— Dziadku, powiedz szczerze — Kacper odłożył widelec i spojrzał na starca krojącego schabowego — jak wy w ogóle wytrzymaliście bez internetu? Bez telefonu, bez Netflixa, bez niczego?
Zenon Wróblewski, siedemdziesiąt trzy lata, emerytowany elektryk z Radomia, nalał sobie kompotu z wiśni i przez chwilę milczał, jakby szukał w tym pytaniu podstępu.
— Wytrzymaliśmy, chłopcze. I powiem ci więcej — żyło się nam wcale nieźle.
Za oknem walił deszcz, w telewizorze leciał mecz z wyciszonym dźwiękiem, a na kredensie stała fotografia w drewnianej ramce — cała rodzina na plaży w Łebie, rok chyba osiemdziesiąty siódmy.
— Nie mieliśmy internetu, to prawda. Ale mieliśmy siebie nawzajem. Telefon był jeden na całą klatkę schodową, wisiał na korytarzu u sąsiadki Halinki, i jak ktoś dzwonił do ciebie, to ona waliła w ścianę kijem od szczotki, żebyś zbiegł na dół.
Kacper wstał od stołu po serwetkę i wtedy, sięgając do kredensu, strącił z półki album w czarnej, pożółkłej oprawie. Wypadła z niego pojedyncza fotografia — mniejsza od reszty, bez ramki, z zagiętym rogiem. Kobieta w letniej sukience, stojąca przy studni, a na odwrocie, atramentem już spłowiałym: „Dla Zenka, żebyś nie zapomniał. Wisła, 3 lipca 1969".
— Kto to jest? — Kacper odwrócił zdjęcie z powrotem awersem do góry.
Zenon sięgnął po nie tak szybko, iż kompot omal nie wylał się na obrus.
— Daj no to. Stare rupiecie, powinienem był to dawno wyrzucić.
Ale nie wyrzucił. Trzymał fotografię w dwóch palcach, z dala od siebie, jakby parzyła.
— Wisła, sześćdziesiąty dziewiąty — czytał Kacper na głos. — To chyba przed twoim ślubem z babcią?
Z kuchni dobiegł brzęk — Jadwiga postawiła garnek na blacie mocniej, niż było to konieczne. Weszła do pokoju, wytarła ręce w fartuch i spojrzała na zdjęcie w ręku męża, ale nic nie powiedziała. Wróciła do kuchni. Rondel wciąż stał na wierzchu, niepotrzebnie, bo obiad już dawno był podany.
— To była koleżanka z pracy — powiedział Zenon i odłożył fotografię do albumu, między inne kartki, jakby chciał ją tam pochować.
— Koleżanka pisze „żebyś nie zapomniał"? — Kacper nie dawał za wygraną, choć sam nie do końca wiedział, dlaczego to pytanie wydało mu się nagle tak ważne.
— Kacper. — Głos dziadka, zawsze spokojny przy niedzielnym obiedzie, zabrzmiał teraz twardziej, jak zatrzaskiwane drzwi. — Odłóż to.
Zapadła cisza, w której słychać było tylko deszcz i tykanie zegara w przedpokoju. Z kuchni nie dochodził już żaden dźwięk — choćby krojenie, choćby stukanie łyżką o garnek.
Kacper odłożył album na stół, ale nie odpuścił.
— Dziadku, ja się nie czepiam. Tylko iż babcia wyszła bez słowa, a ty trzymasz to zdjęcie tak, jakby cię mogło ugryźć. Coś tu nie gra.
Zenon długo patrzył na blat stołu, na słoje w drewnie, jakby liczył je po kolei. Wreszcie sięgnął po album z powrotem, otworzył go na pierwszej stronie i przesunął palcem po zdjęciu grupowym — kilkanaście osób nad rzeką, ognisko, gitara.
— To była Halinka — powiedział w końcu. — Ta od kija od szczotki. Nie sąsiadka od zawsze, jak ci mówiłem. Poznałem ją rok przed ślubem z twoją babcią, na obozie zetempowskim nad Wisłą. Pracowaliśmy w tej samej fabryce, potem zamieszkała piętro niżej, w tej samej klatce, bo tak akurat wyszło z przydziałem mieszkań. Twoja babcia o tym wie od czterdziestu ośmiu lat i nigdy, ani razu, nie zapytała mnie, co było między nami przed jej „tak".
— A było coś?
— Było lato. — Zenon zamknął album. — Było lato sześćdziesiątego dziewiątego i dziewczyna, która śpiewała przy ognisku tak, iż milkły świerszcze. A potem wróciłem do Radomia, poznałem Jadzię na potańcówce w Domu Kultury, i to jej imię powiedziałem księdzu przy ołtarzu. Halinka wyszła za mąż dwa lata później, za faceta z drugiej klatki, i zamieszkała piętro nade mną do końca życia. Waliła w ścianę kijem od szczotki, kiedy dzwonił do mnie telefon. Przez czterdzieści lat.
Kacper milczał, bo nie wiedział, co powiedzieć, a każde pytanie, które przychodziło mu do głowy, wydawało się teraz zbyt duże na niedzielny obiad.
— Umarła dwanaście lat temu, w marcu, akurat kiedy zakwitały krokusy pod jej oknem. Twoja babcia poszła na pogrzeb ze mną. Trzymała mnie pod rękę całą drogę na cmentarz i z powrotem. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy, ona i ja. To zdjęcie miało zostać w albumie do końca, niewidziane, bo niektórych rzeczy się nie ogląda dwa razy, tylko nosi.
Z kuchni dobiegł w końcu odgłos — talerz odstawiony na suszarkę, cicho, ostrożnie, jakby ktoś chciał, żeby ten dźwięk był jedynym komentarzem, na jaki było go stać.
Zenon wsunął fotografię z powrotem między kartki albumu, dokładnie tam, skąd wypadła, i przesunął po niej dłonią, jakby wygładzał coś, co od dawna było pogniecione.











