Marek Wolniak miał trzydzieści dwa lata, sklep zoologiczny przy Straszewskiego w Krakowie i konto, na którym zostało osiemset złotych po tym, jak wpłacił zaliczki dwóm hodowcom z Katowic za partię danio pręgowanych i akwariowych krewetek. Chciał otworzyć drugi sklep, większy, z działem terrarystycznym. Chciał też, żeby Ania w końcu przestała się na niego złościć.
Ania była z nim od czterech lat i od trzech miesięcy powtarzała, iż ma dość. Nie chodziło o zdradę ani o pieniądze wprost – chodziło o to, iż Marek zawsze miał głowę zajętą rybami, fakturami, nowym transportem z Czech, i nigdy czasem dla niej. Rozstanie wisiało w powietrzu jak zapach wilgoci z zaplecza sklepu, gdzie stały akwaria kwarantannowe.
Postanowił zabrać ją gdzieś, gdzie nie będzie telefonu od hurtownika. Miał osiemset złotych. Słyszał kiedyś od klienta – bogatego kolekcjonera dyskowców, który przyjeżdżał do sklepu range roverem – iż biura nieruchomości na Mazurach wożą za darmo potencjalnych kupców po najlepszych działkach nad jeziorem, jeżeli tylko wyglądasz na poważnego klienta. Zadzwonił do agencji w Giżycku. Powiedział, iż prowadzi firmę importującą ryby ozdobne z Azji (prawda) i szuka działki pod budowę hodowli i pensjonatu agroturystycznego nad wodą (kłamstwo, ale ładnie brzmiące).
– Zapraszamy, umówimy oglądanie – odpowiedziała miła kobieta z biura.
Przyjechali z Anią do Giżycka pociągiem, na dworcu czekał na nich srebrny SUV z kierowcą. Przez trzy dni jeździli po działkach nad Niegocinem i Kisajnem, wieczorami jedli kolacje w restauracjach, które Marek opłacał kartą z limitem, o którym wolał nie myśleć, a w nocy Ania śmiała się pierwszy raz od miesięcy. W hotelowym pokoju pachniało tanim mydłem i sosnowym lasem za oknem, a rano na parapecie siadała ta sama sroka i patrzyła na nich przez szybę, jakby też chciała jechać oglądać działki.
Czwartego dnia agentka, niejaka pani Halina, zapytała, czy nie mają ochoty zobaczyć czegoś naprawdę wyjątkowego.
Miała. Mała, prywatna wyspa na jeziorze Święcajty, zwana przez miejscowych Wyspą Rybacką. Bezludna, z drewnianym pomostem, dziką trzciną i kolonią czapli, które gniazdowały tam od lat. Dojazd tylko łodzią. Woda przy brzegu przezroczysta jak w akwarium demonstracyjnym w sklepie Marka.
Marek zakochał się od razu. Wyspa wyglądała jak coś z okładki katalogu, który dostawał raz do roku z Niemiec – tyle iż prawdziwe.
– Ile? – zapytał.
– Milion dwieście tysięcy złotych – odpowiedziała pani Halina.
– Mogę dać sześćdziesiąt tysięcy – powiedział Marek. Nie miał tych pieniędzy.
– Cena to milion dwieście – powtórzyła, nie mrugnąwszy okiem.
– Osiemdziesiąt tysięcy, ostateczna oferta.
Wrócili łodzią w milczeniu. Kiedy dotarli do hotelu, ich walizki stały już spakowane przy recepcji. Agencja odwołała rezerwację pokoju.
Pociąg do Krakowa mieli za sześć godzin, więc pojechali na dworzec wcześniej, żeby zjeść coś ciepłego. Na tablicy odjazdów przy ich połączeniu pojawił się napis: ODWOŁANY. Awaria trakcji pod Olsztynem. Ludzie kłębili się przy kasach, ktoś krzyczał do telefonu, dziecko płakało obok automatu z kawą, który akurat się zaciął.
Marek postanowił coś zrobić. Bo ktoś w końcu musiał.
Podszedł do przewoźnika busów stojącego na parkingu przed dworcem i za trzy tysiące złotych – których nie miał, zapłacił kartą, którą miał wyciągnąć dopiero za dwa tygodnie – wynajął cały piętnastoosobowy bus do Krakowa. Nigdy wcześniej niczego takiego nie robił. Policzył gwałtownie ludzi z odwołanego pociągu, wyszło mu, iż musi wziąć po sto dwadzieścia złotych od osoby, żeby wyjść na zero. Pożyczył od sprzedawczyni w Żabce karton po piwie, rozerwał go i napisał flamastrem: KRAKÓW BEZPOŚREDNIO – 120 ZŁ OD OSOBY, ODJAZD ZA 20 MINUT.
Bus zapełnił się w osiem minut. Ania siedziała na schodku busa, trzymała ten karton na kolanach i śmiała się tak, iż musiała otrzeć oczy rękawem.
Kiedy wrócili do Krakowa, Marek nie dawał za wygraną. Zadzwonił jeszcze raz do pani Haliny. Dowiedział się, iż właściciel wyspy wcale nie jest bogaty – to emerytowany nauczyciel z Węgorzewa, który odziedziczył ziemię po ojcu i chciał sprzedać, żeby kupić mieszkanie córce w Olsztynie. Marek zaproponował mu osiemdziesiąt pięć tysięcy – których dalej nie miał. Nauczyciel odmówił. Marek odłożył słuchawkę i wrócił do swoich krewetek.
Trzy miesiące później zadzwonił telefon: wyspa jest do wzięcia za dziewięćdziesiąt tysięcy, bo inny kupiec się wycofał. Marek pożyczył od banku, od ojca i od kolegi z liceum, dołożył oszczędności ze sklepu i kupił.
Pensjonatu tam nie zbudował – teren okazał się objęty ochroną ze względu na czaple. Zamiast tego, w pierwszą niedzielę po podpisaniu aktu, wynajął łódkę u rybaka z Węgorzewa i popłynął z Anią na wyspę sam, bez agentów, bez SUV-a, z kocem i termosem herbaty.
Rozłożyli koc na trawie tam, gdzie kiedyś stała pani Halina z teczką pełną dokumentów. Ania zdjęła buty i postawiła je obok, jedno przy drugim, czubkami w stronę wody.
– To naprawdę twoje – powiedziała, nie pytając.
– Nasze – odpowiedział Marek i nalał herbaty do jednego kubka, bo drugiego zapomnieli wziąć.
Nad jeziorem robiło się chłodniej, słońce schodziło nisko nad trzcinami, a od strony przeciwnego brzegu zaczęły nadlatywać czaple, jedna po drugiej, wracające do swoich gniazd na starych sosnach. Ania odchyliła głowę do tyłu, oparła się o ramię Marka i podała mu z powrotem kubek, z którego wcześniej piła.
Siedzieli tak, dopóki ostatni ptak nie zniknął w koronach drzew, a po wodzie nie została tylko cisza i ślad po jego skrzydłach.












