Rozstanie, które odmieniło moje życie

twojacena.pl 2 godzin temu

— Weroniko, co ty wyprawiasz?! — grzmiał Mikołaj po całym mieszkaniu. — Gdzie się tak stroisz?!
— Do teatru, jeżeli łaska! — poprawiła przed lustrem bluzkę z wyprzedaży. — Z Hanią umówione, od miesiąca ciągniemy na ten spektakl.
— Jaki teatr?! Masz tu pierdyliard roboty! Zmywarka pełna, koszule nieprasowane! A ta w teatr się pcha! — Chwycił ją za rękę, obrócił ku sobie. — Natychmiast się przebierz i zajmij domem!
Weronika szarpnęła się dłonią, wyrwała, ale na przegubie pozostał czerwony ślad jego palców.
— Mikołaj, mówiliśmy wczoraj! Cały dzień przesiedziałam w mieszkaniu, ogarnęłam wszystko. Jeden wieczór dla siebie, co w tym złego?
— Dla siebie?! — parsknął pogardliwie. — A kto cię żywi, odziewa? Kto dach nad głową? Ja, między nami mówiąc, po robocie wróciłem, chcę zjeść porządnie, a nie twoje kanapki przeżuwać!
Weronika bez słowa weszła do kuchni, zaczęła wyjmować produkty z lodówki. Dłonie drżały, wnętrzności zbiły się w ciasny kłębek. Jeszcze rano tak się cieszyła na wieczór, choćby fryzurę zrobiła, buty wypastowała. A teraz…
— No widzisz! — zamruczał usatysfakcjonowany Mikołaj, podgłaśniajął telewizor. — I szybciej! Głodny jestem jak wilk!
Gdy patelnia się nagrzewała, Weronika zerkała ukradkiem przez okno. Na podwórku kobieta w jej wieku wyprowadzała psa, śmiała się, rozmawiając przez telefon. Jakaż ta obca wydawała się szczęśliwa! Swobodna, lekka…
— Weronika! Zasnęłaś tam?! — warknął z pokoju.
— Robię już, robię! — odparła, gorączkowo przewracając kotlety.
Mikołaj zjawił się w kuchennych drzwiach, oparł o futrynę.
— Słuchaj, a jutro wieczorem wpadnie do mnie Janusz, pogadamy o interesach. Więc żadnych twoich kumpelek, siedzisz cicho, herbatkę podasz, jak poprosimy.
— Ale jutro sobota — ośmieliła się nieśmiało. — My z dziewczynami chciałyśmy do kawiarni…
— Jakie dziewczyny? Czterdzieści trzy kończysz, Weronika, obudź się! Czas już rozum do głowy przytulić. Dom, rodzina — oto twoje miejsce. A nie te głupoty z kumpelami i kawiarenkami.
Weronika postawiła przed nim talerz, usiadła naprzeciw. Jeść nie chciało się wcale, w gardle stała kula.
— Mikołaj, czemu tak się ze mną obchodzisz? Dawniej nie byłeś taki… Razem chodziliśmy do teatru, do kina, kwiaty mi wręczałeś…
— Dawniej! — machnął ręką. — Dawniej młodsza byłaś, ładniejsza. A teraz co z ciebie zostało? Roztyłaś się, postarzałaś, ubierasz się jak pani z warzywniaka. Wstyd się z tobą pokazać!
Słowa bolały boleśniej niż pięść. Weronika wstała, zaczęła sprzątać ze stołu. Łzy cisnęły się do gardła, ale się powstrzymywała. Nie chciała dać mu kolejnego powodu do upokorzeń.
— Nie becz! — skrzywił się Mikołaj. — Nie cierpię tych babskich mazgajstw. Lepiej pomyśl, jakby się ogarnąć. Może na siłkę się zapisz, dietę zastosuj. Bo kompletnie zaniedbałaś sprawę.
Gdy odszedł oglądać telewizję, Weronika wyjęła telefon, napisała do Hani: „Nie wyjdzie dziś, wybacz. Przełóżmy”.
Odpowiedź przyszła migiem: „Werka, co znowu? Trzeci raz w tym miesiącu! Tak nie można!”
„Wszystko gra, pilne sprawy” — napisała Weronika i zaraz skasowała. Nabrała krócej: „W porządku”.
Lecz Hania się nie poddawała: „Przyjeżdżaj do mnie natychmiast. Mówię serio”.
„Nie mogę, Mikołaj w domu”.
„Weronika, przyjaciółkami jesteśmy dwadzieścia lat. Widzę, co się z tobą dzieje. Dość tego znosić!”
Weronika włożyła telefon do szuflady, pod stertę papierów. Hania nie rozumie, rozwiedziona, żyje sama, łatwo jej radzić. A dom? Kredyt, który z Mikołajem spłacają? Dokąd pójdzie, co robić będzie?
Nazajutrz, gdy mąż poszedł do pracy, Weronika postanowiła odwiedzić ciocię Jadwigę. Siedemdziesięcioletnia kobieta przyjęła ją z otwartymi ramionami.
— Weroniko! Jakaż moja piękna! — ciocia Jadzia mocno uścisnęła siostrzenicę. — Wejdź, wejdź, placek właśnie upiekłam.
Przy herbacie ciocia bystro Weronice się przyglądała.
— Coś blada jesteś, córeczko. I schudłaś. Wszystko gra?
— Gra, ciociu, staram się uśmiechać. — Po prostu praca męczy.
— Praca… — przeciągnęła ciocia. — A w domu jak? Twój M
I już wtedy Weronika wiedziała, iż tamten bolesny rozpad małżeństwa był najlepszą decyzją w jej życiu, bo teraz szła ulicą wśród kwitnących kasztanowców z uśmiechem i podniesioną głową, oddychając pełną piersią jak ktoś, kto wreszcie zrzucił niewidzialny gorset i odkrył, iż świat jest piękny, a ona jest jego istotną częścią.

Idź do oryginalnego materiału