Rozdział 9
Wielokąty i inne dziwne propozycje
Po całym dniu spędzonym w RRstudio na spotkaniu z działem finansowym i długich rozmowach z księgową, Ville wraca do pałacu, kieruje się prosto do sypialni, nie zatrzymując się po drodze. Ma ochotę choć na chwilę się położyć.
Ledwie przekracza próg, niemal bezgłośnie wpada za nim Rose. Jej policzki są zaróżowione, włosy w lekkim nieładzie, a oddech odrobinę zbyt szybki. Łapie go za rękę i jednym, zdecydowanym ruchem wpycha do środka.
– Potrzebuję przysługi – rzuca od razu.
Ville opiera się plecami o drzwi, spoglądając na nią z rozbawieniem.
– Spokojnie. W nocy zrobiłem ci trzy.
Rose prycha cicho, uśmiechając się nieszczerze. Jej twarz robi się jeszcze bardziej czerwona.
– Nie o to chodzi. Znaczy… też o to – poprawia się, wplatając dłonie w rękawy bluzy. – Chodzi mi o praktykę.
– Słucham?
– No… chcę zdobyć doświadczenie. Chcę się czegoś nauczyć, zanim znowu wejdę na rynek matrymonialny – mówi, zerkając na niego ukradkiem, jakby sama do końca nie wierzyła, iż wypowiada te słowa na głos.
– I co ja mam z tym wspólnego?
– Będziesz moim nauczycielem – rzuca szybko. – Tylko nie odmawiaj. I tak już robię z siebie idiotkę.
– Spokojnie, Rose. Trochę mnie zaskoczyłaś…
– Dobra, to mam już to za sobą. To jak? Nauczysz mnie, żebym znowu nie palnęła: „o, to tak można?”
– Faktycznie, to było zabawne – parska pod nosem.
Podchodzi do fortepianu, jakby próbował poukładać w głowie jej słowa. Przez chwilę błądzi palcami po klawiszach.
– Ale zanim cokolwiek powiem… mam do ciebie pytanie. Interesuje cię monogamia… czy chcesz czegoś więcej?
– Eee… więcej, czyli?
– Trójkąty, kwadraty, wielokąty, czyli ogólnie kąty. Mam potrzeby – dorzuca z lekkim uśmiechem, nie do końca żartem.
– No tak, zapomniałam – przewraca oczami. – Bardziej myślałam o monogamii, ale… hmm… – macha ręką. – A co mi tam. Mogę spróbować tego trójkąta. Ale może nie tak od razu. Ufam ci – dodaje niemal szeptem.
– Okej – ciągnie powoli. – Skoro tak do tego podchodzisz… zobaczymy, czy faktycznie chcesz tych kątów.
– Co masz na myśli?
– Przejdziesz dziś próbę basu – szepcze, przyciągając ją do siebie.
– Okej – odpowiada natychmiast, bez wahania, a jej oczy błyszczą z podekscytowania.
Libertyn, zaskoczony jej entuzjazmem, błądzi wzrokiem po pokoju i drapie się po karku.
– No to co, piękna. Czas się szykować na wichurę – a gdy widzi jej zdziwienie, gwałtownie dodaje: – Znaczy na imprezę. No wiesz, mieszkam na prowincji.
– Oczywiście, rozumiem. A teraz zdejmuj koszulę – rzuca jeszcze rozbawiona, dobierając się do pierwszego guzika.
On otwiera szeroko oczy, chwyta za guzik i cofa się o krok.
– No chyba idziesz się kąpać? zwykle wtedy rzucasz we mnie koszulą. Może… chcesz, żebym poszła z tobą? – proponuje już zupełnie bez cienia skrępowania, patrząc na jego zdziwioną twarz.
– Z największą przyjemnością – odpowiada, podając jej rękę z teatralnym ukłonem.
I wychodzą razem. Bo czas się zacząć uczyć, cokolwiek to znaczy.
Kilka godzin później Ville, Rose i Thomas zbierają się do wyjścia na imprezę. To urodziny, Libertyna, na które ekipa szykowała się od dłuższego czasu. Już niemal wychodzą, gdy Rose zatrzymuje Villego w holu głównym.
– Mój prezent dla ciebie. Daję ci go teraz – mówi, wciskając mu w dłonie prostokątny pakunek.
– Wiesz, iż nie musiałaś, nie oczekuję podarunków – odpowiada, a zaraz potem jak dzieciak rozdziera papier.
– WOW, nie wierzę, jest zaje…bista! Rose, mega dzięki! – aż podskakuje, obracając ją w palcach.
To czarna, matowa laska, ciężka, z rzeźbioną srebrzystą czaszką na szczycie. Puste oczodoły błyszczą złowrogo w świetle lampy. Echo, leżąca obok na dywanie, nagle podrywa głowę i zaczyna szczekać na czaszkę, jakby wyczuła coś niepokojącego.
– Cicho, pies śpi – Ville wydaje komendę, po czym śmieje się, unosząc laskę jak miecz.
– Naprawdę ci się podoba?
– Jest super. Będę miał na występy – mówi i całuje ją gwałtownie w policzek.
– Podobny do Williama z Helsinek – mruczy Thomas podchodząc bliżej.
– Nazwę go William Junior – odpowiada Ville bez wahania, puszczając Rose oczko. Jej mina zdradza kompletne zaskoczenie.
– O Williamie opowiem ci w drodze do klubu. A teraz chodźmy, bo Echo zaraz pogryzie mojego nowego przyjaciela.
The Vinyl Den wypełnia się tłumem – przyjaciele, znajomi, kilka osób z Grupy Cieni. Śmiech i rozmowy zapowiadają długą noc. Na parkiecie atmosfera gęstnieje, światła pulsują, a hip-hop rozlewa się po sali.
Rose wiruje w tłumie dziewczyn, włosy podskakują w rytmie, sukienka odsłania plecy, a błysk w oczach zdradza czystą radość. Wokół niej wrze, ale nagle tempo imprezy zwalnia, jakby świat zatrzymał się na jednym, głębokim uderzeniu basu.
Ville odrywa się od grupy ludzi składających mu życzenia. Toasty, prezenty, przyjaciele – wszystko blednie, gdy jego wzrok zatrzymuje się na Rose. Mała czarna, taniec, jej ciało pulsujące w rytmie przyciąga go bardziej niż cokolwiek innego.
Spogląda na Thomasa stojącego nieopodal. Ich spojrzenia spotykają się na sekundę. Wystarcza lekkie skinienie głową – znak, iż czas.
Thomas wślizguje się w tłum i już po chwili jest przy Rose. Jego dłoń opada na jej talię, spojrzenie wbija się w jej oczy. Nie uśmiecha się, między nimi unosi się powaga i skupienie. Ona od razu wie, co się dzieje. Próba. o ile pęknie i zacznie się śmiać, wszystko się rozpadnie. Musi zachować powagę, musi w to wejść.
Thomas przyciąga ją bliżej. To pierwszy raz, gdy tańczą razem, i przez krótką chwilę Rose czuje opór – obraz Villego przesuwa się w jej głowie, ten teatr, ta charyzma. Ale zaraz odpędza te myśli. Libertyn nie jest jej partnerem. Nie ma żadnego „my”. Teraz jest tylko ona i Thomas.
Postanawia się wyluzować i poddać prowadzeniu. Rytm pulsuje niczym echo w piersi – mocny, nieubłagany. Thomas prowadzi pewnie. Jego dłonie muskają talię Rose, przesuwają się wyżej, aż na linię jej szyi. Z początku dziewczyna skupia się tylko na muzyce i własnym oddechu, ale w końcu podnosi wzrok i zatrzymuje się na jego oczach. Ciemne, głębokie, zaskakująco miękkie w kontraście do dudniącego basu. Jakby pierwszy raz naprawdę go widziała – nie tylko jako przyjaciela Villego czy DJ–a zespołu, ale jako chłopaka. Jego rysy są idealne, lekko śniada cera, pełne usta. Nie da się ukryć, iż jest po prostu ładny, a w tej chwili ma w sobie coś, co przyciąga.
Dotychczas patrzyła tylko w stronę Libertyna. To on przykuwał jej uwagę, on dominował przestrzeń. Ale teraz, w świetle reflektorów i w ciężkim rytmie deep house, dostrzega w Thomasie charyzmę, której wcześniej nie widziała.
Ich taniec zwalnia, staje się cięższy, nasycony podtekstami. Rose niemal przymyka oczy, gdy jego dłoń muska jej szyję – miękki dotyk kontrastuje z mocnym beatem, który dudni w piersi.
I wtedy nagle czuje drugie ciało. Ktoś obejmuje ją od tyłu. Ciepło, znajomy zapach, ciężar dłoni na biodrach. Nie ma wątpliwości – Ville.
Trójka porusza się teraz w jednym rytmie, zsynchronizowani, jakby od dawna trenowali ten moment. Bas uderza, światła migają, a oni są w centrum wiru, Rose między nimi, prowadzona przez muzykę, która nie zostawia miejsca na oddech.
Libertyn przesuwa dłonią po jej udach, powoli, delikatnie, ledwie wyczuwalnie. Palce kierują się do wewnętrznej strony, by zaraz potem powędrować wyżej, na pośladki i talię, jakby zaznaczał każdy centymetr jej ciała.
W tym samym czasie Thomas muska palcami jej twarz i szyję. Jego dotyk jest miękki, a spojrzenie skupione wyłącznie na niej.
Ville odsuwa włosy Rose z ramion, odsłaniając kark. Jego wargi dotykają skóry – subtelnie, niemal niewyczuwalnie, zostawiając ciepłe ślady. Thomas zbliża się do jej ust, najpierw niepewnie, a potem coraz śmielej. Ich usta stykają się w długim, namiętnym pocałunku, a Rose traci poczucie, iż wokół istnieje ktokolwiek inny.
Nagle chłopcy zamieniają się miejscami. Teraz to Libertyn przyciąga jej twarz do swojej i całuje ją, mocno, pewnie i bez żadnego sygnału, odsuwa się od niej, a w tej samej chwili zastępuje go Thomas. Pocałunki przechodzą płynnie, jakby obaj wiedzieli dokładnie, kiedy się zmieniać.
Rose już nie wie, kto przytrzymuje ją za talię, a kto muska jej obojczyk. Dłonie, usta i dotyk splatają się w jeden wir. Zamknięte oczy odcinają ją od rzeczywistości, zostaje tylko bas, światło i ich obecność wokół niej. Wszystko zlewa się w jedną falę, która narasta w środku, mocniejsza z każdym ruchem, każdym oddechem na skórze. I nagle fala uderza. Gwałtowna. Niepowstrzymana. Zupełnie bez kontroli.
Chłopcy czują to natychmiast. Thomas unosi wzrok i patrzy wymownie na Villego. W jego spojrzeniu widać nie tylko zaskoczenie, ale i pytanie. Libertyn odpowiada bez słów – lekki grymas ust, charakterystyczna mina, która jasno oznacza: „chyba tak”.
Thomas uśmiecha się porozumiewawczo do przyjaciela, po czym delikatnie puszcza dziewczynę, zostawiając ich samych. realizowane są tak jeszcze przez chwilę, gdy muzyka się zmienia. Rose podnosi wzrok i, tak jak za pierwszym razem, widzi twarz Libertyna, na której nie ma już zawadiackiego uśmiechu ani spojrzenia pełnego sekretów. Jest za to lekkość i czyste rozbawienie.
– Ślicznotko, coraz bardziej mi się to podoba, ale tak przy ludziach? – szepcze dotykając jej włosów.
Chowa twarz w jego ramieniu, a on przytula ją mocno. Po chwili schodzą z parkietu w stronę loggii. Gdy docierają do stolika, Rose opada ciężko na kanapę, a on całuje ją w czoło i rusza do baru, by zamówić coś na ochłodę.
Na nieszczęście podchodzą Emma i Wendy, obie z kieliszkami w dłoniach i minami aż nazbyt wymownymi. Emma zatrzymuje się tuż przed Rose, nie ma zamiaru udawać, iż nie widziała, co działo się na parkiecie.
– Koleżanko, no wiesz, takie rzeczy publicznie? – rzuca z ironicznym uśmiechem, w którym pobrzmiewa więcej kpiny niż troski.
Wendy wybucha śmiechem, siada obok i teatralnie wachluje się dłonią, jakby to ona sama potrzebowała ochłonąć.
– Gorąco było nie tylko od basu.
Rose podnosi wzrok. Choć wewnętrznie czuje się zawstydzona, nie daje dziewczynom satysfakcji.
– To, koleżanki, nazywa się praca zespołowa.
– Czyli zespołowe programowanie? – parska Emma, a Wendy chichocze pod nosem, niemal opluwając kieliszek ze śmiechu.
W międzyczasie do stolika podchodzą Robert i Paul. Jeden szczerzy się do Rose porozumiewawczo, drugi puszcza jej oczko – plotka w Liberty Fade rozchodzi się piorunem. Chłopcy przysiadają się po drugiej stronie, a z boku dołącza Thomas, patrząc na nią o wiele dłużej, niż powinien.
Chwilę później wraca Ville. Przewraca oczami, jakby cała ta scena była dla niego aż nazbyt przewidywalna, i wręcza Rose szklankę wody z cytryną i dużą ilością lodu. To wywołuje kolejną falę chichotów i docinków przy stole.
Dziewczyna bierze głęboki oddech, opiera się wygodniej o kanapę, poprawia włosy i mierzy wszystkich spokojnym wzrokiem. Z chłodną ironią rzuca:
– jeżeli chcecie, mogę wam zrobić prezentację z algorytmów. Tytuł: Jak zsynchronizować systemy w sieci rozproszonej.
Robert parska śmiechem, Paul kiwa głową z udawaną powagą, Wendy aż się krztusi winem, a Emma wtula się w ramię Roberta, mrucząc mu coś na ucho.
Ville wzdycha teatralnie, opiera się o oparcie kanapy, wiedząc, iż od dzisiaj żarty z „programowania zespołowego” będą chodzić za nimi miesiącami. Ale w środku coś go uderza – Rose, zamiast się speszyć, zamiast uciec czy zamilknąć, postawiła się loży szyderców bez cienia strachu. Nie tylko wytrzymała ich atak, ale obróciła go na własną korzyść. I to sprawia, iż już teraz patrzy na nią z jeszcze większą fascynacją.
Kolejne dni mijają spokojnie, w pałacu w Rathorehouse panuje ciepła, nieco leniwa atmosfera. Emma i Robert wpadają czasem na kawę, innym razem zostają na noc, Thomas pojawia się i znika, jakby śledził własny, niewidzialny rytm. Paul i Wendy wyjechali do Japonii, mają nakręcić jakiś interesujący materiał do kolejnego sezonu. Nikt już nie komentuje tego, iż Ville i Rose spędzają ze sobą noce, ani tego, co stało się podczas próby basu. Temat wypalił się sam, a oni korzystają z tej ciszy – wieczory należą teraz do nich. Libertyn czuje się jak nauczyciel, Rose jak uważna uczennica, a zabawa w tej roli okazuje się dla obojga wciągająca, do tego stopnia, iż pewnego wieczora Ville mimochodem rzuca coś o trójkącie.
– Dobrze, ale się denerwuję – przyznaje Rose, bawiąc się długopisem leżącym na jego biurku.
– To koleżanka, no nie będę ukrywał, iż nigdy nic mnie z nią nie łączyło. Clara jest biseksualna, ładna i chętna.
Rose kiwa głową. Jej spojrzenie stapia się z jego, a potaknięcie jest spokojne, stanowcze. Wszystko staje się jasne, tak jakby słowa Libertyna ułożyły nowy rozdział w ich grze.
Niedługo po tej propozycji, do pałacu faktycznie przyjeżdża Clara. Libertyn przedstawia dziewczyny sobie nawzajem, a chwilę później cała trójka siedzi już w pokoju kominkowym. Ogień trzaska w palenisku, światło świec rozprasza mrok, a one śmieją się i rozmawiają swobodnie, jakby nikt nie pamiętał, po co adekwatnie się spotkali.
Gdy zapada późny wieczór, Ville podnosi się z fotela, a w jego ruchu widać pewność i satysfakcję.
– No dziewczyny, idziemy się wykąpać. Proponuję szybki prysznic – rzuca z błyskiem w oku zapowiadając atrakcję, która dopiero nada całemu spotkaniu sens.
Clara nie protestuje. Jej spojrzenie jest spokojne, naturalne, widać w nim doświadczenie i brak skrępowania. Obraca głowę w stronę Rose, która odruchowo cofa się o krok. Wtedy Clara podchodzi bliżej, ujmuje jej dłoń i uśmiecha się lekko dodając jej odwagi i nie mija sekunda jak cała trójka idzie już do pokoju Libertyna.
Atmosfera jest gęsta, ale nie ciężka, bardziej elektryzująca, podszyta ciekawością i lekkim napięciem. Ville bez najmniejszego zawahania wskakuje pod prysznic dając w ten sposób sygnał, iż nie ma tu miejsca na zbędne ceremonie. Clara rozbiera się swobodnie i po chwili dołącza do niego, a Rose zostaje przez moment nieruchoma. Patrzy na nich uważnie, jej spojrzenie nie zdradza wstydu, raczej podziw – jakby obserwowała obraz, do którego jeszcze się przyzwyczaja.
– Dobra tam, idę – mruczy pod nosem.
Jej ruch jest powolny, ale pewny. Zdejmuje sukienkę, potem bieliznę i wchodzi pod strumień wody, ustawiając się między Villego a Clarę. Krople spływają po jej ramionach, a para unosi się nad kabiną jak mgła. Libertyn, z typową dla siebie przesadną powagą, sięga po słuchawkę prysznicową i zaczyna oblewać dziewczyny wodą.
– No, trzeba was porządnie umyć – rzuca teatralnym tonem.
Clara wybucha śmiechem i natychmiast wytrąca mu słuchawkę, rozpryskując wodę na wszystkie strony. Rose, nie chcąc pozostać w tyle, podaje jej rękę, a po chwili obie oblewają Villego, który zasłania się dramatycznie i udaje ofiarę ataku. Śmiech miesza się z pluskiem wody, a cała scena przypomina bardziej beztroską zabawę niż poważne przygotowanie do dalszej nocy. Kiedy w końcu uspokajają się, oddechy jeszcze mają szybkie, a uśmiechy nie schodzą im z twarzy. Chłopak odsuwa się lekko w bok, siada wygodnie w rogu kabiny i obserwuje je spod przymrużonych powiek. Jego szeroki, zadowolony uśmiech zdradza, iż dokładnie na taki finał liczył, nie tylko intymny, ale i pełen energii.
Clara zbliża się powoli do Rose i miękkim ruchem odgarnia mokre włosy z jej twarzy. Ona stoi nieruchomo, trochę spięta, ale nie wycofuje się. Widać, iż jej serce bije szybciej, nie z zażenowania, a raczej z podziwu i ekscytacji. Clara przejmuje inicjatywę delikatnie: dotyka jej dłoni, później prowadzi ją powoli wzdłuż ramienia, jakby pokazywała kierunek. Jej ruchy są swobodne, doświadczone, a przy tym pełne cierpliwości. Rozmawia bez słów, uśmiechem i gestem dając znać, iż wszystko dzieje się we adekwatnym tempie. Rose zaczyna się rozluźniać, przechyla głowę, pozwalając, by bliskość stała się naturalna. Wreszcie obie pochylają się do pocałunku, najpierw nieśmiało, z wyczuciem, a później coraz swobodniej, aż w końcu staje się on pewny, naturalny. Zanim jednak zdążą się naprawdę rozgrzać, Ville niespodziewanie wstaje i wychodzi. Strumień zimnego powietrza wpada do kabiny i oblewa dziewczyny, wywołując ich jednoczesny grymas. Wymieniają spojrzenia, a po chwili parskają krótkim śmiechem, jakby to drobne rozproszenie tylko dodało im lekkości. Z parą unoszącą się jeszcze wokół nich, obie wychodzą z łazienki, otulone ręcznikami. Libertyn idzie pierwszy, nonszalancko poprawiając włosy. W sypialni atmosfera zmienia się od razu – półmrok, ciepłe światło lampki nocnej i rozrzucona pościel nadają wszystkiemu miękkości. Ville, bez większego zastanowienia, wskakuje w swoją piżamę i rozciąga się ziewając.
– Hej, a ty co? – pyta Rose z lekkim niedowierzaniem, kiedy zauważa jego strój.
– Bawcie się dobrze, ja popatrzę – odpowiada z szerokim uśmiechem, siadając swobodnie w fotelu.
Dziewczyny wymieniają spojrzenia. Bez wahania zsuwają się pod kołdrę, czyli tam gdzie powinien skończyć się ten wieczór. Gdy zabawa rozkręca się w najlepsze, Ville w końcu nie wytrzymuje roli obserwatora. Wstaje z fotela, prostuje się teatralnie i oznajmia z przesadną powagą:
– Widzę, iż nie jestem wam potrzebny.
– Chodź tu, Libertynie, czekamy na ciebie – wtrąca Rose wesoło.
– Tylko zdejmij tę piżamkę – dodaje Clara.
– Ale dzielimy się po równo – rzuca wskakując między nie.
Nad ranem budzik Clary rozdziera ciszę sypialni. Dziewczyna podrywa się z łóżka, ogarnia włosy i sukienkę po czym mówi ,,do zobaczenia’’ i wychodzi bez słowa więcej.
Szybkie pożegnanie Clary zostawia po sobie nagłą, specyficzną pustkę, którą natychmiast wypełnia spokój budzącego się świtu. Rose naciąga kołdrę wyżej, wdycha zapach skóry Villego i przez chwilę wpatruje się w jego twarz. On czując na sobie jej wzrok, uśmiecha się lekko i powoli otwiera oczy.
– No i jak? Chciałabyś to powtórzyć? – pyta muskając ustami jej ramię.
– Tak… może nie od razu, ale za jakiś czas. Czemu nie? – odpowiada spokojnie, bez pośpiechu.
Ale w jej głowie nie ma ciszy. Wszystko się miesza. Jeszcze kilka tygodni temu myślała, iż zna siebie. Że wie, czego chce. Że zna granice, których nigdy nie przekroczy. Była z Erykiem, jeden chłopak i jedna relacja: wierność, stabilność, przewidywalność. Żadnych pytań. Żadnych pokus. A teraz? Po raz kolejny leży w łóżku z Ville Rianem – najbardziej pożądaną partią wśród milionów fanek. Tym razem po nocy, której żadna wersja dawnej Rose nie byłaby w stanie przewidzieć. Widział ją nagą, dotykał jej przy innej dziewczynie, dzielił z nią łóżko i dzielił ją z kimś jeszcze. Clara… Clara była jak coś z obrazu, zbyt pewna siebie, zbyt zmysłowa, by Rose mogła jej nie ulec. Dotyk innej kobiety był dziwny, obcy, ale nie nieprzyjemny. Wręcz przeciwnie. Pierwszy trójkąt, pierwsza kobieta, pierwsze wszystko. I dziwne, jak bardzo chce więcej. Bo to nie była igraszka. To było coś... większego, silniejszego, nowego.
A Libertyn? On już dawno zakochał się w Rose. Zanim to wszystko się zaczęło, zanim pozwoliła mu się pocałować, zanim zaczęła mówić mu rzeczy, których nie mówiła nikomu. Ale teraz… teraz to uczucie staje się coraz bardziej realne i namacalne. Noc po nocy coś się w nim utrwala. Jakby każda chwila spędzona z nią dokładała cegłę do czegoś, czego nie da się już zburzyć. I właśnie to go przeraża. Bo przecież to on mówił, niedawno, niemal śmiejąc się do niej, iż jego dziewczyna powinna być otwarta, spontaniczna, gotowa na eksperymenty. Że nie zadowala się normą. Że nie chce więzów, tylko ognia. I Rose… Rose to zrobiła. Nie tylko jest piękna, bystra i pewna siebie. Jest też gotowa na rzeczy, które on sam uważał za niemożliwe. Zaintrygowana, odważna, podjęła decyzję sama, nie wbrew sobie, tylko z ciekawości. A on miał plan. Miał teorię. Zbudował sobie obraz ideału, tak wyśrubowany, iż miał nigdy nie istnieć. A tu nagle okazuje się, iż dziewczyna spełnia każde kryterium. I to go kompletnie rozbraja.
Ekipa Liberty Fade gromadzi się w pokoju telewizyjnym. Atmosfera jest lekko napięta, ale podszyta ekscytacją bo wszyscy czekali na ten moment. Na stoliku stoją kubki z kawą i kilka talerzyków z przekąskami, ale nikt po nie sięga. Każdy wybiera sobie miejsce: Emma i Robert siadają obok siebie na kanapie, Thomas rozwala się na pufie z nogami wyciągniętymi daleko przed siebie, Paul opiera się o podłokietnik, a Ville zajmuje miejsce na samym skraju, z rękami skrzyżowanymi na piersi. Rose siada na dywanie blisko telewizora, a Echo kładzie się obok niej. Kiedy wszyscy milkną, Emma wyciąga rękę i wciska przycisk play.
*****
Odcinek zaczyna się jak zawsze – znane logo Liberty Fade Life a pod nim tytuł: Gerard.
Ville siedzi w samochodzie na miejscu pasażera i trzyma ręczną kamerkę ustawioną na swoją twarz.
– Cześć, kochani – przeciąga samogłoski, jakby chciał podkreślić nastrój chwili. – Dziś jadę na spotkanie z moim przyjacielem Adim, który jest modelem.
Kamera przesuwa się i pokazuje drugą postać – przystojnego bruneta o ciemnych oczach i lekkim zaroście.
– Jedziemy teraz do agencji – kontynuuje – a później razem ruszamy na zamkniętą imprezę branżową, gdzie mój przyjaciel ma jakieś ważne spotkanie. To nie pierwszy raz, kiedy mu towarzyszę na takim przyjęciu.
– Libertyn świetnie wygląda i świetnie się prezentuje – wtrąca chłopak, patrząc prosto w obiektyw.
– Czyli robię za ozdobę.
Adi tylko śmieje się i wzrusza ramionami, jakby chciał przyznać mu rację. Libertyn przewraca oczami i wydaje przeciągłe westchnienie.
– jeżeli chodzi o Adiego – zaczyna znów – to znamy się od dawna. Niecałe dwa lata temu przeżywałem kolejne w życiu załamanie. choćby nie pamiętam już, o co chodziło. Wpadłem wtedy na genialny pomysł, żeby się upić. Bo przecież to zawsze pomaga, nie?
– Wypiłeś dwie szklaneczki szkockiej, tańczyłeś na stole, a potem umierałeś dwa dni – wtrąca z poważną miną, choć oczy mu się śmieją.
Libertyn wzdycha ciężko i rozkłada ręce.
– No cóż, tak już mam. Ale do rzeczy. Adi był wtedy ze mną i… po pijaku mu się oświadczyłem.
– Nie, najpierw zwymiotowałeś mamie do kwiatków, a dopiero potem się oświadczyłeś.
Ville przewraca oczami jeszcze bardziej teatralnie, jakby chciał zatuszować wstyd.
– Tak właśnie było. Byliśmy razem miesiąc. Dużo wtedy komponowałem, co nieco przyspieszyło premierę drugiego krążka.
– Może powiesz dlaczego…
– Siedziałem przy fortepianie do późna, spałem na podłodze, bo Adi spał w moim łóżku – tłumaczy Ville, krzywiąc się lekko. – Wiecie, ja przeciwko buziaczkom nic nie mam, ale ogólnie mam swoje granice.
Model wybucha śmiechem i potakuje, potwierdzając każde słowo.
– A najlepsze jest to – zaczyna, wciąż ocierając łzy rozbawienia – iż cały czas twierdził, iż odnalazł siebie i iż na pewno jest gejem. Wmawiał to sobie non stop. Wiedziałem, iż to gra albo po prostu chwilowe zagubienie. Jest artystą, więc ciągle ma jakieś ,,odpały’’. Ponieważ tak się zarzekał, iż zmienił orientację, postanowiłem trochę go przycisnąć.
– Proponował mi to i owo – wtrąca Ville z wyraźnym grymasem.
– Ville to rozpustnik, wszyscy o tym wiedzą. Ma słabość do dziewczyn i żadnej nie przepuści. Postanowiłem tak działać, żeby nie sypiał z kim popadnie.
– Pilnował mnie, nie puszczał na imprezy, zakazał patrzeć na ładne tyłeczki – dodaje Ville, wyciągając dłonie w geście rozpaczy.
– Oczywiście znalazł sposób. Przyłapałem go na obściskiwaniu się z dwiema dziewczynami.
– Fuj! – Libertyn krzywi się teatralnie, po czym zastyga w dumnym uśmiechu.
Samochód parkuje przed budynkiem agencji. Obaj wysiadają i kierują się w stronę wejścia. Na czarnym tle pojawia się napis: ,,Dalsza część została nagrana wyłącznie ukrytymi kamerami’’.
Chłopcy rozmawiają swobodnie przy recepcji. Adi przy ladzie odbiera dokumenty, a Ville przechadza się powoli po korytarzu, zatrzymuje się przy kilku modelkach, zagaduje je w swoim stylu – z teatralnym uśmiechem i lekkim ukłonem. One chichoczą i odpowiadają krótko.
– Muszę jeszcze iść do szefowej, to coś ważnego i niestety trochę mi zejdzie – mówi Adi lekko przytulając Villego..
– Ok, ale co dalej?
Wtedy w kadrze pojawia się starszy mężczyzna w eleganckim płaszczu, z laską w dłoni i lekko nachmurzonym spojrzeniem. Kiedy dostrzega Adiego, rozjaśnia się, uśmiecha przyjaźnie. Chłopcy witają się z nim, zaraz potem podchodzi młoda kobieta o delikatnych rysach. Cała czwórka rozmawia i ewidentnie ustala jakiś plan.
Adi zerka na zegarek i nerwowo spogląda w stronę drzwi gabinetu, gdzie czeka jego szefowa.
– To co – zwraca się do Libertyna– pojedziesz z Gerardem i jego córką, a spotkamy się na miejscu. Dotrę pewnie za godzinę.
Kamera robi zbliżenie na twarz Villego. Najpierw widać niepewność, potem wymuszony uśmiech. Nerwowo obraca pierścionek na palcu, waha się jeszcze sekundę, aż w końcu kiwa głową. Razem z mężczyzną i kobietą kieruje się w stronę czarnej limuzyny czekającej przed wejściem.
Obraz przenosi się do gabinetu Emmy w RRstudio, gdzie zespół poza swoim frontmanem siedzi na kanapie z szerokimi uśmiechami.
– To jest wkręta – zaczyna Thomas. – Chcemy pokazać Villego, który stanie się ofiarą – zawsze pewny siebie, a tym razem zdominowany.
Paul pochyla się nieco do kamery i dodaje z powagą:
– Libertyn ma zasady. Nigdy, przenigdy nie wsiada do samochodu z obcym. To dla niego święte. Ale my mieliśmy plan. Adi od tygodni podrzucał w rozmowach Gerarda, wspominał, jaki to poważny i godny zaufania starszy pan, biznesmen z branży odzieżowej. Nijaki Gerard to aktor teatralny, a kobieta grająca jego córkę to studentka Akademii Filmowej, której zadaniem było wzbudzić w Kurduplu zaufanie.
Robert trzymając dłoń Emmy dodaje z rozbawieniem:
– Wszystko poszło zgodnie z planem. Wiedzieliśmy, iż Libertyn stroni od chwalenia się sukcesami muzycznymi i w relacjach do obcych jest powściągliwy. Byliśmy ciekawi, czy pęknie i wykrzyczy Gerardowi: „Jestem sławny Ville Rian, gwiazda rocka, nie potrzebuję pieniędzy!” czy jednak będzie siedział cicho.
Emma uśmiecha się szeroko i wtrąca:
– Zresztą zobaczcie sami.
Obraz przenosi się do wnętrza limuzyny, w której ukryto kamery i mikrofony. Ville i Gerard siedzą obok siebie na tylnej kanapie, szofer prowadzi spokojnie. Niedługo później, córka mężczyzny żegna się wesoło i wysiada na jednym z przystanków, zostawiając ich samych. W tym momencie zaczyna się prawdziwa akcja. Gerard opiera się wygodnie w miękkim siedzeniu limuzyny, przez chwilę milczy, jakby chciał nacieszyć się ciszą i obecnością swojego towarzysza.
– Muszę przyznać… ten garnitur leży na tobie idealnie. Czerń podkreśla twoją sylwetkę, a ta szara apaszka… hmm, rzadko spotyka się kogoś, kto potrafi ją tak nosić.
Przygląda mu się uważnie, ale ton głosu ma miękki, pozbawiony nachalności.
– Wiesz, masz w sobie coś bardzo rzadkiego. Delikatność, której nie psuje żaden przesyt i twarz stworzoną do obrazów… a przy tym oczy, które trudno zignorować. Nie jestem pewien, czy zdajesz sobie sprawę, jak działa twoja obecność na innych.
Libertyn odchrząkuje, jakby chciał kupić sobie chwilę. Poprawia mankiet marynarki spokojnym ruchem.
– Dziękuję za komplement, panie Gerardzie.
Mężczyzna uśmiecha się szerzej, przekręcając lekko laskę w dłoniach, bawiąc się jej ciężarem.
– Ach, nie „panie Gerardzie” – mówi z łagodnym śmiechem. – Wystarczy Gerard. Formalności zostawmy tym, którzy nie potrafią prowadzić ciekawych rozmów.
Przez chwilę patrzy na Villego w milczeniu, a potem dodaje ciszej:
– Widać, iż dbasz o każdy szczegół. Twój garnitur, biżuteria, choćby to, jak poprawiasz apaszkę… To wyrafinowane. Takiej dbałości nie uczy żadna szkoła. To się ma albo nie. Muszę przyznać, iż dawno nie spotkałem kogoś tak… estetycznego.
Libertyn przyciska dłoń do skroni, a potem przesuwa ją wzdłuż linii włosów, poprawiając fryzurę, chociaż ta i tak leży idealnie. Bierze głęboki oddech, przygryza wargę, próbując nadać sobie powagę.
– To bardzo miłe, co mówisz….Ty też świetnie wyglądasz.
Gerard przygląda mu się uważniej, a na jego twarzy pojawia się zadowolony, niemal pobłażliwy uśmiech.
– Wiesz, chłopcze… rzadko zdarza mi się spotkać kogoś, kto łączy w sobie taką klasę i taką świeżość. Masz urok, który nie potrzebuje doświadczenia, żeby działać. Jesteś młody, piękny i nieświadomy własnej siły. A dla mnie to wiele znaczy.
Ville spogląda przez okno, wydając się być pochłoniętym mijającymi światłami ulicy. Jego oddech próbuje złapać równowagę, najpierw staje się płytszy, potem nagle głębszy, przeciągły.
– Aha – wymyka mu się cicho, niemal bezwiednie.
– Widzisz… właśnie o tym mówię – odzywa się mężczyzna niemal szeptem, ale wyraźnie. – Ten gest. Ten oddech. To jest sztuka sama w sobie.
Opiera się nieco bliżej, tak iż ich ramiona prawie się stykają.
– Jesteś zbyt subtelny, żeby cię zostawić w świecie, który nie rozumie takiej delikatności. Tacy jak ty powinni być pod opieką… mieć kogoś, kto doceni każdy szczegół i sprawi, iż nie będziesz musiał się bronić. Powiedz mi, czy ktoś naprawdę troszczy się o ciebie tak, jak na to zasługujesz?
– Nie do końca rozumiem, o co ci chodzi.
Gerard przygląda się, tym już coraz mniej opanowanym ruchom Villego i uśmiecha się z cieniem triumfu.
– O, rozumiesz doskonale. Tylko boisz się to przyznać. Masz twarz chłopca, którego chce się chronić… i ciało mężczyzny, którego chce się posiadać. To niezwykłe połączenie.
Pochyla się bliżej, głos obniża się jeszcze bardziej, staje się intymny.
– Wyobraź sobie, iż nie musisz się martwić niczym. Żadnych zobowiązań, żadnych trosk. Tylko ja… i ty. A w zamian wszystko, czego zapragniesz. Powiedz, chłopcze… czy nigdy nie marzyłeś, by ktoś tak cię traktował?
Ville drapie się po czole energicznie próbując zetrzeć z siebie napięcie. Potem gwałtownie zsuwa rękaw koszuli, odsłaniając zegarek i spogląda na niego z desperacją, jakby wskazówki mogły przyspieszyć jego wybawienie. Ale czas płynie powoli, bezlitośnie.
– Wydaje mi się, iż raczej się w tej kwestii nie dogadamy – mówi w końcu.
Jego palce wracają do pierścionka, kręcą nim w kółko, a stopy drgają niespokojnie na dywaniku limuzyny. Spojrzenie ucieka znowu w bok – najpierw w ciemność za szybą, potem na własne dłonie, byle tylko nie spotkać wzroku Gerarda.
Kamera przenosi się na Emmę, Thomasa, Paula i Roberta siedzących w gabinecie i komentujących sprawę na bieżąco.
Thomas aż zgina się wpół, łapiąc się za brzuch i śmiejąc się do łez.
– O rany, ale go przycisnął! Kurdupel wygląda, jakby chciał się przez tę szybę teleportować!
Emma kręci głową, ale jej oczy błyszczą od rozbawienia.
– Libertyn nigdy tak nie reaguje. On zawsze prowadzi rozmowę, a tutaj… on się broni.
Robert opiera się wygodniej i mruczy z satysfakcją.
– Gerard robi to perfekcyjnie. Ten jego ton głosu, te pauzy. Genialne.
Tymczasem obraz wraca do limuzyny gdzie Gerard obserwuje każdy ruch chłopaka uśmiecha się tak, jakby go to tylko utwierdzało w przekonaniu.
– Nie dogadamy się? – powtarza cicho, niemal ze śmiechem. – Chłopcze, my jesteśmy już bardzo blisko porozumienia. Powiem ci wprost. Podobasz mi się. Bardzo. Chcę cię mieć w swoim życiu… w swojej opiece. Wiem, jak się tobą zająć, wiem, jak sprawić, żebyś już nigdy nie musiał się martwić pieniędzmi czy pozycją.
Ville podrywa głowę, a jego słowa same wyrywają się z gardła. Jego głos brzmi wyżej, niemal piskliwie, kompletnie nie w jego stylu:
– Jestem bardzo drogi w utrzymaniu!
– Drogi? Tym lepiej. Lubię, kiedy coś naprawdę wartościowego wymaga wysiłku.
Libertyn odchyla głowę do tyłu, patrząc w sufit limuzyny jakby szukał tam ratunku. W oczach pojawia się szklisty blask, jest na granicy łez.
– Ja kocham Adiego – wydusza z siebie głosem, który drży i łamie się na końcu. – To wielkie uczucie.
Gerard wciąga powietrze powoli, jakby z lekkim zawodem, i przechyla głowę na bok.
– Ach… Adi – powtarza z cieniem ironii w głosie. – Tak, przystojny, ostry w rysach, bardzo męski. Ale ja nie szukam mężczyzn. Ja wolę chłopców takich jak ty. Delikatnych i pięknych.
– To prawdziwa miłość – mówi cicho Ville. – Jedyna w swoim rodzaju… i nie ma ceny.
Gerard wzdycha głęboko, jakby nagle zrobiło mu się duszno, powoli, ostentacyjnie rozpina górny guzik koszuli, odsłaniając fragment szyi.
– Prawdziwa miłość… – powtarza – To brzmi pięknie. Naprawdę pięknie. Ale powiedz mi… czy miłość zapłaci za twoje życie? Za twój styl, twoje zachcianki?
Nachyla się bliżej, a jego głos staje się już zupełnie bezpośredni.
– Możesz mieć wszystko, jeżeli tylko zdecydujesz się zostać moim. Nie musiałbyś martwić się o nic. Byłbyś moim utrzymankiem – najpiękniejszym, jakiego można sobie wymarzyć.
– Gerardzie… odmawiam – mówi stanowczo, choć w jego głosie pobrzmiewa drżenie. – Jakoś w życiu sobie poradzę.
Mężczyzna unosi kącik ust w uśmiechu bo odpowiedź Villego wcale go nie zniechęciła, a wręcz przeciwnie, dodała mu energii.
– Poradzisz sobie? – powtarza miękko, prawie szeptem. – Och, nie wątpię. Masz w sobie siłę, chłopcze. Ale wiesz… ja nie szukam kogoś, kto musi sobie radzić. Ja szukam kogoś, komu mogę nadać inny smak życia. Lubię, kiedy tacy chłopcy jak ty są blisko mnie. Kiedy pozwalają mi decydować, prowadzić. Kiedy ich delikatność spotyka się z moją opieką… a czasem z moimi zachciankami.
Ville spogląda w bok, oczy ma rozszerzone, oddech znowu przyspiesza. Wymrukuje pod nosem, jakby mówił bardziej do siebie niż do kogokolwiek:
– O kurwa… Jestem w dupie. Kiedy to się skończy?
Potem odwraca się gwałtownie do Gerarda, prostując plecy chcąc zyskać na powadze, choć głos wciąż drży.
– Moja miłość do Adiego jest zbyt wielka. Jestem mu wierny.
– Wiesz… – zaczyna spokojnie, niemal ojcowskim tonem. – Wierność to piękna idea. Naprawdę. Ale powiedz mi, ilu ludzi tak naprawdę jest wiernych? Ilu nie kusi się choć raz, gdy pojawia się okazja? Zastanów się nad tym. Nie od razu, nie w tej chwili. Ale pomyśl. Daj sobie szansę poczuć, jak to jest… kiedy ktoś naprawdę potrafi się tobą zająć.
Libertyn kiwa głową szybko, zbyt szybko, jakby chciał zamknąć temat i uciec przed dalszym naciskiem. Jego palce błądzą po apaszce, splątane, nerwowe, a oddech jest płytki, rwany.
– Dobrze… zastanowię się – mówi cicho, prawie bez tchu.
Gerard przymyka oczy z wyraźną satysfakcją gdyż właśnie usłyszał to, na co czekał. Powoli kiwa głową, a jego głos staje się miękki, niemal kojący.
– To wszystko, o co proszę – mówi spokojnie. – Nie decyzja od razu, tylko chwila refleksji.
Jego spojrzenie zatrzymuje się na twarzy Villego, badając każdy ruch i każdą emocję. W tej chwili obraz nagle się urywa i przenosi na kulisy – do gabinetu, gdzie zespół niemal tarza się ze śmiechu.
– Ville wygląda, jakby miał się zaraz rozpłakać i uciec przez drzwi awaryjne – mówi rozbawiona Emma. – Nigdy w życiu nie widziałam go tak… złamanego.
– To jest czysta psychodrama – dodaje Robert – Gerard gra nim jak instrumentem, a Kurdupel choćby nie próbuje już udawać. Tylko rzuca się od jednej wymówki do drugiej.
Paul marszczy brwi, choć kąciki ust mu drgają.
– To mocne. Naprawdę mocne. Z jednej strony śmieszne, bo Libertyn kompletnie się sypie, a z drugiej – Gerard momentami brzmi aż za bardzo realistycznie.
Tymczasem samochód zatrzymuje się. Mężczyzna spokojnie poprawia płaszcz, wysiada z limuzyny i znika w tłumie przed wejściem do budynku. W środku samochodu zostaje Ville. Kamera łapie jego twarz: blada, spocona, oczy szeroko otwarte. Opiera głowę o zagłówek, oddycha ciężko, a jego pierś unosi się gwałtownie.
– Zaraz się porzygam – wydusza z siebie, a jego głos drży i łamie się na końcu. – O kurwa… co to było?
Kładzie dłoń na czole, potem przesuwa ją nerwowo po karku. Obraca pierścionek raz za razem, jakby to była jedyna rzecz, która może go uziemić. Kamera rejestruje każdy szczegół: przygryzanie wargi, szybkie mruganie, spojrzenia uciekające w bok. Zostaje jeszcze chwilę w limuzynie próbując zebrać siły, żeby otworzyć drzwi. W końcu wysiada z samochodu. Zaciąga się mroźnym, grudniowym powietrzem, próbując przepłukać płuca z tego, co przed chwilą przeżył. Patrzy na budynek oświetlony żółtymi reflektorami, na elegancko ubranych ludzi zmierzających ku drzwiom, śmiejących się i rozmawiających głośno. On stoi w miejscu, sztywny, jakby zupełnie nie pasował do tej sceny. Potem rusza w bok od wejścia, mijając grupki palących ludzi, którzy nie zwracają na niego większej uwagi. Jego sylwetka gwałtownie znika w ogrodzie.
Niedługo później spotyka Adiego, który właśnie przyjechał na miejsce.
– Co ty tak się trzęsiesz, zimno ci? Dlaczego nie wszedłeś do środka? – pyta zdziwiony przyjaciel.
– Grudniowe powietrze jest orzeźwiające.
Adi patrzy na zegarek i przestępuje z nogi na nogę, wyraźnie się spieszy.
– Idę teraz na to spotkanie, przez szefową mam obsuwę. Chodź do środka, za pół godziny przyjdę.
– Nie zostawiaj mnie samego, idę z tobą – mówi Ville błagalnie, a gdy nie widzi konsternację przyjaciela dodaje jeszcze: – Adi, ja ci się oddam, ale nie zostawiaj mnie tutaj samego..
– O… to ciekawe. Przez cały czas naszego związku nie oddałeś mi się ani razu, a teraz takie deklaracje.
Libertyn przewraca oczami i cedzi przez zęby:
– Najwyraźniej nie miałem wystarczająco motywacji.
Adi wybucha śmiechem, klepie przyjaciela po plecach.
– Przyjdę za parę minut, idź do środka. Na pewno kogoś znasz… pogadaj z Gerardem.
Po czym odchodzi szybkim krokiem. Ville zostaje na zewnątrz, oddycha głęboko, przykłada telefon do ucha. Kamera obserwuje jego profil, drżenie warg, nerwowe spojrzenia. Po kilku minutach zjawia się taksówka. Wsiada do środka i natychmiast zamyka za sobą drzwi, jakby uciekał przed czymś więcej niż tylko chłodem.
Obraz gaśnie na moment i ujęcie przenosi się już w znajome miejsce, to gabinet Villego w RRstudio. Libertyn skupia się na swojej pracy, dzień jak każdy inny rozkłada papiery na biurku, notuje coś na jednej z karteczek, potem poprawia apaszkę przed lustrem zawieszonym w rogu. Jest w swoim świecie – liczby, nuty, estetyka. Nagle drzwi skrzypią. Do środka wchodzi Gerard, ten sam elegancki starszy pan w płaszczu i z laską.
– Długo cię szukałem, chłopcze – mówi spokojnym, pewnym tonem. – Chyba mnie nie unikasz? Zastanowiłeś się nad moją propozycją?
Chłopak zastyga, jego oczy rozszerzają się w czystym przerażeniu, palce kurczowo zaciskają się na pierścionku, a gardło jakby odmawia posłuszeństwa. Na co dzień rozgadany, pełen energii nagle milknie – wpatruje się w Gerarda, nie wydobywając z siebie ani jednego słowa. Przez sekundę napięcie wisi w powietrzu jak cienka tafla szkła, gotowa pęknąć od najlżejszego dotyku. I wtedy z gabinetu Emmy dobiega salwa śmiechu – głośna, niepohamowana, znajoma. Ville znowu zastyga. Na jego twarzy, jeszcze przed chwilą przepełnionej strachem, teraz maluje się czysta wściekłość, zrywa się z miejsca i rusza w stronę gabinetu Emmy. Otwiera drzwi gwałtownie. W środku widzi swoją siostrę i resztę zespołu, wszyscy zgromadzeni przed ekranem telewizora, na którym właśnie wyświetlany jest obraz z ukrytej kamery jego gabinetu.
– Nienawidzę was – syczy, a jego głos drży z gniewu.
Odwraca się na pięcie, z rozmachem trzaska drzwiami, schodzi po schodach na dół. Kamera podąża za nim, rejestrując szybki krok i rozedrgane dłonie. Chwilę później Ville wsiada do swojego Ferrari. Silnik ryczy, a on z piskiem opon rusza przed siebie.
– Nie katuj na zimnym – mruczy Robert, co wzbudza salwę śmiechu pozostałych.
Obraz gaśnie, odcinek kończy się.
****
Ville siedzi w fotelu z rękami skrzyżowanymi na piersi. Patrzy na wszystkich z mieszaniną politowania i chłodnego dystansu, ale milczy uparcie, jakby każde słowo miało być nagrodą, której nie zamierza im dać. Emma przełamuje ciszę spokojnym, rzeczowym tonem.
– Uważam, iż materiał trzeba podzielić. A na koniec drugiego odcinka, zgodnie z sugestią Rose, dorzucimy krótki wywiad z byłymi modelkami i modelami, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji.
Robert kiwa głową z powagą.
– Może wywołamy tym jakąś dyskusję społeczną. W końcu pokazujemy, jak naprawdę bywa.
– Rozmawiałam już z Adim – dodaje Emma. – Umówiliśmy się na przyszły tydzień, wtedy nagramy wywiad.
Późnym wieczorem w Helsinkach, kiedy miasto za oknami już ucichło, a w domu panuje półmrok, Mia i Rami siedzą razem w sypialni, oglądając jeszcze nieopublikowany odcinek o Gerardzie. Mimo, iż Libertyn formalnie jest twórcą i twarzą programu jednak każde nagranie musi przejść przez sito rodzinnej akceptacji. Nie chodzi tylko o jego wizerunek – także o reputację całej rodziny Rianów. Zbyt wiele zależy od tego, co zobaczą miliony widzów. Na ekranie kończy się scena w limuzynie. Gerard mówi powoli, spokojnie, a Ville reaguje nerwowymi gestami, niepewnym głosem i słowami, które bardziej zdradzają bezradność niż inteligencję. Kamera wyłapuje każdy szczegół – zaciskające się dłonie, przyspieszony oddech, ucieczkę wzroku. Mia siedzi wyprostowana, dłonie ma splecione na kolanach. Jej twarz pozostaje nieruchoma, ale w oczach pojawia się chłodny błysk. Rami zerka na nią ukradkiem i dostrzega w tym spojrzeniu zdenerwowanie, choć całe ciało Mii jest rozluźnione, spokojne, niemal obojętne.
Kiedy obraz gaśnie, na moment zapada cisza. Rami wzdycha przeciągle i odzywa się ostrożnie:
– Nie podobał ci się żart, komentarze czy może…
– Dobrze wiesz, co mi się nie podobało – przerywa mu Mia bez emocji. – Nie chodzi o to, iż dał się wkręcić. Zespół zna jego słabości, a Emma wie o nim niemal wszystko. Świetnie to zaplanowali i rozegrali. Punkt dla nich. Ale jego zachowanie… Antero, on pokazał słabość. To jest niedopuszczalne.
Rami przysuwa się bliżej i dotyka jej dłoni.
– Wielokrotnie ostrzegałem Villego przed takimi ludźmi. gwałtownie zorientował się, o co chodzi. Nie gniewaj się na niego. Pierwszy raz znalazł się w sytuacji, nad którą nie miał żadnej kontroli. Zespół dokładnie wiedział, jak to ustawić: zamknięta limuzyna, ruch, brak możliwości ucieczki. Był w pułapce.
– Zbyt skupił się na emocjach, zamiast myśleć – odpowiada Mia, a jej palce zaczynają obracać sygnet męża.
– Co powinien, według ciebie, zrobić?
– A ty co robiłeś, Antero, w takich sytuacjach?
Rami przymyka oczy, jakby na moment wracał do lat dziewięćdziesiątych – do początku swojej kariery, pierwszych tras, pierwszych bankietów i ludzi, którzy zawsze chcieli czegoś więcej, niż mówili wprost. Jako syn znanego przedsiębiorcy nigdy nie musiał martwić się o pieniądze. Propozycje, które dostawał, nie dotyczyły utrzymania – dotyczyły wpływów, kontaktów, kontraktów, wejścia do zamkniętych kręgów.
– No cóż… – mówi w końcu. – Sarkazm albo ironia. Najlepiej oba naraz.
– I nie dać po sobie poznać, iż nie panuje nad sytuacją – dopowiada Mia z lekkim skinieniem głowy.
Na moment milknie, a potem dodaje chłodno:
– Będę musiała z nim o tym porozmawiać. To ważna lekcja.
Następnie sięga po telefon i wybiera numer do Emmy. Jej głos pozostaje spokojny, uprzejmy, ale w tonie wyraźnie pobrzmiewa dystans. Pyta o plan premiery materiału, o kontekst odcinka i sposób jego opisania. Interesuje ją narracja, kolejność scen i akcenty, które mają wybrzmieć najmocniej. Na końcu zadaje jeszcze jedno, pozornie neutralne pytanie: kto montował nagranie. Emma nie waha się ani chwili. Po krótkiej odpowiedzi przekazuje telefon Rose.
Mia nie traci czasu w uprzejmości. Jej głos brzmi miękko, ale zdecydowanie:
– Kochanie, wytnij fragment zbliżenia na zeszklone oczy Villego. Więcej uwag nie mam.
Rose oddycha głębiej, jakby ulga zsunęła się z jej ramion.
– Dobrze.
– Proszę, zadbaj o to, aby wywiad z modelkami trwał przynajmniej piętnaście minut – dodaje Mia tonem, który nie znosi sprzeciwu. – Niech będzie mocno. Postarajcie się.
– Oczywiście. Zrobimy tak, jak sobie życzysz.
Emma patrzy na Rose z cieniem uśmiechu, a reszta również spogląda na dziewczynę lekko rozbawiona.
– No koleżanko – mruczy Robert – tylko jedna uwaga od doktor Rathore. Brawo. Harry zwykle słucha całej litanii.
– Tak, ale wywiad… – dodaje Rose niezbyt pewnie.
– Spokojnie, damy radę – rzuca wesoło Thomas. – Modelki muszą przyćmić Libertyna w drugiej części. Trochę historii, trochę łez… będzie dobrze.
Ville patrzy na to wszystko z rezygnacją, siadając w rogu kanapy. Doskonale wie, iż Mia nie odpuści. Prędzej czy później czeka go wykład o tym, iż pozwolił, by poniosły go emocje.









