Artur nie znosił listopada.
Błoto klei się wtedy jak lep, a niebo wisi tuż nad drzewami.
Autobus wysadził go na zakręcie i zniknął we mgle.
Do wsi zostało półtora kilometra.
Plecak ciążył. W środku chusta, ptasie mleczko, słoik kawy dla babci.
Nie zadzwonił. Chciał zobaczyć jej oczy w furtce.
Trzy lata kontraktu, kontuzja, pół roku szpitali.
Pragnął ciszy i zapachu drożdży z pieca.
Cisza go nie powitała.
Już z daleka usłyszał warkot diesla na luzie.
Przyspieszył, przeskakując kałuże.
Zielony płot leżał przewrócony w błocie.
Przy otwartej bramie stało czarne BMW.
Dwaj faceci w skórach pluli pestkami pod nogi.
Na ganku stał mężczyzna w camelowym płaszczu, krzyczał na skuloną postać.
— Ty chyba zgłupiałaś, starucha! — wrzeszczał. — Dawałem ci tydzień!
— Synku, gdzie mam iść… — szepnęła babcia Maria. — Tu był mój Stefan…
— Do domu opieki! — kopnął wiadro, zabrzęczało po podwórku. — Rozwalać tę ruderę!
Jeden z jego ludzi zrobił krok naprzód, śmiejąc się.
Artur nie krzyczał. Zsunął plecak na ziemię bezszelestnie.
Zauważyli go dopiero, gdy był dwa metry od nich.
— Ty, gościu, kim… — nie dokończył.
Jednym ruchem Artur powalił napastnika.
Drugi spotkał jego spojrzenie — lodowate, bez agresji.
— Stać — powiedział cicho.
Mężczyzna w płaszczu odwrócił się zdumiony.
— A ty kto? Skąd się tu wziąłeś?!
Artur podszedł do babci. Wyciągnęła ręce, oczy miała wielkie.
— Arturek… cały… żywy…
Objął ją, poczuł, jaka jest chuda. Pachniała lekarstwami i wełną.
— Jestem, babciu. Idź do środka.
— Ty, Rambo! — zawołał mężczyzna. — Ja jestem Edward Krot, ja tu rządzę!
Artur podszedł blisko, choć był niższy. Krot cofnął się odruchowo.
— Posłuchaj, Edziu — powiedział szeptem. — Zbieraj swoich i wynoś się stąd.
Krot poczerwieniał.
— Grozisz mi? Jutro wrócę ze sprzętem! Rozwalę ten kurnik razem z wami!
Machnął ręką, ekipa wsiadła do aut. BMW rozjechało grządki i odjechało.
W domu było ciepło, ale niepewnie.
Babcia wykładała ogórki, ręce jej drżały.
— Przyjechali miesiąc temu — mówiła. — Najpierw kupowali ziemię za grosze. Potem przyjechał Krot.
— I sąsiedzi się zgodzili? — Artur pił mocną, słodką herbatę.
— Prawie wszyscy. U Nowaków zginęła krowa. U Kowalskich był pożar. Ludzie się boją, synu. Krot ma brata w urzędzie, siostrzeńca w policji.
Artur poczuł, jak go skręca w środku.
— Dokumenty do domu masz gdzie?
— W komodzie, w szkatułce.
— Kładź się spać, babciu. Ja czuwam.
Nie zmrużył oka. Obszedł obejście — płot do niczego, las tuż za domem.
Wyszedł na ganek, zadzwonił.
— Halo? — odezwał się głos mimo trzeciej w nocy.
— Szymon, tu Cichy.
— Cichy! Gdzie cię nosiło?
— U babci. Tu lokalny cwaniak chce jutro zburzyć dom. Ma układy, policja mu sprzyja.
— Ilu ich było?
— Trzech. Jutro będzie więcej.
— Podeślij lokalizację. Podjedziemy do rana.
— Tylko spokojnie, Szymek.
— No przecież wiesz, jacy jesteśmy kulturalni.
Do świtu zostały cztery godziny.
Świt był szary. Mgła wisiała nad rzeką.
Artur siedział na ganku, obierał jabłko.
Zjawili się o dziewiątej. Najpierw warkot, potem żółty buldożer z mgły.
Za nim dwa SUV-y i bus.
Wysiadł Krot w puchowej kurtce, obok ochroniarz ze szramą.
Z busa wysypała się ekipa z kijami i rurami.
— I co, rycerzu? — szczerzył zęby Krot. — Spakowany?
Artur odgryzł jabłko.
— Mówiłem ci wczoraj, Edziu. Słabo słuchasz.
— Rozwalać płot! — wrzasnął Krot. — A tego wychować!
Buldożer zgrzytnął gąsienicami. Ekipa ruszyła do furtki.
Artur stał sam na ganku, w swetrze.
Ochroniarz mruknął:
— Chłopcze, połóż się sam. Cały wyjdziesz.
Wtedy od lasu dobiegł warkot silników.
Wszyscy spojrzeli w tamtą stronę.
Na podwórko wpadły dwa terenowe honkery, zatarasowały wjazd.
Wysiadło siedmiu mężczyzn, cicho, w szeregu.
Szymek, rudy i krzepki, wystąpił pierwszy.
— Dzień dobry, państwo urlopowicze. Ktoś nas nie zaprosił?
— To teren prywatny! — krzyknął Krot. — A wy kto?
— Tacy, co staruszkom drzewa rąbią. A wy łamiecie prawo.
— Rozprawcie się z nimi! — wrzasnął Krot.
Ekipa z kijami ruszyła — to był błąd.
Starcie trwało półtorej minuty.
Chłopaki działały czysto, bez chaosu. Chwyt, blokada, powalenie.
Ten ze szramą zamachnął się rurą na Szymka. Szymek zrobił unik, złożył go na ziemi.
— Leżeć! — ryknął ktoś. Buldożerzysta zgasił silnik, podniósł ręce.
Cała ekipa Krota leżała w błocie.
Krot stał przy BMW, blady jak tynk.
— Edziu — powiedział Artur. — Wyjmij telefon.
— Po co?
— Zobacz wiadomości lokalne.
Krot drżącą ręką wyciągnął telefon.
Szymek zajrzał przez ramię.
— Patrz, już jest artykuł.
Nagłówek głosił: „Afera w Sosnowicach: biznesmen grozi emerytom. Jest nagranie”.
Pod spodem wideo — Krot kopie wiadro, krzyczy, grozi rozbiórką.
— Mam znajomych nie tylko od sportu — mruknął Artur. — Video już u prokuratora.
Krot upuścił telefon w błoto.
— Dogadamy się? Zapłacę. Dużo zapłacę.
— Oczywiście — mrugnął Artur. — Zaraz zbierasz swoich i znikasz.
Krot zniknął tego dnia na zawsze.













