobaczył świat przez szybę terenowego auta. Podróżowanie miał już we krwi, ale dopiero kryzys zawodowy pod koniec lat 80. popchnął go do decyzji, która zmieniła resztę jego życia.
W 1988 roku Holtorf zrezygnował z pracy po tym, jak odrzucono jego projekt biznesowy związany z połączeniami lotniczymi. Miał wtedy kilka ponad 50 lat i poczucie, iż nie chce wracać do kolejnego biurka, kalendarza spotkań i przewidywalnego rytmu. Kupił nowego Mercedesa 300 GD, prostego, wytrzymałego terenowego klasy G. Auto było niebieskie, praktyczne i pozbawione luksusu, ale miało jedną cechę, która okazała się ważniejsza od komfortu: mogło jechać tam, gdzie zwykły samochód gwałtownie by się poddał.
Pierwsza wyprawa nie miała być legendą. Holtorf ruszył do Afryki ze swoją ówczesną żoną, Beate, zakładając, iż będzie to podróż na ograniczony czas. Trudy drogi gwałtownie obnażyły jednak napięcia w małżeństwie. Po kilku miesiącach para wróciła do Niemiec i zdecydowała się na rozwód. Dla Gunthera nie był to koniec planu, tylko koniec jednego etapu. Afryka wciąż go przyciągała, a samochód stał gotowy do dalszej jazdy.
Christine odpowiedziała na ogłoszenie
Po rozstaniu Holtorf zamieścił ogłoszenie, szukając osoby gotowej kontynuować z nim wyprawę. W 1989 roku poznał Christine, kobietę mieszkającą za upadającym właśnie murem berlińskim. Nie miała za sobą wielkiej wyprawowej kariery, ale miała coś, czego Gunther szukał najbardziej: gotowość do życia poza utartym scenariuszem. Z czasem została jego partnerką, później żoną, a przez kolejne dwie dekady najważniejszą towarzyszką w podróży.
Zanim wrócili do Afryki, zaczęli przerabiać Mercedesa tak, aby mógł zastąpić im dom. Z tyłu samochodu powstało miejsce do spania, pod materacem schowano kuchenkę i sprzęt potrzebny na co dzień, a na dachu zamontowano skrzynie na rzeczy używane rzadziej. Nie planowali wygodnej wyprawy z hotelami i rezerwacjami. Chcieli spać przy drodze, gotować samodzielnie, kupować jedzenie na lokalnych targach i poruszać się tak, by jak najmniej zależeć od cudzej infrastruktury.
W 1990 roku Gunther i Christine wrócili do Afryki już razem. W ich wyobrażeniu miała to być wyprawa na około dwa lata, może trochę dłużej, jeżeli droga okaże się trudniejsza. Zamiast szybkiego zaliczania państw wybierali powolny rytm: lokalne drogi, boczne przejazdy, przejścia graniczne wymagające cierpliwości i długie postoje tam, gdzie chcieli lepiej zrozumieć miejsce. Nie mieli sponsorów, stałej ekipy ani zaplecza technicznego jadącego za nimi drugim autem. To od początku była podróż dwojga ludzi i jednego samochodu.
"Otto" stał się trzecim uczestnikiem wyprawy
Im dłużej jechali, tym bardziej Mercedes przestawał być tylko środkiem transportu. Christine nazwała go "Otto", a ta prosta nazwa gwałtownie zaczęła znaczyć więcej niż marka i model. W środku przechowywali jedzenie, wodę, narzędzia, części zamienne, mapy, dokumenty i ubrania. Samochód był sypialnią, kuchnią, magazynem i schronieniem, kiedy trzeba było przeczekać upał, deszcz albo napiętą sytuację na granicy.
Holtorf bardzo pilnował technicznej strony wyprawy. Jeździł spokojnie, dbał o regularną wymianę oleju, woził części zapasowe i nie traktował auta jak maszyny do bicia rekordów prędkości. "Otto" miał przewozić ludzi i kilkaset kilogramów bagażu przez pustynie, błoto, góry, miasta i drogi, które często drogami były tylko na mapie. Według relacji przywoływanej przez "Przekrój", Gunther starał się nie przekraczać 80 km/h, a olej wymieniał co około 5 tys. km.
Pierwsze lata pokazały, iż ich plan dawno przestał mieścić się w pierwotnych ramach. Afryka zajęła im nie dwa lata, ale około pięciu. W styczniu 1993 roku licznik wyprawy przekroczył 100 tys. km w Mozambiku, a po dotarciu na południe kontynentu para nie chciała wracać do dawnego życia. Zamiast zamknąć podróż, wysłali samochód kontenerem do Ameryki Południowej. To właśnie wtedy wyprawa przestała być długim urlopem, a stała się sposobem życia, który miał potrwać znacznie dłużej, niż ktokolwiek mógł przewidzieć. Przejechali od Ziemi Ognistej przez Andy, Boliwię, Amazonię i kraje Ameryki Środkowej, później dotarli także do Stanów Zjednoczonych, Kanady i na Alaskę. Z czasem ich mapa zaczęła przypominać nie plan podróży, ale próbę sprawdzenia, gdzie na świecie da się wjechać własnym samochodem.
Nie wybierali wyłącznie tras łatwych i rozpoznawalnych. W późniejszych relacjach pojawiały się przejazdy przez Australię, Nową Zelandię, Indonezję, Malezję, Kambodżę, Indie, Nepal, Bangladesz, Pakistan, Afganistan, Irak, Iran, Arabię Saudyjską, Turcję, Skandynawię, Syberię, Mongolię i Koreę Południową. W wielu miejscach jechali bocznymi drogami, przez pustynie, góry, dżunglę i rejony, do których większość podróżników docierała samolotem albo w ogóle ich unikała. Gunther mówił, iż interesowały go nie tylko zabytki z przewodników, ale także obszary "poza cywilizacją", gdzie trzeba było polegać na własnym przygotowaniu i sprawności auta.
Nie wszędzie dało się wjechać
Im dalej jechali, tym większą częścią wyprawy stawały się nie kilometry, ale formalności. Gunther i Christine chcieli odwiedzać kraje, do których można było fizycznie dotrzeć samochodem, ale często wymagało to wieloletnich starań o pozwolenia. Tak było między innymi z Białorusią, Chinami, Kubą, Birmą i Koreą Północną. W tym ostatnim przypadku Holtorfowie zostali opisani jako pierwsi zmotoryzowani turyści wpuszczeni do kraju własnym autem.
Niektóre miejsca odpadły z powodów bezpieczeństwa albo braku realnej trasy. Somalia była zbyt niebezpieczna z powodu konfliktu, a część wysp oceanicznych nie miała wystarczającej sieci dróg, by podróż samochodem miała tam sens. Gunther nie traktował tego jak porażki. W tej wyprawie nie chodziło o szybkie stawianie punktów na mapie, ale o faktyczne przejechanie kraju, zobaczenie go z poziomu drogi i przekroczenie granicy tak, jak robią to zwykli ludzie, a nie uczestnicy zorganizowanej ekspedycji.
Bez hoteli, sponsorów i GPS-u
Ich styl podróżowania był surowy. Nie korzystali z hoteli, a noce spędzali w samochodzie albo w hamaku rozwieszonym tam, gdzie akurat mogli się zatrzymać. Jedzenie kupowali na lokalnych targach, gotowali samodzielnie i unikali restauracji, dzięki czemu ograniczali koszty oraz zmniejszali ryzyko problemów żołądkowych. Gunther wspominał, iż na początku lat 90. w Afryce potrafili przeżyć miesiąc za równowartość około 500 euro, wliczając paliwo, jedzenie i codzienne wydatki.
Świadomie nie chcieli sponsorów. Holtorf uważał, iż sponsor zwykle oczekuje logo na samochodzie i obecności marki w podróży, a to kłóciło się z ich sposobem przemieszczania. Nieoklejony, niewyróżniający się pojazd był bezpieczniejszy na granicach, w biedniejszych regionach i miejscach, gdzie wzbudzanie zainteresowania mogło oznaczać kłopoty. Przez lata korzystali z papierowych map, aparatu i części zapasowych; według późniejszych opisów nie opierali wyprawy na GPS-ie ani medialnym zapleczu.
Samochód musiał przetrwać wszystko
Największą stałą tej wyprawy była techniczna dyscyplina. Gunther wierzył w konserwację zanim pojawi się awaria. Woził ponad 400 części zapasowych, narzędzia, liny, wyciągarkę i dodatkowe koła. Wymieniał elementy wcześniej, niż było to absolutnie konieczne, pilnował oleju i starał się nie przeciążać silnika prędkością. "Przekrój" podawał, iż zwykle nie przekraczał 80 km/h, a olej wymieniał co około 5 tys. km.
Dzięki temu "Otto" znosił warunki, w których wiele nowszych samochodów gwałtownie odmówiłoby posłuszeństwa. Przewoził dwie osoby i kilkaset kilogramów bagażu przez drogi zniszczone przez deszcze, prowizoryczne przeprawy rzeczne, pustynne odcinki i wysokogórskie przełęcze. W relacjach o wyprawie podkreślano, iż nie doszło do poważnej awarii, której Gunther nie byłby w stanie naprawić, a skrzynia biegów przez dekady nie wymagała rozbierania. To sprawiało, iż samochód stawał się nie symbolem luksusu, ale dowodem na to, jak daleko może dojechać prosta konstrukcja, gdy ktoś naprawdę rozumie jej ograniczenia.
Po dwóch dekadach w drodze ich życie było już całkowicie podporządkowane rytmowi wyprawy. Wracali czasem do Niemiec, ale nie po to, by ją zakończyć - raczej żeby załatwić formalności, odpocząć i przygotować kolejny etap. Właśnie wtedy, gdy podróż zdawała się nie mieć granic, Christine zaczęła mierzyć się z chorobą, która zmieniła sens dalszej drogi.
Podróż po śmierci Christine
Po dwóch dekadach wspólnej drogi Christine Holtorf zachorowała na raka. Diagnoza nie zatrzymała ich od razu. przez cały czas planowali kolejne etapy wyprawy, ale choroba coraz wyraźniej zmieniała codzienność pary, która przez lata spała w samochodzie, jadła przy drodze i żyła bez stałego adresu. W 2010 roku, po około 20 latach podróżowania z Guntherem i "Otto", Christine zmarła. Przed śmiercią miała poprosić męża, aby nie przerywał tego, co razem zaczęli.
Gunther dotrzymał tej obietnicy. W kolejnych latach jechał już sam, choć formalnie samotny nie był nigdy - towarzyszył mu ten sam Mercedes 300 GD, który przez lata stał się czymś więcej niż pojazdem. Z Christine nie zdążyli dokończyć wszystkich planów, dlatego po jej śmierci Holtorf kontynuował trasę przez kraje wymagające najtrudniejszych formalności i zgód.
Ostatnie kilometry
Finał wyprawy nastąpił w październiku 2014 roku. Po latach dróg, przepraw, granic i kontenerowych transportów "Otto”"wrócił do Niemiec. Oficjalne zakończenie podróży odbyło się przy Bramie Brandenburskiej w Berlinie, a następnie samochód trafił do historii motoryzacji. Mercedes-Benz podawał wtedy, iż pojazd przejechał blisko 900 tys. kilometrów i odwiedził 215 państw oraz terytoriów.
Dla Gunthera nie był to zwykły moment oddania kluczyków. "Otto" przez ponad ćwierć wieku był miejscem snu, kuchnią, magazynem, warsztatem i jedyną stałą przestrzenią między kolejnymi kontynentami. Po zakończeniu wyprawy zapowiedziano, iż Mercedes 300 GD najpierw wyruszy jeszcze w trasę wystawową po europejskich salonach marki, a potem znajdzie stałe miejsce w Muzeum Mercedes-Benz w Stuttgarcie. Auto miało zostać pokazane nie jako luksusowy eksponat, ale jako zużyty, obciążony śladami drogi dowód jednej z najdłuższych samochodowych wypraw świata.
Po powrocie do Niemiec Holtorf nie próbował sprzedawać swojej historii jako wyprawy idealnej. Podkreślał raczej prostotę, cierpliwość i techniczną dyscyplinę, które pozwoliły mu jechać tak długo. Przez lata unikał sponsorów, wielkich reklam i filmowej oprawy, bo uważał, iż prawdziwa podróż wymaga swobody, a nie zobowiązań wobec marek. Kiedy wyprawa dobiegła końca, stała się symbolem ostatniej epoki analogowego podróżowania: bez codziennych relacji w mediach społecznościowych, bez nawigacji prowadzącej za rękę i bez zaplecza gotowego rozwiązać każdy problem na telefon.
Gunther Holtorf zmarł 4 października 2021 roku w wieku 84 lat. Jego wyprawa przez cały czas pozostaje opisywana jako jedna z najdłuższych podróży samochodowych w historii, a "Otto" jest kojarzony z rekordowym przejazdem przez niemal cały dostępny dla samochodu świat.
Źródła:
https://www.bbc.co.uk/news/special/2014/newsspec_8703/index.html?ref=blog.cottonbureau.com
https://przekroj.org/swiat-ludzie/jak-otto-zawiozl-gunthera-na-koniec-swiata-i-jeszcze-dalej/
https://supercarblondie.com/german-couple-mercedes-g-class-world-journey-otto/
https://harjeevchadha.wordpress.com/2012/07/25/gunther-holtorfmeet-the-man-on-a-23-year-road-trip-in-a-mercedes-g-wagon/
https://www.expeditionearth.live/inspiration.html
https://pl.wikipedia.org/wiki/Gunther_Holtorf














