Rozmowa z Zacharem Szerstobitowem

kulturaupodstaw.pl 2 godzin temu
Zdjęcie: fot. Tobiasz Jankowiak


W tle pracuje drukarka, dzwoni telefon, a między jednym a drugim zadaniem Zachar Szerstobitow przelewa chemię w ciemni, tłumaczy studentom działanie sprzętu i opowiada o najnowszych technologiach obrazowania.

Od niemal dekady jest jednym z najważniejszych punktów odniesienia dla osób studiujących fotografię na UAP. Dziś – już nie tylko jako laborant, ale także wykładowca, popularyzator wiedzy i twórca internetowy.

Mateusz Kiszka: Mam wrażenie, iż Laboratorium Wydziału Fotografii jest dziś centrum całego wydziału.

Zachar Szerstobitow: Trochę tak jest. Kiedyś laboratorium oznaczało głównie pomoc w ciemni albo w studio. Dzisiaj to już zupełnie inne miejsce. To centrum przepływu informacji, sprzętu i ludzi. Studenci przychodzą po aparaty, lampy, kamery, pytają o terminy obron, konsultują swoje projekty. Wykładowcy i wykładowczynie też potrzebują pomocy z różnymi sprawami. W praktyce to taki organizm, który działa bez przerwy.

I adekwatnie każdy dzień wygląda inaczej. Wczoraj wróciłem z Wenecji, gdzie dokumnetowałem dronem wystawę zorganizowaną przez Uniwersytet Artystyczny im. M. Abakanowicz, dziś od rana sprzątamy ciemnię i pomieszczenia na Wydziale w oczekiwaniu na kontrolę Sanepidu, a jutro wyjeżdżam z osobami ze studiów niestacjonarnych do Przesieki na plener końcoworoczny. W międzyczasie ktoś musi wypożyczyć sprzęt, ktoś czegoś nie rozumie, komuś trzeba pomóc rozwiązać problem techniczny.

MK: To już chyba nie jest zwykła praca techniczna.

ZS: Nie, zdecydowanie nie. Sama funkcja laboranta też się bardzo zmieniła. Kiedyś to była bardziej osoba „od chemii”, „od ciemni” – od takich stricte technicznych spraw. Teraz to jest w pewnym stopniu miks wszystkiego. Z jednej strony odpowiadam za sprzęt i całą logistykę, z drugiej prowadzę zajęcia, konsultuję projekty, pomagam rozwiązywać problemy merytoryczne i technologiczne.

Wiele osób studiujących ma bardzo dobre pomysły, ale nie wiedzą jeszcze, jak je technicznie zrealizować. I właśnie wtedy przychodzą tutaj – do Laboratorium.

MK: Powiedziałeś kiedyś, iż twoja praca stała się bardziej „opiekuńcza”.

ZS: Myślę, iż świat się zmienił. Kiedy zaczynałem pracę w 2016 roku, osoby studiujące na Fotografii były zwykle bardziej „geekowie” – posiadały większe zaplecze techniczne. Aparaty wymagały większej wiedzy, trzeba było rozumieć ich działanie. Dzisiaj sprzęt robi ogromną część rzeczy za człowieka.

To nie znaczy, iż jest gorzej. Po prostu jest inaczej. Mamy pokolenie ludzi wychowanych już nie tylko z internetem, ale z mediami społecznościowymi, automatyzacją przedmiotów codziennego użytku (w tym sprzętu do rejestracji obrazu) od dzieciństwa.

fot. Tobiasz Jankowiak

Te osoby myślą o zapisie treści wizualnej inaczej, niż jeszcze 10 lat temu. Potrafią być bardzo świadome konceptualnie, ale jednocześnie myślą o sprzęcie jako narzędziach, które mają służyć konkretnemu celowi, nie przekładając tego na ciekawość zjawiska – jak to działa. Coraz rzadziej obserwuję by „zajawka techniczna” stanowiła główne źródło inspiracji artystycznych.

Dlatego moja rola jest trochę jak rola „wujka”, który pomaga wejść w ten świat. Nie lubię zresztą wielkiego dystansu. Zawsze było mi bliżej do normalnego kontaktu niż do formalnego modelu relacji wykładowca–student.

MK: Skąd w ogóle wzięła się u ciebie fotografia?

ZS: Pochodzę z rodziny artystycznej. Urodziłem się w Kijowie, moi rodzice poznali się na uczelni artystycznej i oboje z wykształcenia zajmują się malarstwem. Tata do dziś aktywnie maluje i z tego żyje. Siostra też jest malarką, brat zajmuje się tatuażem i grafiką. W pewnym sensie sztuka w wymiarze wizualnym była obecna w moim życiu od zawsze.

Potem było liceum plastyczne w Jarosławiu, następnie Akademia Fotografii w Krakowie, aż w końcu trafiłem do Poznania, gdzie rozpocząłem studia w zakresie sztuki fotografii. Wiedziałem, iż chcę ją studiować, choć nie do końca wiedziałem jeszcze, czym fotografia stanie się dla mnie w przyszłości.

MK: Pamiętasz swoje początki na UAP?

ZS: Bardzo dobrze. To był jeszcze zupełnie inny wydział niż dziś. Kiedy zaczynałem studia, większość rzeczy robiło się analogowo. Zdjęcia na zaliczenia oddawaliśmy wywołane w ciemni, nie wydrukowane cyfrowo. Ludzie robili odbitki w łazienkach, po nocach, kombinowali z chemią. To była fotografia bardzo „fizyczna”. I chyba właśnie dlatego mnie to tak wciągnęło.

MK: Na początku interesował cię głównie dokument?

ZS: Tak, i przez pierwsze lata studiów nie zawsze dobrze się z tym odnajdywałem. Dokument nie był wtedy szczególnie modny na Wydziale. Interesowały mnie historie ludzi, socjologiczne obserwacje, rzeczy bardzo osadzone w rzeczywistości.

fot. Tobiasz Jankowiak

Mój dyplom licencjacki – „Amnezja” – dotyczył Polonii holenderskiej. Przez jakiś czas mieszkałem i pracowałem w Holandii, gdzie obserwowałem ludzi funkcjonujących w przestrzeniach liminalnych. Fascynowało mnie to, jak emigracja zmienia człowieka – jak ludzie tworzą własne enklawy, jak zrzucają z siebie pewne społeczne normy.

To był projekt bardzo dokumentalny, ale już wtedy zależało mi na obrazowości. Nigdy nie interesowała mnie fotografia kompletnie hermetyczna, koncepcyjna. Chciałem, żeby obraz działał na odbiorcę samodzielnie.

MK: Czyli jesteś estetą?

ZS: Bardzo. Lubię rzeczy ładne. Nie mam problemu, żeby to powiedzieć.

Nigdy nie fascynowała mnie sztuka, która jest kompletnie nieczytelna. Lubię, kiedy obraz działa wizualnie, kiedy coś uruchamia wyobraźnię bez konieczności czytania wielostronicowego opisu.

MK: A jednocześnie twoje projekty często mają konceptualny charakter.

ZS: To się nie wyklucza. W pewnym momencie zacząłem odchodzić od klasycznego dokumentu, ale dalej interesowały mnie obrazy figuratywne, mocno osadzone wizualnie.

Jednym z ważniejszych projektów była seria realizowana wspólnie z moją żoną Jadwigą. Tworzyliśmy obrazy przypominające przygotowania do życia po końcu świata – trochę kosmiczne, trochę posthumanistyczne. Fotografowaliśmy się w strojach przypominających skafandry ochronne, robiliśmy zdjęcia w planetarium, budowaliśmy wizję rzeczywistości po katastrofie.

Ale choćby wtedy najważniejsze było dla mnie to, żeby obraz po prostu działał. Żeby można go było poczuć.

MK: W twojej historii bardzo ważna wydaje się też technologia.

ZS: Zdecydowanie. Zawsze miałem skłonność do rozkręcania rzeczy na części pierwsze. Fascynowało mnie, jak coś działa w środku.

Dlatego tak mocno wciągnęły mnie na przykład hologramy. W trakcie myślenia nad projektem magisterskim, na Wydziale Rzeźby i Działań Przestrzennych odkryłem pracownię holografii. Dla mnie to było absolutnie kosmiczne doświadczenie. Analogowa fotografia, chemia, światło, ale jednocześnie możliwość zapisania trójwymiarowego obrazu.

Fascynowało mnie to, iż choćby najmniejszy fragment hologramu przez cały czas zawiera pełną informację o obrazie. To było jednocześnie bardzo materialne i kompletnie abstrakcyjne.

MK: Z tej fascynacji technologią wyrósł później twój kanał na YouTubie.

ZS: Trochę z frustracji. Oglądałem polskie kanały o sprzęcie fotograficznym i miałem poczucie, iż albo ktoś mówi kompletnie bez kompetencji, albo przeciwnie – w sposób tak nadęty i hermetyczny, iż nie da się tego słuchać.

Brakowało mi kogoś, kto w sposób przystępny opowiada o fotografii i urządzeniach służących do jej tworzenia. I tak powstało „Laboratorium Fotografii”.

MK: Dzisiaj to już całkiem duża platforma.

ZS: Powoli rośnie. Mam trzy tysiące ośmiuset (stan na 28.05.2026 r.) subskrybentów, ponad 2 miliony wyświetleń i coraz częściej odzywają się firmy, które chcą współpracować. Pożyczają sprzęt do testów, czasami proponują barter.

Ale bardzo pilnuję jednej rzeczy: nie chcę mówić o czymś dobrze tylko dlatego, iż ktoś mi to wysłał. Myślę, iż najcenniejszą walutą w dzisiejszym internecie jest szczerość. Łącząc to z pewnymi doświadczeniami i kompetencjami, udaje mi się prowadzić całkiem rzetelny, ale nie napuszony kanał.

MK: Powiedziałeś kiedyś bardzo ciekawą rzecz – iż twoje zainteresowanie sprzętem wzięło się z braku pieniędzy.

ZS: Chyba trochę tak było. W domu nigdy się nie przelewało. Zawsze czegoś brakowało, zawsze wszystko było „na styk”. I wydaje mi się, iż z tego pojawiła się we mnie potrzeba “odbicia” sobie tego w dorosłym życiu.

fot. Zachar Szerstobitow

Oczywiście to działa trochę jak klasyczny „gear acquisition syndrome” – zresztą, taka była pierwotna nazwa mojego kanału YT. Kupujesz coś, myśląc, iż to zmieni twoje życie – potem okazuje się, iż wcale nic się nie zmieniło. Ale w międzyczasie znajdujesz już kolejną fascynującą nowinkę.

Zawsze podkreślam, iż jednak w moim przypadku to nigdy nie było zbieranie dla samego zbierania. Ja naprawdę używam tych rzeczy. Fascynuje mnie technologia, jej możliwości, to, jak zmienia obraz.

MK: Bardzo mocno wszedłeś też w świat dronów.

ZS: Tak, drony mnie kompletnie pochłonęły. Pamiętam, jak jeszcze wiele lat temu siedziałem w parku z przyjacielem i próbowałem sam siebie przekonać, iż potrzebuję pierwszego drona.

fot. Zachar Szerstobitow

Dziś to jest część mojej codzienności. Robię komercyjne realizacje, latam przy dokumentacjach wystaw, architekturze, różnych projektach wizualnych. Mam też uprawnienia operatorskie i współpracuję z dużymi sklepami specjalizującymi się w sprzęcie dronowym.

Ale znowu – najważniejsze jest dla mnie to, iż za tym stoi realna wiedza i praktyka, a nie tylko fascynacja gadżetem.

MK: W ostatnim czasie zostałeś też wykładowcą.

ZS: Tak, prowadzę razem z Igorem Zielińskim Warsztat Technik Obrazowania na UAP. W przyszłym roku ma to funkcjonować jako Zakład Technik Obrazowania.

To dla mnie bardzo ważne, bo wcześniej na Wydziale brakowało regularnych zajęć stricte technicznych. Były pojedyncze warsztaty, krótkie kursy, ale nie było miejsca, gdzie systematycznie uczy się pracy ze światłem, sprzętem, technologią obrazu.

MK: Czego uczycie w ramach Warsztatu?

ZS: Przede wszystkim świadomego myślenia o obrazie. Pokazujemy zarówno profesjonalne rozwiązania studyjne, jak i bardzo proste sposoby pracy. Czasem uczymy, jak zrobić dobre zdjęcie przy użyciu latarki z telefonu. Chodzi o zrozumienie światła i narzędzi.

Mam poczucie, iż to realnie działa. Widać zmianę w projektach studenckich – w jakości dokumentacji, w sposobie budowania obrazu.

MK: Zostałeś też powołany do krajowego zespołu ekspertów zajmujących się edukacją fotograficzną.

ZS: Brzmi to strasznie poważnie, ale faktycznie uczestniczę teraz w pracach związanych z tworzeniem programów edukacji branżowej w obszarze fotografii i obrazu.

To bardzo interesujące doświadczenie, bo nagle trafiasz do świata urzędów, ministerstw, ludzi w garniturach i zaczynasz rozmawiać o tym, jak będzie wyglądała edukacja wizualna w Polsce.

Trochę surrealistyczne doświadczenie dla człowieka, który większość życia spędzał między ciemnią a studiem.

MK: Mam wrażenie, iż wszystko w twoim życiu zaczyna się dziś łączyć: uczelnia, technologia, edukacja, YouTube.

ZS: Chyba tak. Coraz bardziej czuję, iż istotą tego wszystkiego jest dzielenie się wiedzą.
Lubię opowiadać o rzeczach, lubię tłumaczyć i inspirować. I chyba właśnie z tego wynika zarówno praca na uczelni, jak i YouTube.

MK: A gdzie w tym wszystkim miejsce na własną sztukę?

ZS: To jest chyba najtrudniejsze pytanie. przez cały czas robię projekty, biorę udział w wystawach, ale mam znacznie mniej czasu niż kiedyś.

Paradoksalnie sztuka stała się dziś dla mnie czymś bardziej prywatnym, bardziej związanym z przyjemnością i odpoczynkiem niż z koniecznością budowania kariery.

Przez ostatni rok bardzo pochłonął mnie YouTube. Robiłem regularnie dwa duże odcinki tygodniowo i zrozumiałem, iż tak wysokie tempo nie ma sensu. Teraz zacząłem skupiać się na jednej dłuższej formie w tygodniu, wkładając w to więcej skupienia i przemyśleń.

fot. Zachar Szerstobitow

W pewnym momencie zacząłem też zauważać, iż kanał nie jest już wyłącznie o sprzęcie. Coraz częściej interesuje mnie opowiadanie o relacji fotografii i technologii, o tym, jak zmienia się współczesny obraz, jak działa sztuczna inteligencja w kontekście obrazowania, czym dziś w ogóle jest fotografia.

Sprzęt jest tylko punktem wyjścia. Najciekawsze zaczyna się wtedy, kiedy technologia przestaje być gadżetem, a staje się językiem.

MK: Patrząc z boku, mam wrażenie, iż twoją najważniejszą cechą jest ciekawość.

ZS: To prawda. Bardzo lubię doświadczać rzeczy. Rozumieć, jak działają, rozkładać je na części pierwsze.

I chyba właśnie dlatego dobrze czuję się w miejscu takim jak Laboratorium Wydziału Fotografii UAP. To przestrzeń, w której technologia spotyka się ze sztuką, a wiedza z codziennym doświadczeniem. Jednego dnia rozmawiasz o teorii obrazu, drugiego naprawiasz lampę błyskową albo uczysz kogoś fotografować telefonem.

To mnie chyba najbardziej fascynuje — iż fotografia cały czas się zmienia, ale potrzeba patrzenia i opowiadania o świecie pozostaje dokładnie taka sama.

Idź do oryginalnego materiału